Zaczęła tworzyć samą siebie na połach opuszczonej przesieki, która miała być gładkim pasem startowym, a okazywała się gorzkim lądem umykającym z pola widzenia – nie była pewna swoich wyborów, a morskie fale rozbijające się o kadłub jedynie napominały ją o to wielokroć. Może gdyby była bardziej dziarska; mniej zlękniona aniżeli pewna siebie – może wówczas na ziemię zeszłaby krokiem pewnym, nie o trzęsących się łydkach i rozedrganym umyśle. Nie wiedziała, czy czuła do niego cokolwiek poza obrzydzeniem; Leander dobitnie dał jej do myślenia, iż żaden mężczyzna nie powinien jej posiadać w żadnej mierze. A jednak obrączka ciążyła jej na kieszeni płaszcza, gdy zaciskała na niej drobne palce. Była mężatką przed bóstwami i szamańskim królem, który uczynił z ich ślubu farsę – czuła się jednak związana z jego palącym dotykiem i umysłem wypełnionym wyłącznie nią.
Uśmiech mimo wszystko wpłynął na niewinne wargi, rozmywając różaną barwę w przyjemnym dla oka grymasie, który miał przemknąć prędko po całym obliczu, zatrzymując się na znaczonymi zmarszczkami kącikach oczu, w pełnej puencie ujmując iskry niepokorne, drżące pośród ciemnej toni tęczówek. Wzięła głęboki wdech świeżego, majowego powietrza, jeszcze skażonego wonią bryzy morskiej, która szroniła morskimi kroplami włosy, sklejając je w nieeleganckie strąki, wilgotne, przyklejające się do policzków.
Kątem oka spojrzała na Dianę – znała ten stan; rozbiegane spojrzenie, umykające ciągle w różnych kierunkach, drżące niepokornie dłonie, miękkie nogi, jakby miała zaraz upaść – pociągnęła ją za łokieć gdzieś za winkiel i wyjąwszy ze stanika foliową torebeczkę wypełnioną białym proszkiem, wcisnęła ją w dłoń kobiety.
– Idź przypudruj nosek. Spotkamy się pod jego mieszkaniem za godzinę – rzekła, wraz z narkotyczną, śnieżną bielą, przekazała zawinięty fragment papieru, na którym podany był adres.
Ameryka pachniała wolnością. Pieprzem, miętą i czymś niezdefiniowanym. Włócząc się po ulicach i uliczkach, miała okazję zachłysnąć się klimatem, którego nigdy nie poczuła na londyńskim bruku. Neony, pośpiesznie pędzący ludzie – nie wiadomo dokąd; prędko wmieszała się w tłum, rozglądając gorączkowo, nim trafiła pod jego drzwi. Kamienica była nowobogacka, prawdopodobnie przestrzenna wewnątrz, a urokliwa w powierzchowności. Spojrzała na zegarek, gdy na linii wzroku pojawiła się Diana.
– Lepiej? – zabrzmiała retoryką. – Plan jest taki, że nie mamy planu. Będę chciała, abyś go rozbroiła, podczas gdy ja rzucę klątwę. Jeśli mi się nie uda – nie dam sobie dłoni uciąć, jestem rozedrgana faktem, że go znowu zobaczę – ty przejdziesz do akcji – rzekła. – Zasłonimy wizjer i zapukamy, wówczas zgarniemy jego zaskoczenie.
Wsunąwszy się do kamienicy, prędko odnalazła właściwe drzwi. Zapukawszy w mahoniową powierzchnię, poczekała parę sekund, nim otworzył.
On je otworzył. Nie było już miejsca na zawahanie.
W pierwszym momencie, coś ją obezwładniło. Gdy znowu spojrzała na jego oblicze patrycjusza, to wiecznie schłodzone, acz głębokie spojrzenie bezkresu błękitu. Wycisnął z jej krtani raptem ciche westchnięcie, nim porzucając mnogość sentymentów, skierowała różdżkę ku niemu.
Była pewna, że głos by jej zadrżał, niewerbalnie więc rzuciła klątwę cruciatusa, celując prosto w jego pierś.
Sukces!