Brak posiadania sztuki odszyfrowywania liter była dla Laurenta bardziej egzotyczny niż tygrys bengalski. Był straszny. Uniemożliwiał komunikację w dużej mierze, ale i odbierał przyjemność ze świata. Nawet jeśli ktoś niekoniecznie lubił książki czytać to chociażby tak jak Elaine mówiła - nie mogła czytać nawet pomocy kuchennych, ksiąg z przepisami. Nie rozczytasz też żadnego rachunku, a ilość ludzi, jaka może cię oszukać, była powalająca. To nie było do końca współczucie, bo pojawiło się w jego spojrzeniu i geście, kiedy wyciągnął dłoń do jej policzka, by pogładzić ją kciukiem. Nie był to również żal. Było mu natomiast przykro, że nie mogła swobodnie cieszyć się książkami z przepisami. Taka prosta rzecz, a potrafiła tyle w głowie namieszać. Czemu nikt jej nie nauczył. Przez tyle lat! Mówiła, że to nie jest jej potrzebne do szczęścia, że tak, jak żyje, jest jej dobrze, nie przejmowała się tym wcale. Chciał jej zaproponować, że ją nauczy, ale nie mógł. Samo mieszanie jej do swojego marnego życia wydawało się już zbyt nieodpowiednie i narażające ją na zetknięcie ze światem, który może i był ciekawy, ale całkowicie obdarłby ją z tego piękna, jakie miała. To miejsce było jak słoik, w którym trzymałeś motyla. Mógł swobodnie latać i świat podziwiać, nawet mógł wylecieć, ale większość i tak oglądana była zza cienkiego szkła.
To takie sympatyczne. Być nazywanym "promyczkiem" - to przecież czysta słodycz. Sympatia sama przelewała się między tymi literkami, a nazwanie tego "sympatycznym" było ledwo bardzo malutkim słowem w ogromie przyjemnego ciepła, jakie gościło między nimi. Dopił herbatę i podniósł się z miejsca. Kimkolwiek Edge i Tempest byli już z tych paru przedstawień zdążył wyłuskać, że ludzie tutaj pracujący byli naprawdę zdolni, a fama o rodzinie Bell nie była wcale kłamstwem. Fama o tym, że kiedy występowali to nie można było oderwać od nich oczu. Splótł swoje palce z jej, uśmiechając się czarująco, by wyjść z nią na zewnątrz.
- Nie jestem wielbicielem łakoci, ale od ciebie spróbowałbym wszystkiego. - Przyznał się, przysuwając się bliżej, żeby ją objąć, kiedy tak przylgnęła do jego ramienia. Spojrzał przed nich zastanawiając się, czy teraz również nie będzie to problemem, że tak się zachowywali, jak... jak para? Niekoniecznie mu się podobało to określenie, jakie wykwitło w jego głowie, by z drugiej strony mieć to poczucie, że mógłby z nią tak przespacerować i całą noc. Czuł się ukojony. Uspokojony. - Mówisz mi, że wszystko, co tutaj można zjeść, wyszło spod twojej ręki? - Zdziwiło go to (pozytywnie), ale jak sobie przypomniał, jak sprawnie jej szło wtedy z pieczeniem tego ciasta... to chyba kobieta miała w tym wprawę. Bardzo dużo wprawy.
Weszli z powrotem do największego namiotu, żeby przysiąść na wolnych miejscach i pooglądać ostatnie występy.