04.11.2023, 11:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2023, 16:49 przez Brenna Longbottom.)
Wszystko działo się szybko, a bodźców było zbyt wiele, aby dało się skupić na każdym. Słowa Geraldine o tym, że Erik jest na dole pchnęły Brennę ku dziurze, po piachu, który niedawno był olejem, i chyba wskoczyłaby tam za bratem - mając w pogardzie to, że prawdopodobnie było to samobójstwo, skoro wszystko płonęło, a statek zaczynał tonąć i się walić - gdyby tamta trójka nie pojawiła się na schodach. Brenna zamarła w pół ruchu, rzuciła szybkie spojrzenie bratu, eskortowanemu przez Laurenta... nie wyglądał dobrze. Ale i tak zalała ją fala ulgi, bo byli tutaj niemal wszyscy, w komplecie. Może nie do końca zdrowi, ale żywi. W tej chwili nawet Stanleyowi nie życzyła, aby został na tym przeklętym statku... Na szczęście chyba teleportacja powinna już działać, skoro ta czarna wiedźma dosłownie się rozpadła.
- Kto może, niech się teleportuje na ląd, skąd wypłynęliśmy! - zawołała, głównie właśnie do Erika przecież, bo jeśli ktoś musiał go podtrzymywać, to nijak nie mógł im tutaj pomóc, a mógł co najwyżej przeszkadzać. Innym pozostały bardziej tradycyjne metody ucieczki, czyli przedostanie się na łódki… Brenna uniosła różdżkę, celując ku trupom, które zagradzały drogę Avelinie i jej towarzyszowi, chcąc spróbować je pociąć, by przypadkiem nie dopadły jej przyjaciółki. (Rookwooda też, chociaż z jego powodu nie byłoby Brennie pewnie jakoś bardzo przykro.) Skaczących garnków nawet nie dostrzegła: ogień, dym, huk walącego się masztu, to wszystko skutecznie odwracało uwagę od takich drobiazgów.
A chwilę potem...
W pierwszym momencie pomyślała, że to jej talent oszalał. Zamarła, z różdżką wciąż wycelowaną ku schodom, a dłoń jej zadrżała. Ledwo jednak cień oderwał się od niej i zobaczyła przepraszający uśmiech na jego twarzy, zrozumiała, że chyba... chodziło o coś zupełnie innego. Poruszyła ustami, mimowolnie, szepcąc ciche "przepraszam". Chociaż nie była pewna, za co przeprasza i dlaczego. Za to, że jak to zwykle bywało – czarodzieje wplatali się w życie mugoli, i mugole ucierpieli? Że nie mogła jej bardziej pomóc? Że to wszystko tę kobietę spotkało? Że nie dostała szansy na nowe życie u boku swojej córeczki?
Pani Sadley znikła zaraz, a Brenna otrząsnęła się, uświadamiając sobie, że wciąż są na tonącym statku i chyba powinni się pośpieszyć. Bardzo, bardzo pośpieszyć.
Sama, rzecz jasna, nie postąpiła zgodnie z własną poradą.
Nie, to nie tak że zamierzała zostać na tym przeklętym statku i tutaj umrzeć. Ale po prostu nie było mowy, aby czy to teleportowała się, czy wsiadła do łodzi, dopóki nie była pewna, czy ktoś z grupy tutaj nie zostanie. Ktoś, ze szczególnym uwzględnieniem brakującej w ich wesołej kompanii młodszej panny Longbottomów, a i na pokładzie przecież leżeli ludzie i może ktoś z nich właśnie się obudził i potrzebował pomocy. (Wszak nie miała pojęcia, czy Dani jest na pokładzie – o niej nikt nic nie wspomniał.) Przez ułamek sekundy była bliska zawołania też Maddie – ale ugryzła się w język, bo może i ona odchodziła, jak te cienie, i żadne wezwanie nie powinno zatrzymywać jej po tej stronie. Zamiast tego rozejrzała się, upewniając, czy reszta albo łaskawie się teleportowała, albo przynajmniej ruszyła ku wyjściu – zwłaszcza ta piątka, która dopiero nadeszła i była najdalej – i krzyknęła zupełnie inne imię.
– DANI!!! DANIELLE?! Gdzie jesteś?! Ktoś widział Dani?! – zawołała, ruszając do wyjścia i dopiero gdy wypatrzyła kuzynkę, a i inni wypadli z atrium, była gotowa… cóż. Uciekać łódką z tonącego okrętu.
(na trupy przed Aveliną i Augustusem)
- Kto może, niech się teleportuje na ląd, skąd wypłynęliśmy! - zawołała, głównie właśnie do Erika przecież, bo jeśli ktoś musiał go podtrzymywać, to nijak nie mógł im tutaj pomóc, a mógł co najwyżej przeszkadzać. Innym pozostały bardziej tradycyjne metody ucieczki, czyli przedostanie się na łódki… Brenna uniosła różdżkę, celując ku trupom, które zagradzały drogę Avelinie i jej towarzyszowi, chcąc spróbować je pociąć, by przypadkiem nie dopadły jej przyjaciółki. (Rookwooda też, chociaż z jego powodu nie byłoby Brennie pewnie jakoś bardzo przykro.) Skaczących garnków nawet nie dostrzegła: ogień, dym, huk walącego się masztu, to wszystko skutecznie odwracało uwagę od takich drobiazgów.
A chwilę potem...
W pierwszym momencie pomyślała, że to jej talent oszalał. Zamarła, z różdżką wciąż wycelowaną ku schodom, a dłoń jej zadrżała. Ledwo jednak cień oderwał się od niej i zobaczyła przepraszający uśmiech na jego twarzy, zrozumiała, że chyba... chodziło o coś zupełnie innego. Poruszyła ustami, mimowolnie, szepcąc ciche "przepraszam". Chociaż nie była pewna, za co przeprasza i dlaczego. Za to, że jak to zwykle bywało – czarodzieje wplatali się w życie mugoli, i mugole ucierpieli? Że nie mogła jej bardziej pomóc? Że to wszystko tę kobietę spotkało? Że nie dostała szansy na nowe życie u boku swojej córeczki?
Pani Sadley znikła zaraz, a Brenna otrząsnęła się, uświadamiając sobie, że wciąż są na tonącym statku i chyba powinni się pośpieszyć. Bardzo, bardzo pośpieszyć.
Sama, rzecz jasna, nie postąpiła zgodnie z własną poradą.
Nie, to nie tak że zamierzała zostać na tym przeklętym statku i tutaj umrzeć. Ale po prostu nie było mowy, aby czy to teleportowała się, czy wsiadła do łodzi, dopóki nie była pewna, czy ktoś z grupy tutaj nie zostanie. Ktoś, ze szczególnym uwzględnieniem brakującej w ich wesołej kompanii młodszej panny Longbottomów, a i na pokładzie przecież leżeli ludzie i może ktoś z nich właśnie się obudził i potrzebował pomocy. (Wszak nie miała pojęcia, czy Dani jest na pokładzie – o niej nikt nic nie wspomniał.) Przez ułamek sekundy była bliska zawołania też Maddie – ale ugryzła się w język, bo może i ona odchodziła, jak te cienie, i żadne wezwanie nie powinno zatrzymywać jej po tej stronie. Zamiast tego rozejrzała się, upewniając, czy reszta albo łaskawie się teleportowała, albo przynajmniej ruszyła ku wyjściu – zwłaszcza ta piątka, która dopiero nadeszła i była najdalej – i krzyknęła zupełnie inne imię.
– DANI!!! DANIELLE?! Gdzie jesteś?! Ktoś widział Dani?! – zawołała, ruszając do wyjścia i dopiero gdy wypatrzyła kuzynkę, a i inni wypadli z atrium, była gotowa… cóż. Uciekać łódką z tonącego okrętu.
(na trupy przed Aveliną i Augustusem)
Rzut W 1d100 - 53
Sukces!
Sukces!
Rzut W 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.