06.11.2023, 06:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2023, 07:29 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine za bardzo nawykła do slumsów Nokturnu, by móc patrzeć na cisnącą się dookoła ciżbę zmierzającą na coniedzielny jarmark na Pokątnej – jakby to był roczny sabat, a nie handlowa niedziela... – z czymś innym niż pogardą. A jednak, pomimo bólu głowy (niech Bogini Księżyca błogosławi Sarę i jej kadzidełka), ciężaru nieprzespanej nocy i permanentnie zadartego nosa snobki, humor jej dopisywał.
A potem Changówna po dłuższej chwili milczenia zadała pytanie, i Lorraine aż zatrzymała się w pół kroku, i zaczęła się zastanawiać, czy jej towarzyszka przypadkiem nie zamieniła się na mózgi z Dianą Mulciber – Malfoy nigdy nie zagłębiała się w to, co dzieje się z narządami wewnętrznymi metamorfomaga, kiedy ten używa swoich mocy, więc nie miała pojęcia, czy jest to w ogóle możliwe; na wszelki wypadek zanotowała w głowie, aby zapytać o to w stosownej chwili – z nabożnym skupieniem malującym się na twarzy, zakręciła delikatnie na palcu pukiel włosów Maeve, jakby szukała wśród czerni blond pasemek… Ale nie znalazła żadnych.
Przecież opowiedziałam ci wszystko… Och, Mae, zrozumiała wreszcie Lorraine, i poczuła, jak narastające od kilku chwil potężne poirytowanie ustępuje… Cholernemu rozczuleniu. Naprawdę się staram, Maeve. Współpracuj.
– Czy to, co mówię, dociera do ciebie tylko wtedy, kiedy w odpowiednich interwałach jękliwie powtarzam twoje imię… Maeve? – Wbiła w kobietę przenikliwe spojrzenie, jakby badała jej reakcję. Zdawała sobie sprawę, że mogła jeszcze bardziej zamieszać w główce przyjaciółki swoim intoksykacyjnym dotykiem... – Opanuj się, wyszłyśmy z alkowy do ludzi – dodała, unosząc kąciki ust w szelmowskim uśmiechu.
Wczoraj Sauriel wytknął jej, że jest bezczelna. Była jeszcze gorsza.
Większość relacji w życiu Lorraine, jakkolwiek głębokie by nie były, miało dosyć transakcyjny charakter. Patologiczna potrzeba niezależności nakazywała jej dbać o to, by to inni w większym stopniu zależeli od niej, nigdy na odwrót; ta obsesja miała korzenie w biednym dzieciństwie, i poniekąd była wynikiem chorobliwej dumy, którą Mae zdążyła dobrze poznać jeszcze w Hogwarcie…
A jednak! Maeve Chang przez lata uparcie wymykała się jej ostrożnym kalkulacjom – z równą gracją, co wymiarowi sprawiedliwości! – a chociaż najlepiej znała się na fałszowaniu ludzkich afektów, tak w skromnym mniemaniu Lorraine, powinna spróbować swoich sił w przestępstwach podatkowych: przy jej nazwisku w mentalnych księgach rachunkowych Malfoyówny widniał bowiem dumny kleks… Nie dość, że uniemożliwiający odczytanie kto, komu, i ile był dłużny, to jeszcze podejrzanie przypominający obrazki, które policyjny psycholog pokazywał kiedyś małej Lorrie, kiedy to zaniepokojony krzykami rodziców dziewczynki sąsiad wezwał na interwencję mugolską policję: mianowicie, wyglądał jak pewna część kobiecej anatomii.
Na szczęście, Lorraine była zbyt biedna, by pozwolić sobie na kupno freudowskiej kozetki – tyle mogła przynajmniej rozeznać z rachunku zysków i strat – trwała więc w błogiej nieświadomości głębi swojego spierdolenia, podobnie jak śledzony przez nie diler.
Nie oznaczało to jednak, że przestała próbować uregulować rachunek z Maeve Chang. Ruski baron narkotykowy wydawał się niezłą gratyfikacją na początek.
– Śledzimy Siergieja, dilera polskiej heroiny ze Wschodu. Pokazywałam ci jego zdjęcia. Przyjechał tu z Birmingham jakieś trzy miesiące temu, i przyszedł do mnie, szukając pomocy w rozszerzeniu działalności na Londyn. Zdobyłam jego zaufanie i rozpracowywałam tę szajkę krok po kroku. Musiałam być ostrożna, aby nie zwinęli interesu… – szeptała tuż przy uchu Maeve, choć w tłumie i tak nikt nie zdołałby ich podsłuchać. – Dlatego dostawałyście ode mnie tak wiele informacji o nowych dostawcach, przewoźnikach, o konkurencji… Zostało tylko kilka komórek, ale opłaciłam większość jego ludzi. Dobra inwestycja, bo wkrótce będą już pod władzą Changów. A Sergiej, który powierzył mi tak łatwowiernie swoją część udziałów w opiekę, wyszedł dzisiaj ze szpitala. Pierwsze kroki skieruje do ostatniego wiernego wspólnika – kochanki – aby sprawdzić, czy jego rezerwy są bezpieczne. Bo tak się składa, że wczoraj w szpitalu kręcili się BUMowcy, i trochę się zaniepokoił, według moich informatorów. – Choć ten scenariusz brzmiał jak luźna dedukcja, Lorraine wydawała się pewna, że wszystko pójdzie po jej myśli. Wystarczająco długo grzebała w głowie Sergieja, by poznać jego słabostki.
– Wyśledzimy, dokąd pójdzie, wyślemy tam ludzi albo same się zabawimy, koniec. I… Maeve? – Imię kobiety spłynęło z ust Lorraine niczym ciche westchnienie. – Wiesz, że zwiodłam go dla ciebie. – Mimowolnie skinęła głową w kierunku Siergieja. – To miał być prezent. Nie pozwoliłabym, żeby jakiś zawszony radziecki ćpun zagrażał twojej rodzinie. – Ani tobie, powinna dodać, ale pozwoliła, by zawisło to między nimi; głośniejsze przez to, że niewypowiedziane na głos.
Lorraine poczuła nagle, że nienawidzi obłudnej słodyczy, w której lukrowane były słowa wychodzące z jej ust; nienawidziła perfekcyjnej intonacji, którą nadała imieniu towarzyszki. Zastanawiała się – nie po raz pierwszy zresztą – czy zawsze była tak zepsuta, czy jej emocjonalne upośledzenie to wina obsesyjnego przeczesywania myśli innych ludzi; uzależnienie od mentalnych wiwisekcji, w których tak łatwo było upić się emocjami, z całą intensywnością przeżywać uniesienia i upadki, ba, całe żywoty; gdzie oddzielała wypaczone wspomnienia od rzeczywistości, upojne reminiscencje od chłodnych faktów… Może dlatego tak łatwo przychodziło jej manipulować innymi.
I chociaż perfidnie wykorzystywała niezaprzeczalną słabość Maeve do swojej osoby, chociaż z tego prezentu sama miała czerpać niemałe korzyści, chociaż słowo randka w jej ustach brzmiało tak samo jak biznes, Lorraine wiedziała, że kiedy balansowała na nieostrej granicy między manipulacją a uwodzicielstwem… Uczucia musiały być prawdziwe; były prawdziwe.
Naprawdę się, kurwa, staram, Maeve.
– Przepraszam, że wyciągnęłam cię tak na ostatnią chwilę. Myślałam, że ta sprawa zajmie więcej czasu, ale wczoraj plany się zmieniły… Yyy-Tak, chcę – wtrąciła, na propozycję Maeve, kiedy ta pokazała jej ciasteczko. Sama też zaczęła szukać drobniaków na zbyciu, licząc na to, że coś jej zostało po porannych zakupach, i wcisnęła parę monet do ręki kobiety. – Bo zgadnij, kto zaoferował mi współpracę. I to nie jest żart z cyklu „twoja stara”.
A potem Changówna po dłuższej chwili milczenia zadała pytanie, i Lorraine aż zatrzymała się w pół kroku, i zaczęła się zastanawiać, czy jej towarzyszka przypadkiem nie zamieniła się na mózgi z Dianą Mulciber – Malfoy nigdy nie zagłębiała się w to, co dzieje się z narządami wewnętrznymi metamorfomaga, kiedy ten używa swoich mocy, więc nie miała pojęcia, czy jest to w ogóle możliwe; na wszelki wypadek zanotowała w głowie, aby zapytać o to w stosownej chwili – z nabożnym skupieniem malującym się na twarzy, zakręciła delikatnie na palcu pukiel włosów Maeve, jakby szukała wśród czerni blond pasemek… Ale nie znalazła żadnych.
Przecież opowiedziałam ci wszystko… Och, Mae, zrozumiała wreszcie Lorraine, i poczuła, jak narastające od kilku chwil potężne poirytowanie ustępuje… Cholernemu rozczuleniu. Naprawdę się staram, Maeve. Współpracuj.
– Czy to, co mówię, dociera do ciebie tylko wtedy, kiedy w odpowiednich interwałach jękliwie powtarzam twoje imię… Maeve? – Wbiła w kobietę przenikliwe spojrzenie, jakby badała jej reakcję. Zdawała sobie sprawę, że mogła jeszcze bardziej zamieszać w główce przyjaciółki swoim intoksykacyjnym dotykiem... – Opanuj się, wyszłyśmy z alkowy do ludzi – dodała, unosząc kąciki ust w szelmowskim uśmiechu.
Wczoraj Sauriel wytknął jej, że jest bezczelna. Była jeszcze gorsza.
Większość relacji w życiu Lorraine, jakkolwiek głębokie by nie były, miało dosyć transakcyjny charakter. Patologiczna potrzeba niezależności nakazywała jej dbać o to, by to inni w większym stopniu zależeli od niej, nigdy na odwrót; ta obsesja miała korzenie w biednym dzieciństwie, i poniekąd była wynikiem chorobliwej dumy, którą Mae zdążyła dobrze poznać jeszcze w Hogwarcie…
A jednak! Maeve Chang przez lata uparcie wymykała się jej ostrożnym kalkulacjom – z równą gracją, co wymiarowi sprawiedliwości! – a chociaż najlepiej znała się na fałszowaniu ludzkich afektów, tak w skromnym mniemaniu Lorraine, powinna spróbować swoich sił w przestępstwach podatkowych: przy jej nazwisku w mentalnych księgach rachunkowych Malfoyówny widniał bowiem dumny kleks… Nie dość, że uniemożliwiający odczytanie kto, komu, i ile był dłużny, to jeszcze podejrzanie przypominający obrazki, które policyjny psycholog pokazywał kiedyś małej Lorrie, kiedy to zaniepokojony krzykami rodziców dziewczynki sąsiad wezwał na interwencję mugolską policję: mianowicie, wyglądał jak pewna część kobiecej anatomii.
Na szczęście, Lorraine była zbyt biedna, by pozwolić sobie na kupno freudowskiej kozetki – tyle mogła przynajmniej rozeznać z rachunku zysków i strat – trwała więc w błogiej nieświadomości głębi swojego spierdolenia, podobnie jak śledzony przez nie diler.
Nie oznaczało to jednak, że przestała próbować uregulować rachunek z Maeve Chang. Ruski baron narkotykowy wydawał się niezłą gratyfikacją na początek.
– Śledzimy Siergieja, dilera polskiej heroiny ze Wschodu. Pokazywałam ci jego zdjęcia. Przyjechał tu z Birmingham jakieś trzy miesiące temu, i przyszedł do mnie, szukając pomocy w rozszerzeniu działalności na Londyn. Zdobyłam jego zaufanie i rozpracowywałam tę szajkę krok po kroku. Musiałam być ostrożna, aby nie zwinęli interesu… – szeptała tuż przy uchu Maeve, choć w tłumie i tak nikt nie zdołałby ich podsłuchać. – Dlatego dostawałyście ode mnie tak wiele informacji o nowych dostawcach, przewoźnikach, o konkurencji… Zostało tylko kilka komórek, ale opłaciłam większość jego ludzi. Dobra inwestycja, bo wkrótce będą już pod władzą Changów. A Sergiej, który powierzył mi tak łatwowiernie swoją część udziałów w opiekę, wyszedł dzisiaj ze szpitala. Pierwsze kroki skieruje do ostatniego wiernego wspólnika – kochanki – aby sprawdzić, czy jego rezerwy są bezpieczne. Bo tak się składa, że wczoraj w szpitalu kręcili się BUMowcy, i trochę się zaniepokoił, według moich informatorów. – Choć ten scenariusz brzmiał jak luźna dedukcja, Lorraine wydawała się pewna, że wszystko pójdzie po jej myśli. Wystarczająco długo grzebała w głowie Sergieja, by poznać jego słabostki.
– Wyśledzimy, dokąd pójdzie, wyślemy tam ludzi albo same się zabawimy, koniec. I… Maeve? – Imię kobiety spłynęło z ust Lorraine niczym ciche westchnienie. – Wiesz, że zwiodłam go dla ciebie. – Mimowolnie skinęła głową w kierunku Siergieja. – To miał być prezent. Nie pozwoliłabym, żeby jakiś zawszony radziecki ćpun zagrażał twojej rodzinie. – Ani tobie, powinna dodać, ale pozwoliła, by zawisło to między nimi; głośniejsze przez to, że niewypowiedziane na głos.
Lorraine poczuła nagle, że nienawidzi obłudnej słodyczy, w której lukrowane były słowa wychodzące z jej ust; nienawidziła perfekcyjnej intonacji, którą nadała imieniu towarzyszki. Zastanawiała się – nie po raz pierwszy zresztą – czy zawsze była tak zepsuta, czy jej emocjonalne upośledzenie to wina obsesyjnego przeczesywania myśli innych ludzi; uzależnienie od mentalnych wiwisekcji, w których tak łatwo było upić się emocjami, z całą intensywnością przeżywać uniesienia i upadki, ba, całe żywoty; gdzie oddzielała wypaczone wspomnienia od rzeczywistości, upojne reminiscencje od chłodnych faktów… Może dlatego tak łatwo przychodziło jej manipulować innymi.
I chociaż perfidnie wykorzystywała niezaprzeczalną słabość Maeve do swojej osoby, chociaż z tego prezentu sama miała czerpać niemałe korzyści, chociaż słowo randka w jej ustach brzmiało tak samo jak biznes, Lorraine wiedziała, że kiedy balansowała na nieostrej granicy między manipulacją a uwodzicielstwem… Uczucia musiały być prawdziwe; były prawdziwe.
Naprawdę się, kurwa, staram, Maeve.
– Przepraszam, że wyciągnęłam cię tak na ostatnią chwilę. Myślałam, że ta sprawa zajmie więcej czasu, ale wczoraj plany się zmieniły… Yyy-Tak, chcę – wtrąciła, na propozycję Maeve, kiedy ta pokazała jej ciasteczko. Sama też zaczęła szukać drobniaków na zbyciu, licząc na to, że coś jej zostało po porannych zakupach, i wcisnęła parę monet do ręki kobiety. – Bo zgadnij, kto zaoferował mi współpracę. I to nie jest żart z cyklu „twoja stara”.