Knajpa nie umywała się do klubokawiarni Nory. To była pierwsza myśl, jaka zaświtała w głowie Longbottoma, gdy znaleźli się pod odpowiednim adresem. Z drugiej strony byli też na Horyzontalnej, a nie Pokątnej. Chociaż ulice znajdowały się blisko siebie, tak ich atmosfera nieco się od siebie różniła. Pokątna była tą droższą dzielnicą, gdzie zazwyczaj zjawiały się tłumy. Horyzontalna nie była aż taka oblegana, jednak bardziej różnorodna pod względem tego, co też skrywało się za drzwiami poszczególnych lokali. Przynajmniej to nie Nokturn, pomyślał z przekąsem Erik.
— Kawa o tej porze? — Przekrzywił głowę, wbijając w nią skonfundowane spojrzenie. Równie dobrze mogłaby oświadczyć, że przed przeprowadzeniem rytuału widmowidzenia planowała zatańczyć fokstrota na ladzie, żeby wyglądać na mniej podejrzaną. — Mieszkamy ze sobą, jemy razem śniadanie każdego dnia... Przecież wiesz, że z rana piję tylko herbatę. Bardzo mocno posłodzoną. A teraz chcesz, żebym zamawiał kawę? Może od razu mam zmienić całą dietę pod tę jedną misję?
Może trochę przesadzał, jednak poranek był najważniejszą częścią dnia w jego codziennym harmonogramie. A jak udowodniła ich niedawna wyprawa w góry, zabranie gdziekolwiek niewyspanego Erika, który na dodatek musiał na szybko spałaszować kilka kęsów tosta, nie dochodząc do siebie po traumie, jaką było wyrwanie z krainy Morfeusza, mogło mieć naprawdę opłakane skutki. Longbottom wziął głęboki oddech, przywołując na twarz uspokajający uśmiech.
— Nie mam obiekcji. Wczesna pora sprzyja niezwracaniu na siebie uwagi. Na tyle, ile ktoś naszego pokroju może uniknąć wzroku innych — rzucił. Z ich dwójki to on piął się po kolejnych szczeblach rozpoznawalności w zawrotnym tempie, toteż Brenna również mogła skosztować, jak to jest. Rozumiał więc, czemu to on miał odwrócić uwagę personelu. — Po prostu zamknij za sobą kabinę. Może nie wpadnie tu tłum z zapaleniem pęcherza. — Westchnął cicho. — Mam wejść chwilę przed tobą? Po tobie? Wchodzimy razem?
Wolał dopytać o ten szczegół, aby na koniec po prostu podporządkować się zaleceniom młodszej siostry. W gruncie rzeczy plan Erika pokrywał się z tym, co proponowała mu Brenna. Nie wiedział tylko, jak bardzo chce nagiąć prawdę w kwestii tego, czemu w ogóle zawitał do tego konkretnego lokalu. Ale to już wyjdzie w praniu. O ile kelnerka w ogóle pokusi się o to, aby zapytać, co tu robi. Równie dobrze może czuć się zdegustowana tym, że ktoś przyszedł chwilę po tym, jak zmieniła tabliczkę powitalną. Może miała jeszcze do dokończenia podliczenie kasy z poprzedniego dnia?
Kiedy w końcu mógł wejść do środka, zmierzwił sobie lekko włosy i rozpiął dwa najwyższe guziki koszuli, poprawiając przy okazji poły szarej marynarki w kratę. Było lato; mógł sobie pozwolić na trochę luzu, jednak i tak ciągnęło go do bardziej oficjalnej odzieży. Serce zabiło mu nieco mocniej, gdy pchnął drzwi wejściowe. Jak podczas tych cholernych wywiadów z prasą. Drobna panika, a potem...
— Dzień dobry! — zawołał donośnym głosem na wejściu, w kilku krokach pokonując dystans między drzwiami a barem. — Piękna pogoda na zewnątrz, prawda? — Obejrzał się w stronę okien lokalu. — Aż się chcę zamówić podwójną herbatę z szarlotką. Dałoby się załatwić jakąś świeżą porcję...? — Zagryzł lekką dolną wargę, taksując twarz dziewczyny zawadiackim wzrokiem, aż zatrzymał się na plakietce z jej imieniem. — Lily?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞