Chaos ogarnął cały statek.
Wśród huków, krzyków i zewu morza uporczywie bolesny bieg po schodach z Erykiem u boku i Borginami był jak wyjęty z opowieści, które powinno się czytać tylko na fotelu przed kominkiem. Adrenalina napędzała chyba ich wszystkich. W tym wszystkim Laurent miał w głębokim poważaniu, czy mężczyzna obok niego poda go na drugi dzień (bo pewnie w tym będzie musiał zostać w Mungu, albo przynajmniej go odwiedzić) za zamachanie różdżką w nekromanckim zaklęciu niemal przed jego twarzą, by podzielić między nich swoją energię. To był kawał chłopa. Jeśli on tu padnie, to kto będzie zbierał z podłogi? Bo na pewno nie Laurent. Ku swojemu zdziwieniu przyszło mu odkryć, że tym razem zaklęcie zadziałało całkowicie normalnie. Cofnął swoją rękę ostrożnie z Erika spoglądając na niego - powinien być teraz poruszać się całkowicie normalnie. Przynajmniej dopóki wystarczy mu energii z zaklęcia. Mimo to i tak przypatrywał się mu uważnie i asekurował każdy jego krok, gdyby ten chociażby miał się potknąć.
Huk.
Blondyn przysłonił nos dłonią, kiedy wtargnęli do walącego się Atrium, w którym swąd dymu powalał. Słysząc - i widząc - w pierwszej kolejności Atreusa skierował się w jego stronę, albo konkretniej - na kolejne schody prowadzące w górę. Zaraz po tym, jakby część niego samego uleciała w powietrze. A przecież mężczyzna, którym był, mugol, nie miał z nim prawie nic wspólnego... prócz współdzielonego przez jakiś czas ciała. Nie chciał już widzieć i słuchać niczego i nikogo. Perły musiały teraz wytrzymać czy tego chciały czy nie - ich głos nie był tak przeszywający jak wtedy, rozlegał się jedynie szeptem w jego głowie. Całe jego siły i resztki woli skupiły się na jednym celu - wydostaniu się stąd. Nie miał już siły. Przetarł nerwowym ruchem dłonią z różdżką czoło, żeby odgarnąć platynowe kosmyki mokrych, zlepionych włosów wpadających mu do oczu. Nie czuł nawet tego smrodu tego statku, tej przesiąkniętej stęchlizną wody, w której jeszcze chwilę temu Stanley i Anthony prawie utonęli.
Brenna i Victoria mogły się teleportować, wiedział to doskonale. I rzeczywiście - powinny to zrobić. Każdy, kto mógł, powinien. I zarazem wiedział doskonale, że próby przekrzykiwania się z nimi, że same powinny się teleportować na nic się zdadzą. Tak samo jak do Atreusa. Dopóki wszyscy się nie wydostaną będą tutaj ślęczały i upewniały się, że KAŻDY jest bezpieczny. Był ostatnią osobą, która powinna to osądzać. W końcu sam by tak zrobił.
Zadrżał cały wraz z drżeniem tego statku. Jego historia, ból tego miejsca i tragedia zapadała się na dno. Perły, które nie powinny zostawać w tym wraku, częściowo wędrowały wraz z tą historią. Trupy, które nigdy nie zobaczą godnego pochówku i wspomnienia, które zatrą się w niepamięć. A może ktoś o nich wspomni, może jednak ktoś zapamięta..? Znajdzie się pisarz, który będzie chciał usłyszeć historię Perły Morza i tych, którzy wcale nie myśleli tylko o sobie..?
Nie tracił energii na rozmowy. Nie oglądał się za siebie na potwory. Oglądał się za to za siebie dla pewności, czy każdy bezpiecznie się wydostał. Gotów był transmutować fragmenty statku, wzmocnić je, złączyć na nowo, gdyby przed nimi miała się pojawić dziura, albo pęknięcia.
Sukces!
Akcja nieudana