Co tu dużo mówić, Laurent miał szczęście. Jego pacjent był w zbyt dużym szoku, aby zawracać sobie głowę dokładną formułką zaklęcia, które ewidentnie pomogło mu zregenerować zapasy siły. Nie czuł się wprawdzie jak nowo narodzony, jednak ryzyko nagłej utraty przytomności od otrzymanych ran... Znacząco zmalało. Przynajmniej tak się wydawało Erikowi, a to już był spory sukces.
Gdy na krótką chwilę objawił mu się mężczyzna w kaszkiecie, nie bardzo wiedział, jak zareagować. Wbrew pozorom jego pierwszą myślą nie było to, że to duch z przeszłości, który zagnieździł się w jego umyśle tej nocy, postanowił go w końcu opuścić. Miał raczej wrażenie, że był to kolejny symptom przemęczenia i otrzymanych w wyniku walk obrażeń. Nie kwestionował jednak tego, co miał przed oczami. Gdyby się nad tym faktycznie zaczął zastanawiać, to niewykluczone, że dokonałby żywota tu i teraz, gdy cały ten statek walił im się na głowy.
Co zrobił dalej? Wprawdzie dzięki magii Prewetta odzyskał nieco siły, tak wiedział, że nie powinien pchać się do przodu. Wystarczył jeden nieostrożny krok, a starania Laurenta mogły pójść na marne. Nie. To był czas na taktyczny odwrót. Musiał pozwolić innym na przyjęcie palmy pierwszeństwa w kwestii wyprowadzenia reszty. Teraz musiał zatroszczyć się o siebie.
— Będę... Będę czekał na brzegu! — krzyknął w stronę reszty grupy, szarpiąc się ze swoją różdżką. Skupił się na miejscu, z którego wypłynęli. Kto by pomyślał, że to wszystko tak się skończy? Odsunął na bok wątpliwości, strach o Brennę, Dani, Geraldine i o to, co właśnie przeżywała Nora Figg do spółki z Elliotem Malfoyem. Poprawna teleportacja. Co może być w tym trudnego?
Koniec końców Longbottom zniknął z cichym trzaskiem, pozwalając, aby dalsze wydarzenia w trzewiach rozpadającego się statku rozgrywały się bez jego bezpośredniego udziału.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞