05.11.2023, 16:41 ✶
Od dłuższego czasu wydawało mu się, że był już za stary na takie sceny. One się tyczyły ludzi młodych, którzy te uczucia w sobie dopiero odkrywali - to były sceny pisane jego córce, chociaż szczerze liczył na to, że jej życie uczuciowe będzie nieco... mniej ponure niż jego, naprawdę mocno chciał, żeby znalazła sobie kogoś dobrego, kogo mogłaby nazwać towarzyszem życia na lata, a... Laurie tu był. Stał naprzeciw niego, z tym swoim spojrzeniem zbitego psa, ze spojrzeniem człowieka upadłego, który sam już chyba nie wiedział, czego chce od życia i od siebie samego. I inni by w tych oczach dostrzeli jakiś bijący na alarm dzwon, od którego zerwaliby się do ucieczki - Garrick natomiast widział tam swoją przeszłość, a w tej przeszłości uczucia powracające powoli, żeby namalować mu na twarzy portret niepewności. Zmył go z siebie szybko, delikatnym uśmiechem, takim, jakim się wita dawnego przyjaciela po latach rozłąki. Tylko że to wciąż była tylko gra pozorów. Wyrwały go z niej dopiero rzucone jakby w eter przeprosiny.
- Za co?
Bardzo, ale to bardzo szybko ugryzł się w język i zacisnął na moment oczy, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przy Selwynie to było pytanie pułapka - takie pytanie płoszące człowieka, bo on się przecież miał tego wszystkiego domyślić. Że nie odpisywał na listy, albo że go nie odwiedzał - po co więc pytał, chyba tylko po to, żeby mu przerwać swoją osobą, zanim Laurence z siebie wydusił cokolwiek, nawet zanim rozchylił usta.
- Uh... oh... - zawahał się, wychodząc zza nieco zakurzonej lady, wcale nie kryjąc próby zagłuszenia ewentualnej odpowiedzi - jeżeli nie przyszedłeś tylko na chwilę - te słowa piekły go w usta o wiele bardziej niż powinny po tych wszystkich latach - może zamknę sklep i napijemy się czegoś na zapleczu? Septimy dzisiaj nie ma... - Mówił to zupełnie tak, jakby Laurence nie zignorował tego pytania o powrocie do Londynu, może po prostu nie chciał mu mówić, że był tutaj tylko na chwilę. A może po prostu coś się stało?
Czy postać Selwyna sprawiła, że ledwo zbliżył się do tych drzwi, żeby odwrócić tabliczkę wiszącą na drzwiach napisem „zamknięte” do witryny sklepowej? Jeszcze jak. Musiał aż odetchnąć po przekręceniu klucza w mosiężnej gałce, ale zaraz po tym odwrócił się w jego kierunku i wskazał mu ręką przestrzeń za zasłoną z koralików, takim zapraszającym, uprzejmym gestem, ale przecież Selwyn dobrze wiedział, gdzie iść. Jeżeli tu został, to zatrzymał go tutaj jakiś cel, jakaś myśl kazała mu tkwić tutaj jak kołek, może to zmieszanie wzięło nad nim górę do tego stopnia, że się aż nie mógł wysłowić, a bez wysłowienia się nie potrafił ruszyć dalej. Ale aż dziw brał na samą myśl - on niemogący się wysłowić - człowiek czarujący słowem tak bardzo, że ludzie wykupowali bilety na spektakle rodzinnego teatru tylko po to, żeby posłuchać tego głosu. Na tej widowni siedział też Garrick. Nie ulegało wątpliwości, że Ollivander był w nim piekielnie zakochany. Te wszystkie plotki rujnujące reputację rodziny różdżkarzy jeszcze mocniej niż ożenek z mugolką, nie były próbą ich upokorzenia - były prawdą o jego naturze. Trochę to przykre, że miłością jego życia nigdy nie była jego żona, matka jego dzieci, tylko mężczyzna wiecznie uciekający z jego uścisku. Ollivander jednak pogodził się z tym już kilkanaście lat temu...
- Za co?
Bardzo, ale to bardzo szybko ugryzł się w język i zacisnął na moment oczy, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przy Selwynie to było pytanie pułapka - takie pytanie płoszące człowieka, bo on się przecież miał tego wszystkiego domyślić. Że nie odpisywał na listy, albo że go nie odwiedzał - po co więc pytał, chyba tylko po to, żeby mu przerwać swoją osobą, zanim Laurence z siebie wydusił cokolwiek, nawet zanim rozchylił usta.
- Uh... oh... - zawahał się, wychodząc zza nieco zakurzonej lady, wcale nie kryjąc próby zagłuszenia ewentualnej odpowiedzi - jeżeli nie przyszedłeś tylko na chwilę - te słowa piekły go w usta o wiele bardziej niż powinny po tych wszystkich latach - może zamknę sklep i napijemy się czegoś na zapleczu? Septimy dzisiaj nie ma... - Mówił to zupełnie tak, jakby Laurence nie zignorował tego pytania o powrocie do Londynu, może po prostu nie chciał mu mówić, że był tutaj tylko na chwilę. A może po prostu coś się stało?
Czy postać Selwyna sprawiła, że ledwo zbliżył się do tych drzwi, żeby odwrócić tabliczkę wiszącą na drzwiach napisem „zamknięte” do witryny sklepowej? Jeszcze jak. Musiał aż odetchnąć po przekręceniu klucza w mosiężnej gałce, ale zaraz po tym odwrócił się w jego kierunku i wskazał mu ręką przestrzeń za zasłoną z koralików, takim zapraszającym, uprzejmym gestem, ale przecież Selwyn dobrze wiedział, gdzie iść. Jeżeli tu został, to zatrzymał go tutaj jakiś cel, jakaś myśl kazała mu tkwić tutaj jak kołek, może to zmieszanie wzięło nad nim górę do tego stopnia, że się aż nie mógł wysłowić, a bez wysłowienia się nie potrafił ruszyć dalej. Ale aż dziw brał na samą myśl - on niemogący się wysłowić - człowiek czarujący słowem tak bardzo, że ludzie wykupowali bilety na spektakle rodzinnego teatru tylko po to, żeby posłuchać tego głosu. Na tej widowni siedział też Garrick. Nie ulegało wątpliwości, że Ollivander był w nim piekielnie zakochany. Te wszystkie plotki rujnujące reputację rodziny różdżkarzy jeszcze mocniej niż ożenek z mugolką, nie były próbą ich upokorzenia - były prawdą o jego naturze. Trochę to przykre, że miłością jego życia nigdy nie była jego żona, matka jego dzieci, tylko mężczyzna wiecznie uciekający z jego uścisku. Ollivander jednak pogodził się z tym już kilkanaście lat temu...
no rain,
no flowers.
no flowers.