Ten ogień ją przerażał. Nie chciała, żeby ktokolwiek tutaj spłonął. Musieli spierdalać, jak najszybciej. Najlepiej wszyscy razem, bo wiedziała, że znalazłyby się tu osoby, które nie odejdą, dopóki nie będą miały pewności, że inni są bezpieczni. Ba, sama nawet należała do tego grona, bo byli tu jej kuzyni i nie zamierzała ich zostawić na pastwę losu.
Usłyszała huk. Jakby coś jebło tak porządnie. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Jeszcze moment i ten okręt zatonie, a oni razem z nim. Musieli wiać, szybko, tylko jaką mieli pewność, że wszystkim się uda to zrobić.
Yaxley nadal wyczuwała potwory, jednak nie było tego dziwnego uczucia, które trwało jeszcze chwilę temu. Potwory, które teraz znajdowały się na statku były znajome, jakby ta przerażająca siła zniknęła.
Dostrzegła kobietę z blizną, tą w której życie musiała wejść, kiedy zemdlała. Uśmiechała się do niej, czyli była zadowolona z takiego przebiegu wydarzeń. Udało im się ją uwolnić, szkoda, że nie zamieszka w tym domku w środku lasu, że nie udało im się tutaj dotrzeć, kiedy jeszcze żyli, ale nie było to możliwe. Zrobili wszystko, co mogli, aby uratować każdego, kto znajdował się w tym miejscu. Nawet jeśli już dawno zakończyli swój żywot.
Na całe szczęście znalazł się Anthony i Stanley. Uspokoiła się. Wiedziała, że ci, na których jej zależało są bezpieczni - względnie. Erik również znowu był obok - jego także nie pozostawiłaby w tym miejscu. Był jej dobrym kolegą, mieli jeszcze sporo sparingów do rozegrania.
- Stanley, Anthony, teleportujcie się, już! - Powiedziała jeszcze, a sama zniknęła tuż po tym, jak zrobił to Erik. Stwierdziła, że skoro on znika, to i na nią nadszedł czas. Zamierzała znaleźć się na brzegu.