Jej woń, słodka i drażniąca nozdrza, przebijała się przez sztywny masyw powietrza, targający kruczymi włosami, tańczącymi pod wichrem nad linią ramion; grzywka rozpostarła się, ukazując czoło, kosmykami drgając nieprzejednanie – jakby chciała rozwichrzyć niepokornie to, nad czym pracowała, oglądając się w obliczu lustrzanym przed opuszczeniem domowego atelier. Wiatr rozchylał poły płaszcza, niezapiętego na złotawe guziczki, a igiełki deszczu niepokornie zaznaczyły oblicze szklistymi kroplami, sunąc po nich, jak łzy majowe. Pachniała także dymem tytoniowym, a rozpusta nikotynowa często mile mościła się na dnie płuc; tym razem jednak, nie dzierżąc cygaretki w dłoni, opadła w jego ramiona miękko i niespodziewanie; w gracją huraganu i bryzy zarazem.
Zacisnęła dłonie na jego ramionach, wbijając paznokcie w wełniany płaszcz. Tkwiła tak przez ulotną chwilę, unosząc wraz z przemijającymi, spopielonymi sekundami wzrok, wlepiając go niepewnie w ostre rysy twarzy mężczyzny. Pachniał przyjemnie – wodą kolońską, odrobinę miętą, ale także wszystkimi nieprzespanymi nocami. Utknąwszy w tej malignie bezkresu, w której tonęła bez reszty, odsunęła się gwałtownie, tak, jakby jego dłonie miały parzyć.
– Och, całe szczęście. Siedziałam nad nimi parę dni – westchnęła, podnosząc ostatnie spośród rozbitych o bruk obrazów.
Oparła dzieła pod zadaszeniem budynku, opierając je o jego ścianę. Przez moment wahała się, a na jej obliczu malowało się jedynie tęgie zamyślenie i choć Loretta nie była typem kobiety wybijającej się na wyżyny intelektualne – z pewnością nie można jej było odmówić biegłości percepcyjnej oraz uroku osobistego – oba te faktory przekuwała we własną lukratywną korzyść; przecież tylko ona umiała tak zatrzepotać welonem rzęs, aby zjednać sobie nieomal każdego.
A w jej żyłach nawet nie płynęła wila krew!
– Chętnie skorzystam z pomocy – jak widać w pojedynkę nie idzie mi najlepiej. Weź to największe – rzekła, skinąwszy w kierunku płótna, które było nieomal jej wzrostu.
Podniosła mniejsze spośród obrazów, pakując je pod ramię i skierowała się ku Galerii. Dopiero gdy przekroczyła jej próg, z cichym westchnięciem odstawiła prace na podłogę. Jej galeria ostatnimi czasy przeżyła metamorfozę; po tym, jak do reszty zniszczyła ją w gniewie na Leandra, musiała uporządkować ją na nowo, przekroczywszy więc zdobione kwiatami drzwi, obcasy zastukały o szaro-białe panele. Rzuciła klucze gdzieś na stolik, na którym zwykle gościły kieliszki szampana, machając ręką ku mężczyźnie, aby poszedł w jej ślady.
– Chcesz się czegoś napić? Pytam, aby nie popełnić żadnego faux pas. Na tyłach galerii mam dwa fotele, herbatę i alkohole – zaproponowała prędko.