Igiełki deszczu opadały wdzięcznie na oblicze Londynu, mocząc kostki brukowe wyściełające ulice; czyniły także ze skóry wielkie galaktyki, płonące gwiazdy śmierci i gdyby nie rychłe obowiązki, przystanęłaby na Pokątnej, odrzucając głowę do tyłu, jedynie aby poczuć krople na swoich piegowatych policzkach. W takie dni przypominała sobie, jak krew jest słodka, a ulewne deszcze – niby majowe, choć nie w maju – kwaśne w swojej brudnawej formule. I choć dzieło rozpoczęła niewinna mżawka, wzbierała na sile, kurtyną deszczu rozbijając krople o podłoże. Słodko-gorzka melancholia rozpościerała swoje elegie poranka, który przecież nie mógł się zacząć lepiej, aniżeli od sowitej ulewy. Uśmiech przedzierał się przez fasadę słonawej obojętności, która gościła na jej twarzy zawsze, gdy zamierała w tęgim skupieniu. Nic jednak nie obdarzało jej czoła burzliwymi chmurami – w nastroju lepszym niż gorszym, stukot obcasów zwiastował jej duszną obecność.
Luźne nogawki spodni, niewybrednie wysokie obcasy i elegancka koszula, całość zaś okryta skórzanym, czarnym płaszczem – jej prezencji nie ujmowało absolutnie nic, poza posklejanymi w mokre strąki krucze włosy, z których już drobne krople kapały na ramiona. Dmuchnęła ku górze, odgarniając z pola widzenia przydługą grzywkę, która aż prosiła się o skrócenie – ona jednak, ostatnimi czasy bardziej zawirowana niż mniej, przemierzała z prędkością niewielkiego huraganu ulicę Pokątnej.
Nierozproszona, skupiona na własnych krokach, pomykała po mokrym bruku z naręczem płócien trzymanych pod pachą, których ciężar był o wiele za wielki w kontrze do jej aparycji – miało to jednak dla niej znamiona codzienności.
I gdy dopiero gdy go zobaczyła, jej oblicze się rozpromieniło niebagatelnie.
Przyspieszyła kroku i już miała unosić dłoń w geście przywitania; już miała wydukać szereg zwięzłych słów – może odrobinę kwaśnych w smaku, okrytych jednak całunem słodyczy; a jednak. Potknęła się na nierównej kostce brukowej spektakularnie – płótna poleciały gdzieś w eter, a ona sama, niewielka i krucha, opadła w ramiona mężczyzny. Dopiero, gdy dłonie zacisnęły się na jej talii, pomagając odzyskać należytą równowagę, przerażonym wzrokiem spozierała na płótna.
– O… nie – wydusiła z siebie po chwili, kucając przy rozbitych po chodniku obrazach. Poczęła je zbierać, oceniając straty, których doznały w bliskim kontakcie z ziemią, nie wyglądały jednak na uszkodzone. – Uważaj na nie, niektóre są na zlecenie – poleciła, jeśli ten zaczął je zbierać wraz z nią.
Jej nozdrza wciąż drażniła woń jego wody kolońskiej.