Gdybyś się przyjrzał to patrząc na Flynna dojrzałbyś powoli zaciskające się palce szkieletu na jego barku. Nie naciskały i nie zaciskały się jak kajdany. Nie. One się rozluźniały, czasami puszczały, niekiedy przesuwały się czule po jego żuchwie jak dłoń kochanka, któremu nie było dość jego smukłego ciała. Bywały też chwile, w których puszczały całkowicie. Kostuchna, która chodziła z Wroną jak stara przyjaciółka, potrafiła rozmyć się w promieniach słońca tak jak zły sen. Tylko czy to jeszcze dla niego był w ogóle zły sen? Brązowe oczy nie zaklinały rachunku sumienia, nie mięły go i nie wyrzucały razem z tymi niepotrzebnymi miłostkami lat przeszłych. Za to każda plamka w jego oku była tą miłością, której oddał okruszynę siebie i zaklął ich na wieki, żeby na pewno zapamiętali. Niech tęsknią - bo on tęsknić przecież nie będzie. Lubił to ten kościotrup z kosą w wolnej dłoni, którego czarna szata rozkładała się za plecami Flynna jak prawdziwe, krucze skrzydła. Śmierć nie widziała granic. Nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Nie ważne dla niej było, czy w czarnowłosym były jeszcze wyrzuty sumienia, czy już wyzbył się ich całkowicie - ważne było to, co zostawił za sobą i jaką ścieżkę zaznaczył przechodząc przez wszystkie etapy swojego życia. Palenie papierosów było jak zwieńczenie długoletniej współpracy i jednocześnie ostatnim z problemów z Flynna wedle głoszonych ostrzeżeń o tym, jakie to niezdrowe. Niezdrowe - ale modne. Nawet jeśli nie modne - kojące. Zajmowałeś czymś dłonie, na moment skupiałeś myśli, mogłeś mieć pretekst, żeby nie patrzeć w jednym kierunku, kiedy próbowali to na tobie wymóc. Papieros - poezja, liryka i dramat tego małego świata Flynna Bella. Człowieka o wielu imionach i o jeszcze większej ilości ucieczek na koncie. Koniec końców nie miało znaczenia, co to uzależnienie z nim uczyni, ani to, czy przeżyje do następnego dnia, w którym paskudna mgła i chmury ustąpią miejsca bajecznemu słońcu. Nie miało to znaczenia, bo na drugi dzień Flynn Bell będzie martwy. I to wszystko, co zostawi za plecami, nie będzie już jego problemem. Swoim parszywym nawykiem ucieczki zrobi dokładnie to, co wychodziło mu przez te lata najlepiej.
- O bardzo wiele rzeczy, panie Bell. - Uśmiech zatańczył na jego twarzy i znalazł odbicie w oczach. Tych, które były naprawdę fatalną informacją o nim samym. Jedno zdanie, jedno pytanie i już umysł potrafił być pobudzony, wręcz zachęcając do tego, żeby wyciągnąć kajdanki i zrobić z nich prawidłowy użytek. Zupełnie nie myślał o swoich poprzednich słowach takimi kategoriami, ale gotowość na to, że kto jak kto, ale Flynn podoła odpowiedniemu wysupłaniu [nieświadomych] podtekstów musiała być wpisana w moment obcowania z nim. Lub wieczne zaskoczenie. Czarnowłosy miał w sobie coś, co sprawiało, że nie dało się przy nim nudzić. Tak samo jak nie można było się na niego napatrzeć. Marząc o jakimś lepszym dniu, lepszym tygodniu... lepszym życiu. Z myślą, że warto przejść przez Piekło dla chociażby jednego dnia spokoju, by potem był wspomnieniem, do którego warto wracać w najtrudniejszych chwilach. Ciekawe, czy Flynn zdawał sobie sprawę z tego, jak bolą palce, kiedy toniesz i chwytasz się brzytwy..? Tak, na pewno wiedział. Jego dłonie przeszły tyle złego. Jego serce i umysł przeszły też zbyt wiele w tym parszywym życiu.
Powinien pytać, czy to jego rodzina siostra? O tą rodzinę Bellów? O ich cyrk? Nie chodziło o to, czy mógł - bo przecież nikt mu tego nie bronił. Flynn zresztą sam ewidentnie chciał zacząć opowieść, a pytania pomocnicze były... och, no wiesz. Pomocne. Tylko co dokładnie chciał z siebie wykrzutsić i o czym opowiedzieć? Co znaczyło, że imię Flynn nie było prawdziwym? Nie było nerwów, napięcia w Cainie, na jego twarzy nie pojawił się grymas zagubienia czy niezrozumienia. Był tam spokój i cierpliwość. Zrozumienie dla zagubienia i brak ponaglenia. Wiedział przecież - ten typ tak miał. Potrzebował swojego czasu i swojej przestrzeni, żeby to ułożyć, żeby to, co w nim dygotało się uspokoiło. I tak, z braku laku papierosa można zamienić na pyszne ciasto. To przynajmniej oddalało palce Kostuchy o przynajmniej pięć milimetrów.
To wszystko nie powinno być tak przyjemno-smutne. Z kim teraz Flynn spędzał swój czas, kogo całował, komu powierzał swoje kruche poczucie bezpieczeństwa i spokój ducha? O kim myślał i z kim spędzał czas? Cain sam nie wiedział, czy bardziej było to egoistyczne z jego strony, czy może ze strony Flynna. Czy mogli mówić o ułożeniu sobie żyć... Bletchley nie mógł o tym powiedzieć. Trzymanie się krańca przepaści było męczące. Nie miał na to siły ani ochoty. Wolał puścić. Spaść. Może Pan Bóg będzie litościwy i da mu skrzydła. Lecz krzyk, chaos... nie. Otchłań była pełna i pusta jednocześnie. Opadanie w nią, bezwładne, brak walki i poddanie się było wolnością. Czystą, niczym nieskrępowaną wolnością. Przecież gdyby nimi pojawiła się przepaść to musiałby ją zapamiętać, right?
- Shhh... - Wyciągnął dłoń. To znów było trochę zbyt odruchowe i naturalne. Nakrył swoją ciepłą dłonią jego dłoń. - Spokojnie, Flynn. Nie musisz mówić ładnie, składnie, ani szybko. Daj sobie czas. - Czy naprawdę ten czas mieli? To był jakiś jego odruch opiekuńczy, który był tak podskórny wobec tego mężczyzny, że Cain w zasadzie dopiero po tych słowach się zorientował, że to wcale nie musiało być na miejscu, że to przecież w ogóle było pokręcone i popieprzone. Znajomy. Były. Nie potrzebował wielce dojrzałego wypowiadania się z jego strony ani elokwencji. Nawet nie potrzebował, żeby mówił składnie ani po kolei. Bo rozumiał. Albo przynajmniej był taki full of himself, że mówił sobie, że akurat to rozumiał - że nie każdemu łatwo było mówić o rzeczach, które były skomplikowane i bolesne. To, że miał traumę... to było widoczne z pojedynczych elementów, do którego dopełnienia brakowało mu bardzo istotnych elementów opowieści z książki opisanej jako "Biografia Wrony lub Flynna Bella." Moglibyśmy ją też zatytuować "Opowieść o Upadku". - Cokolwiek chcesz mi pokazać. - Lekko wzruszył ramionami, ale nie w takim geście, że wszystko mu jedno, tylko w takim delikatnym drgnięciu pokazującym, że to proste, a on jest otwarty na wszystko. - Mogę je zobaczyć tutaj. - Dotknął lekko palcem jego czoła. Niesforny... chłopak. Flynn był już mężczyznom, ale naprawdę poziom jego dojrzałości sprawiał, że chciało się o nim czasem myśleć per "chłopak". Prychnąłby nawet z rozbawienia na zakończenie opowieści o kartach, bo to było całkiem prawdziwe, ale tego nie zrobił. Poniekąd. Cain by śmiał się wtedy z innymi i powiedział, że ma znakomitą relację. Bo jaką inną mógłby mieć. W końcu Cain za swoimi uśmiechami i spojrzeniem krył cały wielki świat. To ich różniło, prawda? Flynn uciekał z podkulonym ogonem, a Cain zostawał w tym samym miejscu jakby nic się nie stało. - Ach, to... - Ale czy to było tutaj najważniejsze w tej opowieści? Na pewno nie. Gdyby Flynn miał kochającą mamusię i tatusia to czy by tak skończył? Może... bo czasami głupota dzieci sprawiała, że znikali rodzicom sprzed oczu. - Rozczaruję cię - nie grałem w to. Kto by mi potem zapłacił za kurację w Lecznicy Dusz po usłyszeniu tych wszystkich odpowiedzi? - Których potem nie mógłby wymazać z życiorysu - zażartował sobie. - Mam zostać twoimi kartami? - Zapytał, jeśli Wrona nie życzył sobie grzebania w jego głowie, co go wcale by nie zdziwiło. Albo raczej: mógł zostać jego pytaniami. To, co cenił w relacji z Flynnem... to była ta intymność, w której miał poczucie, że nawet najbrzydsze sekrety mogą stać się lekkie. I zrozumiałe. Cain nie potrzebował tak bardzo fizyczności. Potrzebował emocji i myśli.