05.11.2023, 23:01 ✶
Na wspomnienie o wnukach Olivia jęknęła cicho i zasłoniła oczy.
- Nawet nie zaczynaj tego tematu, Brenno. Gdy tylko ktoś wypowiada w mojej obecności słowa typu dziecko, wnuki czy niemowlę, moja matka magicznie się materializuje obok i zaczyna prawić mi morały - nie miała pojęcia, czy jej stara miała jakąś magiczną czujkę, dzięki której podsłuchiwała Olivię, czy po prostu to instynkt babcierzyński. Ach, dobrze że nie odwiedzali jej w Fiolce mężczyźni, bo pani Quirke NIGDY nie wypuściłaby kawalera z tego miejsca, póki nie wcisnąłby Olivii pierścionka na palec. - Lepiej już, żeby nikogo nie nawiedzała. A zwłaszcza mnie.
Słuchała uważnie wszystkiego, co Brenna ma do powiedzenia. Trochę jej ulżyło, oczywiście - o nic nie były oskarżone, to tylko rutynowe przesłuchanie. Ale przetrząśnięcie całego sklepu... Olivia podrapała się po głowie z niezbyt mądrym wyrazem twarzy, a potem spojrzała na zeszyt i znowu na Brennę.
- Co za gnojek - do tej pory Olivia wydawała się raczej... zdystansowana, jakby chłodno podchodziła do sprawy. Ale nie było tajemnicą to, że kochała zwierzęta i nienawidziła kłusowników, którzy je krzywdzili. Policzki na twarzy Olivii upodobniły się kolorem do jej włosów, z tą różnicą, że odcień był bardziej czerwony. Quirke wstała gwałtownie, powodując że stołek zachwiał się i runął po chwili z hukiem na ziemię. Aż sama zainteresowana podskoczyła. - A żebyś wiedziała, że ci dam wszystko co mam. A mam nawet więcej!
Zamachała rękami, a potem kiwnęła na koleżankę, by ta poszła za nią.
Certyfikaty musiały być gdzieś na zapleczu. Składało się z pracowni, w której ustawione było kilka stołów z alchemicznym fiu bździu, które aktualnie pykało sobie w najlepsze, a także drzwi. Tam był "magazynek", jak go lubiła nazywać Olivia. Cholernie ciasne pomieszczenie z drabiną, składające się z półek wypełnionych kartonami.
- Trochę to potrwa - mruknęła, wdrapując się na drabinę. - Masz, to pierwsze pudło. O ile pamiętam, z tego roku. Ale pod nim jest z 71, wtedy jakoś zaczęliśmy współpracę. Czekaj...
Mówiła niby to do Brenny, a niby to do siebie. Miała już w rękach właściwe pudełko, ale coś się nie chciało ruszyć. Zirytowana Olivia szarpnęła raz i drugi.
- No, mam! - krzyknęła triumfalnie, by zaraz potem na oczach Brenny wszystko - razem z Olivią - runęło w dół. Quirke została przysypana kartonami, zeszytami, książkami i całą masą dokumentów z różnych lat, w akompaniamencie głośnego "trach".
- Nawet nie zaczynaj tego tematu, Brenno. Gdy tylko ktoś wypowiada w mojej obecności słowa typu dziecko, wnuki czy niemowlę, moja matka magicznie się materializuje obok i zaczyna prawić mi morały - nie miała pojęcia, czy jej stara miała jakąś magiczną czujkę, dzięki której podsłuchiwała Olivię, czy po prostu to instynkt babcierzyński. Ach, dobrze że nie odwiedzali jej w Fiolce mężczyźni, bo pani Quirke NIGDY nie wypuściłaby kawalera z tego miejsca, póki nie wcisnąłby Olivii pierścionka na palec. - Lepiej już, żeby nikogo nie nawiedzała. A zwłaszcza mnie.
Słuchała uważnie wszystkiego, co Brenna ma do powiedzenia. Trochę jej ulżyło, oczywiście - o nic nie były oskarżone, to tylko rutynowe przesłuchanie. Ale przetrząśnięcie całego sklepu... Olivia podrapała się po głowie z niezbyt mądrym wyrazem twarzy, a potem spojrzała na zeszyt i znowu na Brennę.
- Co za gnojek - do tej pory Olivia wydawała się raczej... zdystansowana, jakby chłodno podchodziła do sprawy. Ale nie było tajemnicą to, że kochała zwierzęta i nienawidziła kłusowników, którzy je krzywdzili. Policzki na twarzy Olivii upodobniły się kolorem do jej włosów, z tą różnicą, że odcień był bardziej czerwony. Quirke wstała gwałtownie, powodując że stołek zachwiał się i runął po chwili z hukiem na ziemię. Aż sama zainteresowana podskoczyła. - A żebyś wiedziała, że ci dam wszystko co mam. A mam nawet więcej!
Zamachała rękami, a potem kiwnęła na koleżankę, by ta poszła za nią.
Certyfikaty musiały być gdzieś na zapleczu. Składało się z pracowni, w której ustawione było kilka stołów z alchemicznym fiu bździu, które aktualnie pykało sobie w najlepsze, a także drzwi. Tam był "magazynek", jak go lubiła nazywać Olivia. Cholernie ciasne pomieszczenie z drabiną, składające się z półek wypełnionych kartonami.
- Trochę to potrwa - mruknęła, wdrapując się na drabinę. - Masz, to pierwsze pudło. O ile pamiętam, z tego roku. Ale pod nim jest z 71, wtedy jakoś zaczęliśmy współpracę. Czekaj...
Mówiła niby to do Brenny, a niby to do siebie. Miała już w rękach właściwe pudełko, ale coś się nie chciało ruszyć. Zirytowana Olivia szarpnęła raz i drugi.
- No, mam! - krzyknęła triumfalnie, by zaraz potem na oczach Brenny wszystko - razem z Olivią - runęło w dół. Quirke została przysypana kartonami, zeszytami, książkami i całą masą dokumentów z różnych lat, w akompaniamencie głośnego "trach".