05.11.2023, 20:31 ✶
To zawsze miało znaczenie. W końcu gdyby nie Dani, Moss by nie żyła. Tu i teraz. Ale też Brenna nie przyszła się tu sprzeczać czy rozmawiać o wyrzutach sumienia – własnych albo tych Danielle. Mogła sobie wyobrazić przebieg takiej rozmowy, znała na to i siebie, i kuzynkę dostatecznie dobrze. I była pewna, że w ostatecznym rozrachunku… ta niczego by nie zmieniła o tym, co myślały o przebiegu tamtej nocy.
– Praktycznie na pewno – przyznała Brenna, uśmiechając się krzywo. – Nie zawracałabym ci głowy tak często, gdybym mogła po prostu iść do Munga.
I tak była zdrajczynią krwi. Ale była zdrajczynią krwi uważaną za głupiego pajaca, zakochanego w swojej pracy, owszem, zasadniczo jednak gadatliwego i mało szkodliwego. Wątpliwe, aby ktokolwiek podejrzewał ją o robienie czegoś więcej niż szaleńcze bieganie od sprawy do sprawy, nie różnicując podejrzanych ze względu na status krwi. Nie chciała więc, żeby do tego obrazka dołączyła cała kolekcja dziwnych obrażeń, która zostałaby opisana w klinice i mogła przyciągnąć czyjąś niechcianą uwagę.
Teraz musiała na to uważać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Nikomu nie wolno ufać.
Ta myśl krążyła i po głowie Brenny. Nie była pewna, czy ufa już komukolwiek. Nie chodziło nawet o to, że dopuszczała do siebie myśl, że Danielle zdradziłaby ją świadomie: ale jak często dobra wiara, źle ulokowane zaufanie, odrobina naiwności czy uczucia doprowadzały do tragedii? Czy sama Brenna nie wiedziała o tym najlepiej, bo przecież też były osoby, na których jej zależało, i na znajomość z którymi cieniem kładła się wojna? Ile razy obracała w głowie pewne rzeczy, ile razy mogłaby zaryzykować sobą, ale nie całą resztą?
– Właściwie to co samo, co do tej pory, po prostu nie tylko dla mnie – powiedziała Brenna, odruchowo zerkając na swoją rękę. Wciąż nosiła długie rękawy, bo blizna po ataku wampirzycy jeszcze się utrzymywała i zniknąć pewnie miała dopiero na koniec lata pod wpływem używanych maści. I tak Brenna miała szczęście: w mugolskim świecie pewnie dopiero wtedy rany zasklepiłyby się do końca… – Mam sporo ludzi, którzy są gotowi nadstawić głowę i są w tym dobrzy. Ale właściwie praktycznie nikogo, kto mógłby ich potem poskładać w jedną całość. Jest dostępna… raptem jedna osoba i to niesprawdzona – mruknęła, bo ostatnio wprawdzie do sieci dołączyła Florence Bulstrode, ale jej Brenna nie znała, kontaktem tamtej miał być ktoś inny. Sama po prostu nie miała kogo posłać, gdyby w tej chwili ktoś zgłosił „zapotrzebowanie”.
A musiała kogoś takiego mieć.
– Wyleczyć osoby, które oberwą. Niewykluczone…że czasem w terenie – dokończyła, przenosząc wzrok na Danielle. Z pewną rezygnacją. I odrobiną wyrzutów sumienia. Derwin nie chciał jej w to mieszać. Lucy nie chciała jej w to mieszać. Chcieli ją chronić. Przed walką, ale i chyba wyborami: takimi, jakie wziąć podejmowała cała reszta. Jakie podejmowała Brenna, gdy decydowała, komu co powiedzieć i czyją rękę, po którą kiedyś tak chętnie sięgała, puścić. Ale teraz, bo Beltane, Brenna czuła, że niewiedza nikogo nie ochroni, i po prostu… naprawdę potrzebowała zaufanego uzdrowiciela. – Sama chyba zauważyłaś, co tu się dzieje – dodała miękko. W końcu Danielle była aurowidzem, widziała nici powiązań i mieszkała z nimi pod jednym dachem. – Grindewalda nie pokonało żadne Ministerstwo Magii, a Albus Dumbledore. Tym razem też wbrew pozorom nie siedzi bezczynnie.
– Praktycznie na pewno – przyznała Brenna, uśmiechając się krzywo. – Nie zawracałabym ci głowy tak często, gdybym mogła po prostu iść do Munga.
I tak była zdrajczynią krwi. Ale była zdrajczynią krwi uważaną za głupiego pajaca, zakochanego w swojej pracy, owszem, zasadniczo jednak gadatliwego i mało szkodliwego. Wątpliwe, aby ktokolwiek podejrzewał ją o robienie czegoś więcej niż szaleńcze bieganie od sprawy do sprawy, nie różnicując podejrzanych ze względu na status krwi. Nie chciała więc, żeby do tego obrazka dołączyła cała kolekcja dziwnych obrażeń, która zostałaby opisana w klinice i mogła przyciągnąć czyjąś niechcianą uwagę.
Teraz musiała na to uważać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Nikomu nie wolno ufać.
Ta myśl krążyła i po głowie Brenny. Nie była pewna, czy ufa już komukolwiek. Nie chodziło nawet o to, że dopuszczała do siebie myśl, że Danielle zdradziłaby ją świadomie: ale jak często dobra wiara, źle ulokowane zaufanie, odrobina naiwności czy uczucia doprowadzały do tragedii? Czy sama Brenna nie wiedziała o tym najlepiej, bo przecież też były osoby, na których jej zależało, i na znajomość z którymi cieniem kładła się wojna? Ile razy obracała w głowie pewne rzeczy, ile razy mogłaby zaryzykować sobą, ale nie całą resztą?
– Właściwie to co samo, co do tej pory, po prostu nie tylko dla mnie – powiedziała Brenna, odruchowo zerkając na swoją rękę. Wciąż nosiła długie rękawy, bo blizna po ataku wampirzycy jeszcze się utrzymywała i zniknąć pewnie miała dopiero na koniec lata pod wpływem używanych maści. I tak Brenna miała szczęście: w mugolskim świecie pewnie dopiero wtedy rany zasklepiłyby się do końca… – Mam sporo ludzi, którzy są gotowi nadstawić głowę i są w tym dobrzy. Ale właściwie praktycznie nikogo, kto mógłby ich potem poskładać w jedną całość. Jest dostępna… raptem jedna osoba i to niesprawdzona – mruknęła, bo ostatnio wprawdzie do sieci dołączyła Florence Bulstrode, ale jej Brenna nie znała, kontaktem tamtej miał być ktoś inny. Sama po prostu nie miała kogo posłać, gdyby w tej chwili ktoś zgłosił „zapotrzebowanie”.
A musiała kogoś takiego mieć.
– Wyleczyć osoby, które oberwą. Niewykluczone…że czasem w terenie – dokończyła, przenosząc wzrok na Danielle. Z pewną rezygnacją. I odrobiną wyrzutów sumienia. Derwin nie chciał jej w to mieszać. Lucy nie chciała jej w to mieszać. Chcieli ją chronić. Przed walką, ale i chyba wyborami: takimi, jakie wziąć podejmowała cała reszta. Jakie podejmowała Brenna, gdy decydowała, komu co powiedzieć i czyją rękę, po którą kiedyś tak chętnie sięgała, puścić. Ale teraz, bo Beltane, Brenna czuła, że niewiedza nikogo nie ochroni, i po prostu… naprawdę potrzebowała zaufanego uzdrowiciela. – Sama chyba zauważyłaś, co tu się dzieje – dodała miękko. W końcu Danielle była aurowidzem, widziała nici powiązań i mieszkała z nimi pod jednym dachem. – Grindewalda nie pokonało żadne Ministerstwo Magii, a Albus Dumbledore. Tym razem też wbrew pozorom nie siedzi bezczynnie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.