04.11.2023, 16:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2023, 16:40 przez Brenna Longbottom.)
– Hej, to się zdarza! – zapewniła Brenna. – Ledwo tydzień temu ja i Victoria najpierw biłyśmy się z jednym gościem, potem z infernusem, a potem z dwoma czarnoksiężnikami i wyszłam z tego bez jednego draśnięcia! – oświadczyła niemalże radośnie. Głównie dlatego, że podczas tej przygody naprawdę ucierpiał tylko biedny Apollo, który spadł z drzewa. I oczywiście ten gość, na którego zeskoczyła z dachu i ten, któremu rozbiła głowę, ale oni byli tymi złymi, więc nie trzeba było się przejmować, tak? A akcja była w pełni legalna, nie było potrzeby kryć szczegółów. – Ale mam na myśli: byłam dzisiaj bardzo grzeczną dziewczynką, wyszłam na spotkanie, podczas którego…
…niebo zawaliło mi się na głowę.
- …nie stało mi się żadna krzywda, a potem po prostu poszłam na spacer. I nie wpadłam nawet na nim do żadnej dziury – oświadczyła, moszcząc się wygodniej w fotelu. Nogi wyciągnęła przed siebie, nie odrywając spojrzenia od Danielle.
Mav, Erik, wasi znajomi… zasadniczo to tak, bo przecież wszyscy w Zakonie byli ich znajomymi.
Twarz jej nie drgnęła, kiedy Danielle wspomniała o sabacie, o tym, że słowa dotrzymała i że nic nie wyjdzie poza mury Warowni, ale coś we wnętrzu Brenny wywinęło salto. A przynajmniej Longbottom byłaby gotowa przysiąc, że tak właśnie się stało.
– Pamiętam. Byłaś wspaniała i zrobiłaś tam więcej niż ja – przyznała bez oporów, bo w ostatecznym rozrachunku Danielle zgasiła jeden z katalizatorów – nawet jeśli okazało się, że de facto nie było sensu tego robić, bo i tak nic nie zyskali – i uratowała życie Moss. Brygadzistka byłaby martwa, gdyby nie Dani. – Nie wiedziałam „co” się wydarzy – sprostowała jeszcze. Gdyby wiedziała, wytapetowałaby całą cholerną Dolinę plakatami informującymi o tym, że nie należy iść na sabat, zamknęła Norę i Salema w klubokawiarni, i zadbała o to, aby na miejscu był cały Zakon Feniksa, choćby musiała siłą wyciągać ich na tę polanę. A przynajmniej tak myślała o tym w tej chwili. – Wiedziałam, że „coś” się wydarzy. Nie spodziewałam się… chyba nie spodziewałam się czegoś takiego. Ostatecznie Voldemort… miał podobno tak dbać o czystą krew – wyjaśniła, bo nie, nie miała zamiaru się tego wypierać. Zresztą, Danielle musiałaby być ślepa, aby nie wiedzieć, że czegoś się spodziewali. – Dostaliśmy przeciek. Od osoby, która zdobyła informacje o planach śmierciożerców i omal nie zapłaciła za to życiem – dodała cicho Brenna, mając oczywiście na myśli Arabellę Bulstrode. Erik wraz z Norą szukali lekarstwa, a Lucy była jedną z osób, która miała przełamać klątwę…
– I mówiąc „my” nie mam na myśli Ministerstwa – dodała, spoglądając kuzynce prosto w oczy. W takich chwilach żałowała szczerze, że posiada zdolność spoglądania w przeszłość, nie czytania aur. Nawet jeśli ta pierwsza w pracy była nieoceniona, ta druga mogłaby jej pomóc sprawdzić, co chodzi teraz po głowie Danielle I… to że Dani ten talent właśnie posiadała, też mogło być dla nich wielką pomocą. – Bo Ministerstwo na pewno jest zinfiltrowane. Nie wiemy kto dokładnie, gdzie, kiedy, wiemy tylko, że „ktoś” i nie mamy nic poza podejrzeniami. Borginowie na przykład, mający mocną reprezentację w różnych wydziałach? Są wśród nich mordercy, Dani. Twój szkolny kolega najmniej pomaga informacjami w łowach na kilka osób. Dlatego jeśli chcesz kontynuować tę rozmowę, nic co powiem, naprawdę nie może wyjść poza Warownię. Nieważne, jak mocno komuś ufasz.
Stanley czy Ulysses… żadnemu z nich przecież nie mogli zaufać. I to nie tak, że Brenna rzucała tu kamieniem. Bo wśród jej przyjaciół też były osoby, które kochała z całego serca, a którym zaufać nie mogła. Aż do Beltane nie wiedziała, po której stronie stanie Victoria. Nie była pewna, czy Castiel albo Cynthia nie noszą mrocznego znaku. I byli ludzie, do których wciąż miała słabość, jak Lorraine, Anthony czy Vincent, którzy prawie na pewno byli wmieszani w różne rzeczy. Wojna rozdzielała nawet rodziny i dawnych przyjaciół.
Ale w ostatecznym rozrachunku najważniejsze było przecież trzymanie języka za zębami. Bo w takich sytuacjach nie chodziło tylko o życie osoby, która przekazałaby informacje.
…niebo zawaliło mi się na głowę.
- …nie stało mi się żadna krzywda, a potem po prostu poszłam na spacer. I nie wpadłam nawet na nim do żadnej dziury – oświadczyła, moszcząc się wygodniej w fotelu. Nogi wyciągnęła przed siebie, nie odrywając spojrzenia od Danielle.
Mav, Erik, wasi znajomi… zasadniczo to tak, bo przecież wszyscy w Zakonie byli ich znajomymi.
Twarz jej nie drgnęła, kiedy Danielle wspomniała o sabacie, o tym, że słowa dotrzymała i że nic nie wyjdzie poza mury Warowni, ale coś we wnętrzu Brenny wywinęło salto. A przynajmniej Longbottom byłaby gotowa przysiąc, że tak właśnie się stało.
– Pamiętam. Byłaś wspaniała i zrobiłaś tam więcej niż ja – przyznała bez oporów, bo w ostatecznym rozrachunku Danielle zgasiła jeden z katalizatorów – nawet jeśli okazało się, że de facto nie było sensu tego robić, bo i tak nic nie zyskali – i uratowała życie Moss. Brygadzistka byłaby martwa, gdyby nie Dani. – Nie wiedziałam „co” się wydarzy – sprostowała jeszcze. Gdyby wiedziała, wytapetowałaby całą cholerną Dolinę plakatami informującymi o tym, że nie należy iść na sabat, zamknęła Norę i Salema w klubokawiarni, i zadbała o to, aby na miejscu był cały Zakon Feniksa, choćby musiała siłą wyciągać ich na tę polanę. A przynajmniej tak myślała o tym w tej chwili. – Wiedziałam, że „coś” się wydarzy. Nie spodziewałam się… chyba nie spodziewałam się czegoś takiego. Ostatecznie Voldemort… miał podobno tak dbać o czystą krew – wyjaśniła, bo nie, nie miała zamiaru się tego wypierać. Zresztą, Danielle musiałaby być ślepa, aby nie wiedzieć, że czegoś się spodziewali. – Dostaliśmy przeciek. Od osoby, która zdobyła informacje o planach śmierciożerców i omal nie zapłaciła za to życiem – dodała cicho Brenna, mając oczywiście na myśli Arabellę Bulstrode. Erik wraz z Norą szukali lekarstwa, a Lucy była jedną z osób, która miała przełamać klątwę…
– I mówiąc „my” nie mam na myśli Ministerstwa – dodała, spoglądając kuzynce prosto w oczy. W takich chwilach żałowała szczerze, że posiada zdolność spoglądania w przeszłość, nie czytania aur. Nawet jeśli ta pierwsza w pracy była nieoceniona, ta druga mogłaby jej pomóc sprawdzić, co chodzi teraz po głowie Danielle I… to że Dani ten talent właśnie posiadała, też mogło być dla nich wielką pomocą. – Bo Ministerstwo na pewno jest zinfiltrowane. Nie wiemy kto dokładnie, gdzie, kiedy, wiemy tylko, że „ktoś” i nie mamy nic poza podejrzeniami. Borginowie na przykład, mający mocną reprezentację w różnych wydziałach? Są wśród nich mordercy, Dani. Twój szkolny kolega najmniej pomaga informacjami w łowach na kilka osób. Dlatego jeśli chcesz kontynuować tę rozmowę, nic co powiem, naprawdę nie może wyjść poza Warownię. Nieważne, jak mocno komuś ufasz.
Stanley czy Ulysses… żadnemu z nich przecież nie mogli zaufać. I to nie tak, że Brenna rzucała tu kamieniem. Bo wśród jej przyjaciół też były osoby, które kochała z całego serca, a którym zaufać nie mogła. Aż do Beltane nie wiedziała, po której stronie stanie Victoria. Nie była pewna, czy Castiel albo Cynthia nie noszą mrocznego znaku. I byli ludzie, do których wciąż miała słabość, jak Lorraine, Anthony czy Vincent, którzy prawie na pewno byli wmieszani w różne rzeczy. Wojna rozdzielała nawet rodziny i dawnych przyjaciół.
Ale w ostatecznym rozrachunku najważniejsze było przecież trzymanie języka za zębami. Bo w takich sytuacjach nie chodziło tylko o życie osoby, która przekazałaby informacje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.