06.11.2023, 16:37 ✶
- Czekaj, niech się temu przyjrzę... - poprosiła Brenna i uniosła różdżkę, tak by wprawić w ruch kartki papieru. Certyfikaty zawisły przed nimi w powietrzu, jeden obok drugiego, a po chwili Brenna wydobyła jeszcze z kieszeni własny notatnik, w którym odnotowała najważniejsze dla sprawy informacje. Znalazły się tam między innymi zapisy odnośnie tego, z jakimi hodowlami Theodore współpracował wcześniej, i w jaki sposób rozpoznać certyfikaty, a także wypisane, jakie wątpliwości pojawiły się później.
Brenna mogła uchodzić za pajaca. Ba, w pewnych sytuacjach nim była. A i od kilku lat wręcz dbała o podtrzymywanie takiej opinii, bo bywała... przydatna. Ale do pracy podchodziła naprawdę cholernie poważnie i skrupulatnie, szybko zaczęła więc sprawdzać, czy certyfikaty mają odpowiednie cechy charakterystyczne.
- Te dwa certyfikaty z 71 powinny być w porządku. Na wszelki wypadek przydadzą się nam kopie, zweryfikuje to jeszcze specjalista, ale zgadza się z tym, co dostałam bezpośrednio od Williamsów... - powiedziała, wskazując różdżką na papiery. Wyglądały podobnie do oryginalnego certyfikatu, a poza tym Williamsowie potwierdzili, że w 71 współpracowali z tym pośrednikiem. - Natomiast problem dotyczy tej trzeciej hodowli. Z tego, co zdążyłam sprawdzić, hodowla Daviesów jest niewielka, działa w Szkocji i dostarcza komponentów wyłącznie na rynek lokalny... A te dwie pozostałe? Wiesz cokolwiek o tych hodowlach? - mruknęła. O Johnsonach i Smitach w ogóle nie słyszała. I owszem, nie było to dziwne, bo Brenna nie była przecież specjalistką od magicznych zwierząt czy eliksirów. Ale istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że wybrano tak pospolite nazwiska nie bez powodu i takie miejsca albo nie działały, albo były przykrywką dla kłusowników. Ewentualnie działały nielegalnie...
Zmarszczyła brwi, kiedy okazało się, że w dokumentach panował jeszcze większy bałagan. Zmienione nazwiska? Brak podpisów? Czyli nie chodziło o to, że certyfikaty po prostu sfałszowano, a użyto na nich magii, która z czasem przeminęła?
Brenna machnęła różdżką, zwijając wszystkie certyfikaty wiszące do tej pory w powietrzu tak, by ułożyły się w stosik i ułożyły się w jej ramionach - w końcu prawie na pewno będzie jeszcze ich potrzebowała. Była już pewna, że Theodore nie tylko maczał palce w nielegalnej działalności, a wręcz się w niej kąpał, ale Wizengamot lubił w takich sytuacjach pytać o dowody. Dużo, możliwie niepodważalnych dowodów. To zaś oznaczało, że musiała je zebrać. I powinna zrobić to szybko, choćby dlatego, że było wiele innych, istotnych spraw do załatwienia.
- Daj to proszę na ladę - zaproponowała. - To najnowszy certyfikat? Jeżeli nie, przyda się to, co przyniósł wam ostatnio. Bo da się, wszystko się da, ja mogę sprawdzić jakieś podstawowe rzeczy, a potem zweryfikują to jeszcze nasi specjaliści od dokumentów... ale najłatwiej będzie sprawdzić to na czymś w miarę świeżym, co jak najkrócej leżało u was na półkach.
W najgorszym razie Brenna mogła potem spróbować "przyjrzeć się" dokumentom w kręgu, ale to musiało poczekać, a teraz też miała pełne możliwości. Zaczęła od apare vestigum: z jej różdżki na dokument posypał się złocisty pył, mający pomóc wykryć ślady niedawnej magii. Potem potraktowała pergamin tradycyjnym revalio, ujawniającym prawdziwą zawartość. Na końcu postawiła na zwykłe rozpraszanie. Jeśli Theodore nie był mistrzem kształtowania i rozpraszania, powinny dowiedzieć się, jeżeli nie "co" było nie tak z dokumentami, to przynajmniej czy ktoś przy nich majstrował.
Brenna mogła uchodzić za pajaca. Ba, w pewnych sytuacjach nim była. A i od kilku lat wręcz dbała o podtrzymywanie takiej opinii, bo bywała... przydatna. Ale do pracy podchodziła naprawdę cholernie poważnie i skrupulatnie, szybko zaczęła więc sprawdzać, czy certyfikaty mają odpowiednie cechy charakterystyczne.
- Te dwa certyfikaty z 71 powinny być w porządku. Na wszelki wypadek przydadzą się nam kopie, zweryfikuje to jeszcze specjalista, ale zgadza się z tym, co dostałam bezpośrednio od Williamsów... - powiedziała, wskazując różdżką na papiery. Wyglądały podobnie do oryginalnego certyfikatu, a poza tym Williamsowie potwierdzili, że w 71 współpracowali z tym pośrednikiem. - Natomiast problem dotyczy tej trzeciej hodowli. Z tego, co zdążyłam sprawdzić, hodowla Daviesów jest niewielka, działa w Szkocji i dostarcza komponentów wyłącznie na rynek lokalny... A te dwie pozostałe? Wiesz cokolwiek o tych hodowlach? - mruknęła. O Johnsonach i Smitach w ogóle nie słyszała. I owszem, nie było to dziwne, bo Brenna nie była przecież specjalistką od magicznych zwierząt czy eliksirów. Ale istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że wybrano tak pospolite nazwiska nie bez powodu i takie miejsca albo nie działały, albo były przykrywką dla kłusowników. Ewentualnie działały nielegalnie...
Zmarszczyła brwi, kiedy okazało się, że w dokumentach panował jeszcze większy bałagan. Zmienione nazwiska? Brak podpisów? Czyli nie chodziło o to, że certyfikaty po prostu sfałszowano, a użyto na nich magii, która z czasem przeminęła?
Brenna machnęła różdżką, zwijając wszystkie certyfikaty wiszące do tej pory w powietrzu tak, by ułożyły się w stosik i ułożyły się w jej ramionach - w końcu prawie na pewno będzie jeszcze ich potrzebowała. Była już pewna, że Theodore nie tylko maczał palce w nielegalnej działalności, a wręcz się w niej kąpał, ale Wizengamot lubił w takich sytuacjach pytać o dowody. Dużo, możliwie niepodważalnych dowodów. To zaś oznaczało, że musiała je zebrać. I powinna zrobić to szybko, choćby dlatego, że było wiele innych, istotnych spraw do załatwienia.
- Daj to proszę na ladę - zaproponowała. - To najnowszy certyfikat? Jeżeli nie, przyda się to, co przyniósł wam ostatnio. Bo da się, wszystko się da, ja mogę sprawdzić jakieś podstawowe rzeczy, a potem zweryfikują to jeszcze nasi specjaliści od dokumentów... ale najłatwiej będzie sprawdzić to na czymś w miarę świeżym, co jak najkrócej leżało u was na półkach.
W najgorszym razie Brenna mogła potem spróbować "przyjrzeć się" dokumentom w kręgu, ale to musiało poczekać, a teraz też miała pełne możliwości. Zaczęła od apare vestigum: z jej różdżki na dokument posypał się złocisty pył, mający pomóc wykryć ślady niedawnej magii. Potem potraktowała pergamin tradycyjnym revalio, ujawniającym prawdziwą zawartość. Na końcu postawiła na zwykłe rozpraszanie. Jeśli Theodore nie był mistrzem kształtowania i rozpraszania, powinny dowiedzieć się, jeżeli nie "co" było nie tak z dokumentami, to przynajmniej czy ktoś przy nich majstrował.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.