Sebastianowi bardzo nie podobało się to, że ogień trawił górne partie statku, zwłaszcza drugie piętro i wiodące na nie schody oraz restauracji, w której przez pewien czas doświadczał przebłysków nieswojego życia. Na całe szczęście jemu, jak i nieznanej mu z imienia czarownicy udało się ugasić szalejące nad ich głowami płomienie. Ponownie ujrzał wznoszone się obłoki gorącej pary wodnej, ostatecznie przybierającą postać ciepłego deszczyku. Usatysfakcjonowało go to, że oliwa została transmutowana w piach.
Ze swojego miejsca widział także jak pani Fawley została rozbrojona i widział także żywe trupy, za którymi biegły podskakując i kłapiąc pokrywkami dwa obtłuczone gliniane garnki. Żywe trupy żywymi trupami, ale obserwacja tych biegnących garnków wprawiła Sebastiana w szczere zdumienie i dziwne, nieadekwatne do sytuacji rozbawienie, wymagające od niego powstrzymania się od niestosownego zachichotania. Po tym wszystkim, czego doświadczył, z czym będzie musiał się uporać, ten widok skutecznie odwracał jego uwagę od tego wszystkiego. Nie było to właściwe, ale nieznacznie mu się przysłużyło. Po tym wszystkim przyda mu się trochę urlopu. Albo wręcz przeciwnie - rzucenie się w wir pracy.
Pierwsze zadrganie podłogi wydawało się charakterystyczne dla tak starego okrętu, który dodatkowo ucierpiał pod wpływem pożaru. Nie dało się nie spostrzec, że Atreus zaatakował Fawley. Do uszu Sebastiana dotarł ten huk. Po czarownicy została tylko kupka ubrań. Bardzo szybko przestał zawracać sobie tym głowę, a to za sprawą tego huku przeradzającego się w dźwięk rozbijanego szkła. Poczuł znacznie silniejsze drżenie pokładu. Ten przeklęty statek w końcu musiał iść na dno, tym razem na zawsze. Po raz ostatni przyszło ujrzeć mu Sebastiana Heinzela, którego doświadczył strzępki wspomnień. To nie było złe pożegnanie.
Do uszu Sebastiana dotarł kolejny huk. Pozostawało mu wrócić niejako po swoich śladach, kierując się ponownie na górny pokład, z którego było widać upragniony ląd. Zapanował istny chaos, kiedy wszyscy albo prawie wszyscy rzucili się do ewakuacji. Nie zamierzał dłużej zwlekać i po powrocie na górę, pozostawieniu za sobą tego wszystkiego co zastał po pokonaniu drzwi atrium, nawet nie sięgając swoją różdżkę, po prostu się teleportował na brzeg. Stąd już było znacznie bliżej do domu.