Gdyby skowronek nosił w sobie strach to miałby właśnie oczy Olivii Quirke. Nie ten pierwotny, co nakazuje uciekać, który zamartwia cię o życie własne, gdzie ból i wizje śmierci opętują umysł i zniewalają ciało. Już wtedy pozostawało myśleć o wielkimi niczym, bo jedyną słusznością było znalezienie się jak najdalej od tego, co ci zagraża. Zmartwienie - oto, co rodziły te obawy. Przysiadający więc obok niego skowronek martwił się i smucił, myślał i drżał, a myśli te ganiały ją po dzikich drogach porośniętych ostrokrzewami i ostami. Po drodze mogłaby wpaść pomiędzy piekące liście pokrzyw i nawet nie zauważyłaby tego na swoich skrzydłach - dopiero po tym szalonym locie zorientowałaby się, jak czerwona i bolesna jest jej skóra. Dynamika tych wydarzeń wytrącała z codzienności. Co tutaj jednak robiła osoba, która przedstawiała się jako alchemik? Pracująca w sklepie z eliksirami i tworząca takie rzeczy? Gdyby nie znał chociaż trochę bardziej sytuacji i sam już nie brał udziału w niejednej akcji ratunkowej pomyślałby, że przecież w Ministerstwie nie może być aż tak źle, żeby osoby z nim niezwiązane były angażowane. Może. Natomiast Olivia znała się na eliksirach, była córką osoby zaangażowanej i tak na dobrą sprawę momentami potrzebne były wszystkie ręce, które tylko miały jakiekolwiek możliwości pomocy. Wolontariusze, którzy byli w stanie za pół darmo, albo i nawet naprawdę za darmo, wspomóc elementy, w których nie była potrzebna chociażby wielka wiedza. Bo do tego, żeby coś przewieźć, przenieść, pomóc przeprowadzić nie było wiele trzeba. Dopóki sytuacja się nie ogniskowała - jak tutaj.
- Bardzo się cieszę, że nic ci się nie stało. Mam nadzieję, że nikomu na miejscu również nie. - Nie wyglądała na ranną, kiedy tak wcześniej się jej przyglądał i teraz miał tego w zasadzie pewność. Nawet trochę wydawała się uspokojona. Nie wątpił, że napięcie w niej pozostawało. Pozostanie tam, dopóki cała sytuacja nie będzie po kontrolą, a przynajmniej tak zakładał. Kobieta wydawała się niezwykle empatyczna i wyczulona - przynajmniej na zwierzęta. Względem ludzi nie potrafił jeszcze do końca stwierdzić.
Spoglądał na te zabezpieczenia, które zostały utworzone - bardzo odpowiedzialnie i przemyślanie. Biorąc pod uwagę niepewność tego, co się wydarzyło, czy to było dzikie zwierzę czy naprawdę wilkołak lepiej było dmuchać na zimne. Nie wspominając już o tym, że goście mogli chcieć przyjść jakimkolwiek innym środkiem trnasportu niż sieć fiuu, która została odcięta. Nie było tutaj za co przepraszać więc w niedogodnościach, bo takich Laurent nie odczuwał. Lubił konie - nie tylko abraksany. Te mądre, pamiętliwe stworzenia były pełne dumy, wdzięku i siły, a brak skrzydeł nie był tutaj żadną ujmą. Szczególnie, że nie każdy mógł sobie na takiego abraksana pozwolić.
- Olivio. - Zwrócił się jeszcze do niej, kiedy już znaleźli się na miejscu. - Nie śpiesz się. Nie potrzebuję tego od razu. - Przypomniał jej i posłał jeszcze uspakajający uśmiech - a przynajmniej miał nadzieję, że tak wypadł, nim obrócił się w kierunku klatki. Zrobił dwa kroki w tamtym kierunku, kiedy ta mała tragedia rozegrała się przed jego oczami sprawiając, że automatycznie się zatrzymał w szoku, robiąc wielkie oczy. Po sekundzie już ruszył w tamtym kierunku, przechodząc przez wejście do tych zabezpieczeń. To było mądre, mimo tego, że musiało dodatkowo stresować hipogryfy. Gdyby stado odleciało ranna samica mogłaby chcieć lecieć z nimi i szarpałaby się przy tym okropnie. Choć... tak prawdę mówiąc Laurent nie sądził, żeby odlatywać chciały. Były bardzo rodzinne i z tego co zrozumiał z opowieści Olivii - gotowe w dodatku bronić rannego członka stada za wszelką cenę.
- Nie krzycz. - Upomniał go dość szorstko, spoglądając na Abby'ego ze zmarszczonymi nieco gniewnie brwiami. Co on tutaj słyszał, pętla? Na hipogryfa? Owszem, dało się siłowo obezwładnić każde stworzenie, ale... ach. Nieco się wstrzymał ze zbliżaniem, kiedy hodowca tak chętnie otworzył ramiona i gestem dał mu znać "stop". Żadnego przytulania, kiedy ten był cały umazany we krwi. Pomińmy moment, w którym Laurentowi zrobiło się niedobrze na sam widok tego, jak mężczyzna się prezentuje. Spojrzał za niego, na rannego towarzysza, ale chyba nie był on poważnie ranny... tak czy siak trzeba było się tym zająć. - Dzień dobry. - Odezwał się dopiero teraz, po krótkich oględzinach całej sytuacji mężczyzn, grupy wrogo nastawionych hipogryfów i przestrzeni wokół. - Zabierz ludzi i wyjdźcie stąd. - Biorąc pod uwagę, jak to wyglądało, to mogło tutaj już dotrzeć do ostatecznej konieczności - paraliżowanie hipogryfów. Wydawały się naprawdę rozjuszone... wystraszone. Laurent nie zamierzał się teraz bawić w konwenanse grzeczności, skinął mężczyzną tylko głową. O tym, kto na czym się zna będą mogli porozmawiać później. - Być może będę potrzebował, żebyście otworzyli klatkę, dam wam znać gestem. - Rzucił jeszcze tylko i odetchnął głęboko, spoglądając w kierunku hipogryfów. Krew. Brzydka, szkarłatna krew, piski przerażonych młodych, leżąca na ziemi ofiara tego wszystkiego i czujne spojrzenia hipogryfów wokół. Laurent wyszedł w ich kierunku i pokłonił się głęboko na zielonej trawie, by rytuałowi stała się zadość, by następnie przykucnąć na ziemi na jedno kolano, unosząc wzrok na hipogryfy. Nie odezwał się jednak od razu. Trwał tak minutę, dwie, pięć, spoglądając na to, jak hipogryfy powoli, pomalutku się trochę rozluźniają, jak zaczynają go traktować jak element tego otoczenia, który nie próbuje wkroczyć w ich bezpieczną przestrzeń. Choć w istocie próbował to zrobić.
- Ona jest bardzo ranna. - Odezwał się łagodnym, cichym głosem. - Boli ją. Potrzebuje pomocy. Jeśli jej nie pomogę, nigdy więcej z wami nie poleci. Młode również. - Jeden z hipogryfów przechylił swój łeb, wydając z siebie specyficzny dźwięk, inny przestawił nogi z miejsca na miejsce. - Jest coraz słabsza i w końcu zabraknie w niej sił. - Do niektórych stworzeń potrzeba było o wiele bardziej skomplikowanych metod niż przemawianie do ich rozsądku. A i tutaj było to trudne przy poziomie nerwów, jakie szarpały ich ciała. - Pomogę ci. - Zwrócił się do ostatniej samicy w stadzie, która też czujnie go obserwowała. Ciężko było opisać, co dokładnie się działo w tym kontakcie, ale to było jak czar, kiedy Laurent delikatnie poruszał dłonią przy trawie, kucając na jednym kolanie jak poddany przed królową. - Pomogę wam. Jesteście bezpieczne. Nic wam już nie grozi. Zaopiekuję się wami. Możecie mi zaufać. - Obrócił się do Abbyego i skinął mu głową, by ten otworzył klatkę, nim znów spojrzał na stworzenia. Uśmiechał się do niej, do nich, łagodnie i czule. Dwa młode hipogryfy wygramoliły się spomiędzy nóg starszych popiskując i podskakując, a jeden z nich wyrwał do przodu, ku oburzeniu starszych i dopadł do Laurenta, wskakując na niego i uczepiając się dziobem jego koszuli. Memłając ją, jakby była czymś do jedzenia. Zdziwiony nieco blondyn złapał szkraba ostrożnie, ignorując drobne zadrapania jego pazurów na swojej skórze. Podniósł się z malcem w ramionach i spojrzał na hipogryfy.
Stado przez moment stało niewzruszone. I w końcu się rozstąpiły.
Laurent podszedł powoli do nich, przekroczył między nimi i przykucnął przy rannej samicy, wypuszczając młodego ze swoich ramion.
- Shhh... wszystko będzie dobrze... nic ci się nie stanie. Jesteś taka piękna, tak dzielnie sobie poradziłaś... Podziwiam twoją siłę. - Kontynuował swoją mantrę z czułością, choć w tym wypadku mantra nie polegała na powtarzaniu słów. Jeden z samców pochylił łeb w kierunku samicy, węsząc, by potem spojrzeć na niego i zaśpiewać cicho, jakby pytająco. - Nie martw się, przyjacielu. Nic jej nie będzie. - Wyciągnął dłoń, do niego, by dotknąć jego łba. Hipogryfy zaczęły spoglądać na otwartą teraz przestrzeń klatki i jeden z nich z orlim śpiewem wydobytym z gardzieli rzeczywiście wzbił się w powietrze, odprowadzany wzrokiem pozostałych. Reszta jednak została. Powoli kojone gestami i głosem Laurenta ranne osobniki nawet same ułożyły się na ziemi zaraz obok niego.
Sukces!
Sukces!