Jego serce co...? Brakujące słowa chyba umknęły pomiędzy którymiś z kolei uśmiechami, jakie Cain posyłał w jego kierunku, samemu drażniąc się z nim na przekór własnym myślom próbującym doprowadzić go do porządku. Bell, nosząc nie od wczoraj odznakę hedonizmu jako wytłumaczenie wszystkich, nawet najbardziej niecnych występków w tym temacie, nie zamierzał się już zatrzymywać.
- Najpierw mnie pan, panie Bletchley - bo sam zaczął tę grę - skuje w kajdanki czy postawi - celowo zrobił tutaj przydługą pauzę poświęconą na wgryzienie się w trzymany w palcach kawałek ciasta - w stan oskarżenia? Nie wiem, czy zacząć marzyć już teraz, czy czekać na list z Ministerstwa. - Cudem powstrzymał się przed brutalizacją użytego języka, chociaż i tak przekroczył już granicę wulgarności, nawet jeżeli bazował na niedopowiedzeniach. Naruszenie podstawowych zasad etyki słowa? Językoznawcy by go pewnie zamknęli za niektóre określenia w więzieniu. Tak żeby już nigdy publicznie gęby nie otworzył. Zwłaszcza, że chociaż perswazja stała u niego na poziomie wyszczekanego dzieciaka, a objęcia Pejto to go co najwyżej dusiły, to najbardziej skurwiałe chwyty erystyczne były podstawą jego marnej egzystencji.
Ciekawe, już tak poza tym ciągnącym się dowcipem, na jakie nazwisko by mu taki list zaadresowali, skoro nie posiadał żadnych oficjalnych dokumentów. W świecie ludzi bez przeszłości był jedną z najjaśniejszych gwiazd - wymazanie swojego życiorysu było jednym, ale nie posiadanie go wcale, nawet w formie listu ze Szkoły Magii, który otrzymał każdy inny Bell - to było coś. Wisienka na torcie bycia absolutnie nikim.
Podobała mu się ta chwila. Nawet mimo zawieszenia, nawet mimo tego, że nie mógł się wysłowić. Prawdziwe pęknięcie, rysa na wyrazie jego twarzy, pojawiła się dopiero wtedy, kiedy Cain mu to werbalnie wytknął. Nie zasłonił się już rękoma, nie dawał po sobie poznać, że się z tym źle czuje, ale w jego spojrzeniu pojawiło się to coś, nagła niechęć skwitowana zaciśnięciem zębów - bo zauważanie to jedno, ale mówienie o tym głośno wyzwalało w Bellu najgorsze z całej listy kompleksów. Ludzie potrafili się pięknie kochać, ale nie potrafili się pięknie różnić. Nawet będąc w relacji na skraju ogólnie przyjętej normalności, trzeba było mierzyć się z tym, że niewiele od tej zasady odbiegała. Nie musiał, ale chciał. Chciał być taki jak inni.
- Nuh-uh, to akurat było wkurwiające - przyznał, marszcząc brwi, ale nie darował sobie wplecenia palców w jego, skoro Cain znowu półświadomie dążył do kontaktu fizycznego. Zamierzał zatrzymać go przy sobie, nawet jeżeli tylko na kilka sekund. Bo tych kilka sekund było wystarczającym świadectwem, że nie było to jednostronne, on sam takich sytuacji przecież nienawidził - kiedy się jakiekolwiek czułości odbijały od człowieka jak od ściany, zostały porzucane bez odzewu. Tak się nie robiło ludziom.
- Nie dam ci się wprowadzić w stan hipnozy...
Nie chodziło nawet o uległość, jaką trzeba było hipnotyzerowi okazać, nie o obnażenie ze swojej prywatności... Nie miał aż takiego problemu z poznaniem przez Caina zdarzeń, które go ukształtowały i doprowadziły do ich rozstania, ale kiedy myślał o tym, jak wiele można było odkopać za pomocą tego cholernego wahadła i jak wiele można było usunąć kilkoma ruchami sznurka... To chyba najgorszy koszmar na świecie - dowiedzieć się o sobie czegoś, co twój umysł przykrył peleryną niewidką, żeby kolejne lata życia były jakkolwiek znośne. Burzenie muru, jakim był mechanizm obronny. W dodatku czuł się z tym niepewnie. W tej niepewności zacisnął palce na jego dłoni nieco mocniej, bo się znowu zastanawiał nad prawdziwym powodem jego przyjścia. To wszystko nie mogło być takie proste.
- Kuracja w Lecznicy, co? Nie wstydź się, ze mną też zwykle nie chcieli grać, bo nigdy nie byłem szczególnie wylewny. Dałbyś wiarę? - Żartował dalej, nawet mimo tej ciemności dostrzegalnej znów w jego oczach. - Ale na twoje pytania odpowiem. - Chociaż nie wiedział do końca czy powinien, nie z powodu własnego charakteru, a przez to, jak go to życie nadal prześladowało. Fontaine wciąż nie dawała mu spokoju - czy gdyby ich takimi zobaczyła, podjęłaby się realizacji planów sprzed lat? Jakby go zabiła po tych wszystkich latach, Bell pewnie nie wybaczyłby sobie tego nigdy.
- Mam na imię Fleamont - rzucił nagle, kończąc wypowiedź sprzed kilku chwil. Nazwiska nie znał. Wiedział tylko, że to imię absurdalnie do niego pasowało, bo go Alexander zawsze przeżywał od kleszczy i innych pasożytów. Pewnie jego matka była jakąś wieszczką i się tej pamiętnej nocy ratowała przed zmarnowanym życiem.
- Najpierw mnie pan, panie Bletchley - bo sam zaczął tę grę - skuje w kajdanki czy postawi - celowo zrobił tutaj przydługą pauzę poświęconą na wgryzienie się w trzymany w palcach kawałek ciasta - w stan oskarżenia? Nie wiem, czy zacząć marzyć już teraz, czy czekać na list z Ministerstwa. - Cudem powstrzymał się przed brutalizacją użytego języka, chociaż i tak przekroczył już granicę wulgarności, nawet jeżeli bazował na niedopowiedzeniach. Naruszenie podstawowych zasad etyki słowa? Językoznawcy by go pewnie zamknęli za niektóre określenia w więzieniu. Tak żeby już nigdy publicznie gęby nie otworzył. Zwłaszcza, że chociaż perswazja stała u niego na poziomie wyszczekanego dzieciaka, a objęcia Pejto to go co najwyżej dusiły, to najbardziej skurwiałe chwyty erystyczne były podstawą jego marnej egzystencji.
Ciekawe, już tak poza tym ciągnącym się dowcipem, na jakie nazwisko by mu taki list zaadresowali, skoro nie posiadał żadnych oficjalnych dokumentów. W świecie ludzi bez przeszłości był jedną z najjaśniejszych gwiazd - wymazanie swojego życiorysu było jednym, ale nie posiadanie go wcale, nawet w formie listu ze Szkoły Magii, który otrzymał każdy inny Bell - to było coś. Wisienka na torcie bycia absolutnie nikim.
Podobała mu się ta chwila. Nawet mimo zawieszenia, nawet mimo tego, że nie mógł się wysłowić. Prawdziwe pęknięcie, rysa na wyrazie jego twarzy, pojawiła się dopiero wtedy, kiedy Cain mu to werbalnie wytknął. Nie zasłonił się już rękoma, nie dawał po sobie poznać, że się z tym źle czuje, ale w jego spojrzeniu pojawiło się to coś, nagła niechęć skwitowana zaciśnięciem zębów - bo zauważanie to jedno, ale mówienie o tym głośno wyzwalało w Bellu najgorsze z całej listy kompleksów. Ludzie potrafili się pięknie kochać, ale nie potrafili się pięknie różnić. Nawet będąc w relacji na skraju ogólnie przyjętej normalności, trzeba było mierzyć się z tym, że niewiele od tej zasady odbiegała. Nie musiał, ale chciał. Chciał być taki jak inni.
- Nuh-uh, to akurat było wkurwiające - przyznał, marszcząc brwi, ale nie darował sobie wplecenia palców w jego, skoro Cain znowu półświadomie dążył do kontaktu fizycznego. Zamierzał zatrzymać go przy sobie, nawet jeżeli tylko na kilka sekund. Bo tych kilka sekund było wystarczającym świadectwem, że nie było to jednostronne, on sam takich sytuacji przecież nienawidził - kiedy się jakiekolwiek czułości odbijały od człowieka jak od ściany, zostały porzucane bez odzewu. Tak się nie robiło ludziom.
- Nie dam ci się wprowadzić w stan hipnozy...
Nie chodziło nawet o uległość, jaką trzeba było hipnotyzerowi okazać, nie o obnażenie ze swojej prywatności... Nie miał aż takiego problemu z poznaniem przez Caina zdarzeń, które go ukształtowały i doprowadziły do ich rozstania, ale kiedy myślał o tym, jak wiele można było odkopać za pomocą tego cholernego wahadła i jak wiele można było usunąć kilkoma ruchami sznurka... To chyba najgorszy koszmar na świecie - dowiedzieć się o sobie czegoś, co twój umysł przykrył peleryną niewidką, żeby kolejne lata życia były jakkolwiek znośne. Burzenie muru, jakim był mechanizm obronny. W dodatku czuł się z tym niepewnie. W tej niepewności zacisnął palce na jego dłoni nieco mocniej, bo się znowu zastanawiał nad prawdziwym powodem jego przyjścia. To wszystko nie mogło być takie proste.
- Kuracja w Lecznicy, co? Nie wstydź się, ze mną też zwykle nie chcieli grać, bo nigdy nie byłem szczególnie wylewny. Dałbyś wiarę? - Żartował dalej, nawet mimo tej ciemności dostrzegalnej znów w jego oczach. - Ale na twoje pytania odpowiem. - Chociaż nie wiedział do końca czy powinien, nie z powodu własnego charakteru, a przez to, jak go to życie nadal prześladowało. Fontaine wciąż nie dawała mu spokoju - czy gdyby ich takimi zobaczyła, podjęłaby się realizacji planów sprzed lat? Jakby go zabiła po tych wszystkich latach, Bell pewnie nie wybaczyłby sobie tego nigdy.
- Mam na imię Fleamont - rzucił nagle, kończąc wypowiedź sprzed kilku chwil. Nazwiska nie znał. Wiedział tylko, że to imię absurdalnie do niego pasowało, bo go Alexander zawsze przeżywał od kleszczy i innych pasożytów. Pewnie jego matka była jakąś wieszczką i się tej pamiętnej nocy ratowała przed zmarnowanym życiem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.