• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
05.11.2023, 17:34  ✶  

Zatonął w człowieku znajomo-nieznajomym. Był jednak selkie - nie mógł się przecież utopić... prawda? Wystarczyło trzymać odpowiedni rezon, pamiętać o wynurzaniu i nie zapominać, że ponad tą taflą wody znajduje się bardziej rzeczywisty i nawet bliższy świat. Był selkie... więc który świat był tak naprawdę jego? Sądził, że odnajdzie dogłębny smutek w Esme, albo bestię, która rzuci się do jego gardzieli i będzie chciała zatopić pazury w miękkiej tkance. Jeśli nawet się tam czaiła to błysnęła swoimi ślepiami tylko na początku rozmowy, by ostrzec, dać znać, że tam jest, a potem? Potem okazała się tylko (AŻ!) człowiekiem. Tak samo podatnym na obrażenia, na rany, na zagubienie. Tak samo chcącym tańczyć, tylko nie do rytmu, który nadał mu świat. Tak jakby chciał bardzo mocno zapamiętać, kim miał być, zanim świat powiedział mu, kim powinien się stać. Przyszło ci więc spojrzeć na własne ręce, gładko zginające się palce, na wyprasowane w kant spodnie, na białą koszulę bez żadnego zagięcia i błysk złota na palcu i nadgarstku w postaci biżuterii. Przypomnij sobie. Zarozumiale powiedziałbyś sobie, że rozumiesz. Zrozumiałeś już, czym był ten taniec i dlaczego nie mogłeś złapać odpowiedniej piosenki, by do niego zatańczyć. Rzeczywiście - znajomość wszystkich postaw nic tu nie dawała, a zagubienie mówiło, żeby iść dalej, próbować..! Nie. Zrozumiałeś, że ten taniec nie miał prowadzić ani być prowadzonym. Tu nie chodziło o to, żeby odpowiadać na ruchy drugiego tancerza. Chodziło o to, żeby zatańczyć swój własny. I tylko wtedy mogłeś się nie zgubić. Więc, mój drogi - wynurz się. Świat był piękny, chociaż tak głęboko smutki. Szare niebo potrafiło zajść łzami, by rozbić się na liściach drzew. Tak i na dnie potrafiło być ciemno, ponuro i roztaczał się tu muł. Zgoda. Ten taniec to była zgoda nie z Esme - to było pogodzenie się z samym sobą. Nie będzie i nigdy nie było, nie miało być, bezpieczniejszej przestrzeni niż twoja własna głowa. Nie będzie też lepszego domu niż ten, co nosisz sam na swoich plecach. Ślimak, co uparcie brnie w kierunku grządek ogrodowych wiedział o tym najlepiej. Ty wszystko niesiesz. Tu, na sobie, w sobie - i możesz powiedzieć, że to wszystko było piękne. Pokochać siebie - co za błogosławieństwo. Niestety nie było takiego czaru, który klątwę braku wiary w siebie zdjąłby z barków jasnowłosego mężczyzny. Nawet mimo tego, że tu i teraz spojrzał na siebie pod innym kątem, niż patrzył przy wszystkich innych ludziach. Pojęcie kodeksu się przy tym zacierało i stawało zapisem nut pisanym dłonią Laurenta. Ponieważ chciał to zapamiętać. Zapisać w swoim sercu tą dziwną ulgę i zdjęcie ciężaru z ramion, że nie musiał niczego udawać. Bo jeśli nie było boskich przykazań, nie mogło być też kar.

Tylko że prawda, mój Drogi - na prawdę to trzeba mieć odwagę. Prewett bał się prawdy. Wolał jej unikać i przed nią umykać, by na niego nie spojrzała. Nie chciał ostrych słów i ocen. Nie chciał, by ktoś mówił mu, że jest słaby, że nie jest dostatecznie dobry, że jest obrzydliwy i żałosny. Nie chciał słuchać tego, że syn głowy rodu powinien się zachowywać dostojniej, ani że nie powinien się oglądać za mężczyznami i nosić w sobie tego nieśmiałego marzenia, żeby ktoś w końcu chciał zamknąć go w swoich objęciach jak największy skarb. Bardzo wiele prawd, które mogły dotrzeć do jego uszu w ogóle nie powinny zostać wypowiedziane, inne już słyszał, ale nie chciał słyszeć ich po raz kolejny. Nie chciał tego wszystkiego. Tak samo jak nie chciał, żeby Esme tymi prawdami kąsał. Były jednak za to takie prawdy, które były słodkie, miłe i przyjemne. Wpadały do ucha i od razu przesiąkały do serca. Niektóre z nich wręcz rozpływały się tak romantyczną rozkoszą, że ciężko było uwierzyć, że nie stanowiły stosiku kłamstw - jak pomięty papier z rozpakowanych już prezentów. Jeśli czegoś mógł się tutaj bać, to właśnie tego, że pojawi się ta ocena. Że to jednak nie to... a jeśli nie to, to czego Esme poszukiwał? Co mógłby mu dać? Takie myśli i pytania chodziły mu w końcu na początku tej intensywnej rozmowy po głowie. Jak zadowolić człowieka przed sobą i złapać w garść jego zainteresowanie. Och, osiągnął to, tylko raczej większym przypadkiem, niż tak jak w większości mężczyzn, jakich spotykał - manipulacją. Ponieważ mężczyzn łatwo było zadowolić, łatwo było odnaleźć punkt, który sprawiał im przyjemność. I potem wystarczył tylko odpowiedni szept i dotyk... Poczuł się pociągnięty w górę na równi z Esme w najbardziej łagodny sposób, w jaki ktokolwiek i kiedykolwiek go przed sobą postawił. To czyniło ten obraz innym - i tak bardzo ludzkim, że w płucach Laurenta nawet powietrze zmieniło swój zapach. Smród tych papierosów mieszający się z jego drogimi perfumami, zapach tej knajpy, woń suszonego tytoniu. To wszystko splatało się ze sobą pełną świadomością własnego istnienia, jakie blondyn doznawał. I, niestety, nie chciał się tak czuć. Nie chciał spoglądać w oczy Esme, w których widział swoje odbicie bardzo boleśnie prawdziwe. Nie chciał czegoś tutaj znaczyć, bo przecież gdyby zaczął znaczyć coś dla siebie to jak bardzo bolałaby go świadomość wszystkich głupot, jakich się dopuścił i wszystkich czynów i ludzi, którzy wbili w niego palce? Niemal zakręciło mu się w głowie od ilości barw, które w swoich wyraźnych konturach zostały mu narysowane oczyma Esme Rowle.

Namalował mu również szok, kiedy Esme się gwałtownie uniósł a Laurent jak spłoszone zwierzę instynktownie cofnął się o milimetr na swoim siedzeniu, przestraszony, że... że co w zasadzie? Nie było jednak bólu ani nie było złości. Tylko ten poszerzający się uśmiech, który był jak rozkwitające na jego zgniłym płótnie kwiaty sprawił, że Laurent całkowicie nie wstał, żeby umknąć przed dłońmi. Te oparły się na jego twarzy z taką łagodnością, że w tej samej chwili całkowicie zamarł, otwierając szerokie duże oczęta. Przeszył go dreszcz. Brak zrozumienia podpisany był pustką myśli, na którą Esme przelewał swoje słowa. Zapisywał je na bieli płótna jego duszy - prawdziwy rzemieślnik, który dostał w dłonie pędzel i choć nie był malarzem to wiedział, jak stworzyć odpowiedni szkic do swego projektu. Projekt był już chyba przyklepany na samym początku w jego głowie. Teraz przekonał się, że był wykonalny. Obaj się o tym przekonali. Cofnął się, a Laurent bardzo powoli wrócił głową do poprzedniego ułożenia z nieznikającym zaskoczeniem. Uniósł dłoń do policzka, na którym przed momentem opierała się dłoń Esme, czując nadal ciepło tych dłoni. Chaos. Udało mu się - zgubił go. Całkowicie wytrącił go z jakiegokolwiek rytmu. Nawiązał na nowo kontakt wzrokowy z mężczyzną, jakby zorientował się dopiero po chwili, że dalsza część wypowiedzi również przeznaczona jest dla jego uszu. I rumieniec, który pojawił się na jego twarzy, tym razem nie był tylko grą zawstydzenia. Zauroczenie, och tak. Zakochał się w tych słowach. Zapytacie - w takim razie zakochał się w Esme? Nie. Zakochał się w słowach. Czymś, co tak ulotne zostało mu zaprezentowane tu i teraz jak wynagrodzenie za skupione próby odpowiadania na ruchy, które widział, nim pojął, że odpowiedzią musi być on sam. Lubię kiedy ty, Laurent, mówisz co myślisz. To może być szokujące, jak takie proste zdanie mogło być wyczekiwane przez lata. Jak bardzo chciał, jak bardzo potrzebował tego, żeby móc do kogoś mówić, kto nie będzie chciał i potrzebował tylko spełniać się samemu, kto nie będzie chciał widzieć ideału, kto nie będzie wytykał palcami za wszystkie błędy i przewinienia. Niemal zakrztusił się tym uczuciem. Zamrugał szybko parokrotnie i odetchnął głębiej przez nozdrza uświadamiając sobie, że nawet wstrzymał dech. Nie potrafił odpowiedzieć. Kiedy tylko pomyślał o rozchyleniu warg rumieniec tylko przybrał na sile. W zasadzie to przeszedł nawet do poziomu spłoszenia z myślą, że mógłby się zająknąć, jak zaczynał się jąkać przed swoim ojcem - różnica polegała na tym, że przy nim jąkał się z nerwów i psychicznego nacisku, jaki ten na nim wywierał. Tutaj zająknąłby się od wzruszenia.

- Z bólem... - Przesunął dłoń po swoim ciepłym policzku, opuszczając wzrok. To było przykre, ale co zrobić? Z bólem nie dało się wygrać - nie bólem tego typu. To znaczy - dało, ale to nie był pojedynek na równej arenie. Nie miał zasad i potrafił się bardziej partolić niż posuwać do przodu w swoich przewagach. Naliczane minusy tak właśnie tworzyły kotwicę. I już nie było jak się wynurzyć po łyk powietrza. - ... można się tylko pogodzić. Jeśli nie masz wystarczającej siły na walkę. - Laurent jej nie miał. To znaczy - miał, kiedy jeszcze był w Hogwarcie. Nadal potrafił stanąć naprzeciwko wyzwaniom, ale ile to kosztowało..? I gdyby nie brak tej energii nie skończyłby w tak żałosnym stanie - jak droga dziwka, która szukała czegoś, czego nigdy nie mogła otrzymać. Z jakiegoś powodu czuł połączenie z poszukiwaniami Esme - tych emocji. Tylko na zupełnie innej płaszczyźnie. Laurent w końcu też żebrał o uwagę, o chociaż chwilę tego, by poczuć się wyjątkowym. Oddychał tym, co było jednorazowymi miłościami. Spojrzenie Esme takie jak to sprzed chwili - ono rozwijało jego skrzydła. Przybywało tych lotek. Masochistycznie regenerowały się, żeby móc ich stracić więcej. Koniec końców wszystko i tak istniało po to, żeby się rozpłynąć w swoich podstawach. Ludzie... ich niestałość sprawiała, że Laurent się bał. Bał tego, że kolejna osoba przepłynie mu między palcami. Bo Esme pomiędzy nimi przepłynie. Kolejny dreszcz przeszedł jego ciało, kiedy zamknął powieki, wsłuchując się w brzmienie prostego zaprzeczenia i stwierdzenia, że jest rzemieślnikiem. Czy rzemieślnik może wykuć serce z kamienia? Chciałbym dostać takie.

Nie chciał też słuchać o tym, jak bardzo bezsensowne i przetracone było jego życie. Jak puste w staniu pomiędzy różnymi światami, bo nie należał do żadnego z nich. Żadne marzenie i żadna wygrana nie potrafiły zapełnić poczucia, że nigdy nie będzie i nie miało być innej prawdy. Wiedział o tym. Jego małe życie nie miało żadnego znaczenia, choć wiedział też, że znaczyło wiele dla innych. Jego kuzynka, kuzyn, siostra, ojciec, macocha - przecież go kochali. Przecież kochali...

Otworzył powoli powieki, spod których wyglądał ocean i uniósł je na Esme z łagnym jak brzask jutrzenki uśmiechem. Słone było morze. Słone były też łzy.

Oto więc czym była prawda i czym za nią zapłacili. Smutkiem.

- Ale ja chcę, żeby zasługiwał. - To było takie tęskne, takie... wołające. Prosto z głębin jego serca, z tych najbardziej struchlałych zakamarków pragnień i marzeń, z tej świadomości jak bardzo był przegrany. Doskonale wiedział - przecież to było żałosne. Musiał okrywać się realizmem, żeby nie rozdziobały go kruki i wrony. Ale nie chciał. To go wyczerpywało. Zamknął znowu powieki na parę chwil, chłonąc te przesuwające się po nim emocje. Odetchnął, składając przed sobą słonie, ujmując pięść w drugą dłoń. Jak do modlitwy. Zadrżały przez moment. A potem otworzył oczy.

- Potrzebuję obroży i budy dla jarczuka. - Powiedział całkowicie wprost, jakby żadnego z tych wszystkich tematów nigdy tutaj nie było. Sięgnął zmęczonym ruchem do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej notatnik i wysunąć wyrwaną już stronę, by przesunąć ją w kierunku Esme. Szkic i informacje na niej przedstawiały informacje o zwierzęciu, które można pieszczotliwie nazwać "psem". Prawie dwa razy większe od zwykłych słów bydlęta były śmiertelnie niebezpiecznymi stworzeniami. - Obroży dla młodego. Potrzebuję jej do tresury. - Bo nawet młody psiak potrafił być niebezpieczny.


Isn't it lovely, all alone?
Heart made of glass, my mind of stone
Tear me to pieces, skin to bone
Hello, welcome home


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)




Wiadomości w tym wątku
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 26.09.2023, 17:21
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 27.09.2023, 04:03
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 27.09.2023, 08:59
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 30.09.2023, 18:20
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 30.09.2023, 20:22
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 01.10.2023, 02:57
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 01.10.2023, 10:27
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 08.10.2023, 18:15
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 08.10.2023, 19:13
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 14.10.2023, 11:41
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 14.10.2023, 13:04
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 05.11.2023, 03:35
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 05.11.2023, 17:34
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 16.11.2023, 03:00
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 16.11.2023, 22:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa