Przypałętanie się tutaj wilka byłoby dziwne. Bardzo dziwne. Te tereny nie sprzyjały naturalnemu występowaniu tych stworzeń. Dzikie psy? O, to już bardziej. Tylko nawet jeśli byłyby tak zdesperowane, żeby porywać się na baraszkowanie w takim miejscu, na terytorium silnych drapieżników, to Laurent nie widział tego, żeby aż tak skutecznie stawiły opór hipogryfom. Ale może jeszcze znajdą ciała martwego stada psów? Bo to musiałoby być stado. Czy nikt by nie słyszał ujadania tych kundli? Nie zareagował? Taki prosty ciąg rozumowania składał się na wnioskowanie tworzące teorie do potwierdzenia. Wydawałoby się, że nie ma różnicy, nie ma znaczenia, że teraz już jest po sprawie. Ale to miało znaczenie. Bardzo duże znaczenie. Odkrycie tego, co się stało, albo przynajmniej znalezienie jakichś domnienań pozwoli na określenie, czy w ogóle było się czego jeszcze bać. Czy to, co się tutaj wydarzyło, może się powtórzyć czy jednak stado jest już bezpieczne. Laurent był odrobinę zirytowany tym, że tamci zamiast próbować się w tym orientować to tkwili na bezpiecznej granicy i spoglądali na to, co się dzieje. Byłby zirytowany naprawdę, gdyby nie poświęcał całej uwagi hipogryfom i przemyśleniom na temat tego, co widział. Niestety nie był medykiem, więc nie mógł opatrzyć samicy, mógł tylko przynieść jej chwilową ulgę, wlewając do jej dzioba eliksir leczniczy. Przez chwilę przeszło mu przez głowę, żeby może podtrzymać jej zdrowie, ale przekazanie jej energii groziło tym, że straci nad nią kontrolę. Nagły przypływ sił, gdyby coś poszło nie tak, mógłby ją naprawdę spłoszyć.
Jeden z małych hipogryfów skakał mu na plecy, aż jeden z samców zirytował się i naskrzeczał na młode, łapiąc go dziobem. Dla kogoś nieobeznanego mogło to wyglądać wręcz niebezpiecznie, jakby hipogryf chciał pisklęciu zrobić krzywdę, szczególnie przy pisku, jaki z siebie nieopierzony jeszcze malec wydał. Ale to było zwykłe upomnienie. Przywołanie młodego do porządku, w które selkie nawet nie zamierzał ingerować. On został w końcu ledwo dopuszczony do tego stada i zaakceptowany, to prawie tak jakbyś zaprosił gościa - owszem, może być to twój dobry znajomy, przyjaciel nawet, ale kiedy wtykał swój nos w wychowywanie dzieci (gdy dziecku żadna krzywda się nie działa, po prostu robiło sceny) to nie było to dobrze traktowane, prawda? Laurent obrócił się w kierunku Olivii, kiedy ta się odezwała. Musiało to śmiesznie wyglądać, bo w sumie odwrócił głowę razem z resztą hipogryfów. Jeden z nich zarył pazurem w ziemię i zaklekotał dziobem. Blondyn wstał i pogładził stworzenie uspakajająco po szyi, nim wyszedł w kierunku kobiety.
- Dziękuję. Jak się czujesz? - Miał nadzieję, że trochę to ogarnięcie się jej pomogło. Gdyby miał mówić od swojej strony... to wyglądała, jakby dostała nieco nowych sił. - Abby, potrzebuję magizoologa. - Przesunął wzrokiem po panach tutaj się znajdujących mając nadzieję, że medykiem jest nie osoba, która została ranna i powinna odpoczywać. W New Forest nie miał żadnego weterynarza na stałe, również prosił takowych o przyjście, kiedy coś się działo. Innymi słowy - wraz z wozem, który powinien się tutaj niedługo zjawić, nikt nie przyleci. Wspominali zaś, że opatrywali hipogryfy i samice również chcieli opatrzeć, dopóki nie stał się ten... dopóki stado nie zrobiło się aż nadmiernie protekcyjne. No właśnie... czemu one były tak protekcyjne? Czemu nie ufały nawet człowiekowi, z którym żyły tyle czasu, przy którym nawet założyły swoje rodziny? Selkie ściągnął przez moment brwi, czujnie przyglądając się mężczyznom. Już teraz sam był nieco ubabrany krwią, ale starał się to ignorować. Rany tej biednej istoty były szkaradne. Cierpiała - widział to w jej pięknych, mądrych ślepiach. - Połóż to proszę, na razie nie będzie potrzebne. - Wskazał dłonią na misę. Nawet nie wiedział, czy w ogóle będzie potrzebna, za to po jeden z ręczników sięgnął. - Olivio zorientuj się proszę, kto tutaj pracuje i czy nie było wśród tych osób dziwnych zachowań albo tajemniczych zwolnień w trakcie pełni. - Szepnął kobiecie prawie na ucho, kiedy do niej podszedł i tak wziął tą miskę, odłożył ją, wolno wziął ręcznik... wszystko w lekkim slow motion, żeby cicho, stojąc plecami do pozostałych, skomunikować się z Quirke. Dość nietypowe zadanie, zdawał sobie z tego sprawę. - Możesz podpytać dyskretnie pana Abbyego. - Zasugerował to, bo to też nie tak, że jego nie wciągał na listę podejrzanych, ale miał przeczucie, że to nie jest on. Spojrzał w kierunku leżącego na ziemi Dumy. - Duma wyczuje wilkołaka, jeśli ktoś nim jest. - Z tu obecnych albo innych pracowników, których akurat tutaj nie było.
- Ja zajmowałem się rannymi stworzeniami, panie Prewett. - Odezwał się mężczyzna, który pomagał opatrywać zresztą poszkodowanego. Starszy, koło 50, z elegancko przystrzyżoną brodą. Laurent skinął do niego i obrócił się, żeby razem z nim z powrotem udać się do hipogryfów.
- Proszę iść bardzo powoli, pokłonić się. Pójdę przodem i proszę się zatrzymać na mój znak. - To musiał być na nowo cały taniec przekonujący hipogryfy do tego, że nie sprowadza do nich zagrożenia. Powoli, powolutku więc zaczęli się zbliżać wraz ze słowami zapewnień Laurenta w kierunku stworzeń, że wszystko jest w porządku.