Jego widok sprawił, że coś podskórnie się w niej zagotowało – jakby ogień trawił jej żyły, jednocześnie ze skuwającą lodem, chłodną dłonią śmierci. Nigdy nie była tak blisko umierania, jak podczas elegii ich znajomości przędzonej na dwoje – tych brutalnych Mojr, które przędły czerwone nicie życiorysu obojga. Mieli się już wszak nie spotkać, zgubić wszelakość kontaktu, ona jednak – mściwa w swojej buńczucznej, fatalistycznej krasie – nie potrafiła przejść obojętnie obok jawnego zlekceważenia i pozostawienia jej samej. Coś bulgotało pod skórą, chcąc wydostać się na światło dzienne; coś, co wzburzoną klątwą opuściło jej dłoń – niestety spotykając się z sowitą kontrą. Leander nie był głupi; Leander nie był też w żadnej mierze słaby.
Wiedziała, że konfrontacja z nim, nie przylgnie do łatki łatwych i codziennych. Wiedziała, iż będzie musiała wykrzesać z siebie więcej, aniżeli stoicką postawę niebrzydkiej, brylującej na salonach lwicy. Dłoń, gdy go zobaczyła, mimowolnie zacisnęła się w pięść, znacząc naskórek bladoróżowymi księżycami. I nagle wdech i wydech stały się okrutnie trudne, więzione w klatce płuc niepokornie; odbite zaklęcie sprawiło, że zawahała się przez lichy moment.
Jego słów jednak, nie potrafiła pozostawić bez soczystej odpowiedzi.
– Nie ma takiej konieczności. Odbiorę, co moje, wraz z tym, jak legniesz na ziemi. Herbatę pozostaw na dywagacje z kostuchą, gdy z tobą skończę – rzekła głosem pewnym siebie, unosząc podbródek wysoko – jego oczy były tak błękitne, jak zachmurzone niebo rozpościerające połacie nad Londynem.
Ponownie wyciągnęła dłoń, dzierżącą różdżkę, aby spróbować poniekąd poprawić nieudane zaklęcie Diany. Nim przez umysł przeszedł cień namysłu, zamachnęła się, próbując wyrwać Leandrowi różdżkę. Jeśli zaklęcie się powiodło – przedmiot odskoczył gwałtownie z jego rąk, pojawiając się w chwycie Diany.
Sukces!
Bez chwili zastanowienia, niezależnie, czy uprzednie zaklęcie się powiodło, wbiła igły spojrzenia w jego oczy – teraz zaczynała się prawdziwie pyszna zabawa. Wdarła się urokiem do jego umysłu na palcach, zasiewając uczucie bezceremonialnego strachu – bawiła się przy tym przednio, usiłując popchnąć go na kolana, gdy najciemniejsze spośród mar nawiedzały właśnie miriady jego myśli.
Sukces!