06.11.2023, 06:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2023, 07:09 przez Lorraine Malfoy.)
Jak Paxton była lodowato spokojna w swojej zgryźliwości, tak Malfoy dawała ujście ogniście rozbujanemu temperamentowi. Jednak w pewnej kwestii, nawet porywcza Lorraine musiała przyznać rację gburowatej Krukonce: zdecydowanie należało ograniczyć decybele. Nie czekając, aż Avelina zareaguje na jej wulgarny gest, przesunęła ciężką doniczkę (CUDEM TYLKO NIE ZŁAMAŁA PAZNOKCIA, BO JAKOŚ ŹLE JĄ CHWYCIŁA!) tak, aby stała między nimi, bo jeszcze by ją kusiło, żeby rzucić Paxton w twarz nawozem, i zabrała się do pracy przy liściach miesięcznika.
– Jesteś aż tak niepewna siebie, że koleżeńską radę uważasz za atak? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, w przeciwieństwie do Aveliny nie kryjąc emocji w głosie… A raczej lukrując je obficie obłudną słodyczą, spod której wyciekał soczysty miąższ nastoletniego rozwydrzenia. Jak przystało na wredną jędzę, Lorraine ani trochę nie zawstydził kontrast między jej gniewnym wybuchem, a opanowaniem Paxton, przeciwnie; wymusiła na niej jakąkolwiek reakcję, i to jej wystarczyło. Znacie to powiedzenie, „licho nie śpi”? Lorraine też nie.
– Którego? – Lorraine na chwilę porzuciła pracę, i zmrużyła oczy, analizując wypowiedź Paxton. Tak po prawdziwe, niemal ucieszyła się, słysząc, że jakiś prefekt patroluje błonia, bo to znaczyło, że żadnych wilkołaków tam nie było... To znaczy, oczywiście, że nie było, po prostu ostatnio przeczytała jakiś obrzydliwie głupi romans o wilkołakach z alfą w roli głównej, i dalej nie mogła się otrząsnąć po rewelacjach na temat wilczej społeczności, jakie przyniosła jej ta lektura! A prefekci? Phi, pół biedy, jeżeli to był jakiś Ślizgon, bo wtedy istniała całkiem spora szansa, że puści ją bez żadnych konsekwencji. Zwłaszcza, jeżeli to byłby chłopak, a ona użyłaby swojego firmowego uśmiechu numer trzy. Vespera Rookwood była trudniejszą przeciwniczką, ale ona chyba patrolowała dzisiaj któreś z wyższych pięter… Lorraine krótką chwilkę kalkulowała przez w głowie możliwe opcje, zanim odezwała się znowu, przyciszonym głosem:
– Tego dziwaka, Ulyssesa Rookwooda, czy kogo? Jak chodzi, gapi się w jeden punkt, więc mogłabyś mu rzucić w twarz smoczym łajnem i kucnąć tak, by nie być na jego linii wzroku, on i tak by się nie zorientował – szeptała takim tonem, jakby tłumaczyła Avelinie, gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. – Albo pokaż mu jakiś gwiazdozbiór typu… Dupa Dumbledore’a? Może na to poleci. Typ musi lubić astronomię, bo słyszałam, że moja kuzynka zrzuciła go kiedyś z wieży astronomicznej. Przeżył, bo ma takiego kija w tyłku, że jak spadał, to niechcący wynalazł nowy typ Gwiezdnej Zamiatarki. Prawie jak ty.
Lorraine wzruszyła lekko ramionami, choć mentalnie uśmiechnęła się do wizji Eden Malfoy – którą szczerze szanowała, podziwiając jej cięty język oraz towarzyskie obycie – robiącej z jakiegoś bufonowatego paniczyka pikujące licho. Nie była nawet pewna, czy te plotki, wypaczone przez tysiące hogwarckich gęb miały w sobie choćby krztynę prawdy, bo słyszała różne warianty tej opowieści (zrobiła mentalną notatkę w głowie, by zagadnąć Eden o to, jak to było naprawdę), ale jak każdy Malfoy, lubiła chwalić się sukcesami swojej rodziny, więc… Dopiero po chwili rzuciła Avelinie czujne spojrzenie, jakby żałowała, że nie była wredniejsza. Ale jakby ta dała się złapać, jeszcze pociągnęłaby i ją na dno…
– Mówię ci to tylko dlatego, że jak dasz się złapać, to mogą zamknąć cieplarnię jakimiś magicznymi zabezpieczeniami – sarknęła złośliwie, zgarniając wyrwane łodygi krwawnika do sakiewki. – Więc sama się przytkaj, bo handel eliksirami to dla mnie poważny biznes.
– Jesteś aż tak niepewna siebie, że koleżeńską radę uważasz za atak? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, w przeciwieństwie do Aveliny nie kryjąc emocji w głosie… A raczej lukrując je obficie obłudną słodyczą, spod której wyciekał soczysty miąższ nastoletniego rozwydrzenia. Jak przystało na wredną jędzę, Lorraine ani trochę nie zawstydził kontrast między jej gniewnym wybuchem, a opanowaniem Paxton, przeciwnie; wymusiła na niej jakąkolwiek reakcję, i to jej wystarczyło. Znacie to powiedzenie, „licho nie śpi”? Lorraine też nie.
– Którego? – Lorraine na chwilę porzuciła pracę, i zmrużyła oczy, analizując wypowiedź Paxton. Tak po prawdziwe, niemal ucieszyła się, słysząc, że jakiś prefekt patroluje błonia, bo to znaczyło, że żadnych wilkołaków tam nie było... To znaczy, oczywiście, że nie było, po prostu ostatnio przeczytała jakiś obrzydliwie głupi romans o wilkołakach z alfą w roli głównej, i dalej nie mogła się otrząsnąć po rewelacjach na temat wilczej społeczności, jakie przyniosła jej ta lektura! A prefekci? Phi, pół biedy, jeżeli to był jakiś Ślizgon, bo wtedy istniała całkiem spora szansa, że puści ją bez żadnych konsekwencji. Zwłaszcza, jeżeli to byłby chłopak, a ona użyłaby swojego firmowego uśmiechu numer trzy. Vespera Rookwood była trudniejszą przeciwniczką, ale ona chyba patrolowała dzisiaj któreś z wyższych pięter… Lorraine krótką chwilkę kalkulowała przez w głowie możliwe opcje, zanim odezwała się znowu, przyciszonym głosem:
– Tego dziwaka, Ulyssesa Rookwooda, czy kogo? Jak chodzi, gapi się w jeden punkt, więc mogłabyś mu rzucić w twarz smoczym łajnem i kucnąć tak, by nie być na jego linii wzroku, on i tak by się nie zorientował – szeptała takim tonem, jakby tłumaczyła Avelinie, gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. – Albo pokaż mu jakiś gwiazdozbiór typu… Dupa Dumbledore’a? Może na to poleci. Typ musi lubić astronomię, bo słyszałam, że moja kuzynka zrzuciła go kiedyś z wieży astronomicznej. Przeżył, bo ma takiego kija w tyłku, że jak spadał, to niechcący wynalazł nowy typ Gwiezdnej Zamiatarki. Prawie jak ty.
Lorraine wzruszyła lekko ramionami, choć mentalnie uśmiechnęła się do wizji Eden Malfoy – którą szczerze szanowała, podziwiając jej cięty język oraz towarzyskie obycie – robiącej z jakiegoś bufonowatego paniczyka pikujące licho. Nie była nawet pewna, czy te plotki, wypaczone przez tysiące hogwarckich gęb miały w sobie choćby krztynę prawdy, bo słyszała różne warianty tej opowieści (zrobiła mentalną notatkę w głowie, by zagadnąć Eden o to, jak to było naprawdę), ale jak każdy Malfoy, lubiła chwalić się sukcesami swojej rodziny, więc… Dopiero po chwili rzuciła Avelinie czujne spojrzenie, jakby żałowała, że nie była wredniejsza. Ale jakby ta dała się złapać, jeszcze pociągnęłaby i ją na dno…
– Mówię ci to tylko dlatego, że jak dasz się złapać, to mogą zamknąć cieplarnię jakimiś magicznymi zabezpieczeniami – sarknęła złośliwie, zgarniając wyrwane łodygi krwawnika do sakiewki. – Więc sama się przytkaj, bo handel eliksirami to dla mnie poważny biznes.