14.11.2022, 15:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2023, 11:25 przez Brenna Longbottom.)
- Cześć, Erik! Zastanawiałam się, czy już tu będziesz – oświadczyła Brenna na powitanie brata. Wczoraj zapomniała go spytać, a dzisiaj rano opuścił dom przed nią.
Czy dostrzegła jego strój? Oczywiście, że nie. Nie była ślepa. A jednak, nijak go nie skomentowała, jej uśmiech nie stał się ani trochę bledszy ani szerszy. Zdawało się, że Longbottom przyjęła fakt, że jej starszy brat wystroił się w koci kostium jak coś najbardziej naturalnego na świecie. W każdym razie, nie rzuciła żadnej złośliwej uwagi.
Chociaż była pewna, że inni zrobią to za nią.
- Jasne, to miało być zadośćuczynienie za urazy na ciele i umyśle, że was tu ciągnę, ale rozumiem – zgodziła się lekkim tonem, kiedy Zeneida odmówiła poczęstunku. Nie zamierzała nalegać, świadoma, że to mogłoby Moody urazić. Nie znała w pełni jej sytuacji materialnej, ale do Brenny już jakiś czas temu dotarło, że takie oferty łatwiej czasem przyjmować, jeżeli sam masz pieniędzy aż po uszy. Ida była dumna: i Brennie pozostawało wyłącznie jej dumę uszanować.
– Oczywiście, że wiem co robię. A pączki z czekoladą są wspaniałe, ale te z budyniem też i jeszcze jagodzianki z bitą śmietaną… – westchnęła Brenna na słowa Mavelle, zaraz jednak otrząsnęła się z rozmarzenia, bo kawiarnia powoli zaczęła się wypełniać ludźmi. Na smakołyki będzie jeszcze czas, wypadało okazać minimum dobrych manier i przywitać osoby wypełniające lokal, zwłaszcza, że większość z nich znała, przynajmniej przelotnie. Nie rzuciła się na razie na ciasteczka, nie domyślając się po prostu, że to poczęstunek z wróżbą: ale było jasne, że swoje to ona tutaj zje.
Pojawienie Seraphiny trochę ją zaskoczyło. Choć chyba nie powinno, sama jej powiedziała o otwarciu klubokawiarni. Mimo wszystko... elegancka Prewettówna, zawsze tak pięknie ubrana, wystrojona, bywalczyni balów, kasyn oraz najlepszych restauracji, nie kojarzyła się jej z takimi miejscami. Niemniej: jeżeli takie osoby jak ona polubią klubokawiarnię, będzie to sam zysk dla Nory. Przywitała ją, bardzo cierpliwie zniosła ciągnięcie za policzek, a na pytanie o Erika tylko się uśmiechnęła.
– Bardziej do twarzy byłoby mu w kostiumie labradora, prawda? Lepiej oddawałby jego osobowość – oświadczyła do Prewett, ani trochę nie urażona jej komentarzem. Brennę zresztą tego typu uwagami ciężko było urazić. Do Alice, którą luźno kojarzyła jako uczęszczającą do Hogwartu ze dwa roczniki niżej, pomachała ponad ramieniem Seraphiny.
– Dziś zdołałam porwać tu dwie osoby, ale to dopiero początek – mruknęła Brenna do panny Figg. – Mam nadzieję, że upiekłaś dużo pączków. Bo chcę kupić sześćdziesiąt.
Sądząc po wyrazie jej twarzy, który trochę spoważniał… nie żartowała. Naprawdę planowała kupić sześćdziesiąt pączków, w sobie tylko znanym celu.
Sama w torbie też miała drobny prezent dla Nory, ale że gości przebywało – w tym Cecily, która chyba wykupiła pół jakiegoś sklepu – postanowiła na razie nie zasypywać gospodyni. Salemowi też zresztą nie zdążyła odpowiedzieć i przyobiecać, że będzie na popularność Nory Nory pracować z całym zaangażowaniem, na jakie tylko ją stać (a miała taki szczery plan!), bo dopadł go Silias.
Jeśli istniały jakieś osoby, które przerastały Brennę pod względem energetyczności, to prawdopodobnie byli to panna Lupin i jej partner. I napawało ją to nieodmiennym zachwytem. Zarówno to, że jacy byli, jak i to, jak doskonale się dobrali.
- Cześć, Cecily! Też już wywęszyłaś najlepsze pączki w całym mieście? Zresztą, po co ja pytam, przecież to oczywiste, że wszystkie inne pączki mogą się iść spalić ze wstydu – przywitała się, kiedy ta skończyła już witanie gospodyni.
Po czym sama Brenna wreszcie zgarnęła jednego z pączków roznoszonych przez Norę. Nie wybierała jakoś szczególnie, całkowicie pewna, że nieważne, jaki wybierze, ten będzie bardzo smaczny. Od razu wpakowała sobie kęsa do ust. Jednego, a potem drugiego i trzeciego...
Czy dostrzegła jego strój? Oczywiście, że nie. Nie była ślepa. A jednak, nijak go nie skomentowała, jej uśmiech nie stał się ani trochę bledszy ani szerszy. Zdawało się, że Longbottom przyjęła fakt, że jej starszy brat wystroił się w koci kostium jak coś najbardziej naturalnego na świecie. W każdym razie, nie rzuciła żadnej złośliwej uwagi.
Chociaż była pewna, że inni zrobią to za nią.
- Jasne, to miało być zadośćuczynienie za urazy na ciele i umyśle, że was tu ciągnę, ale rozumiem – zgodziła się lekkim tonem, kiedy Zeneida odmówiła poczęstunku. Nie zamierzała nalegać, świadoma, że to mogłoby Moody urazić. Nie znała w pełni jej sytuacji materialnej, ale do Brenny już jakiś czas temu dotarło, że takie oferty łatwiej czasem przyjmować, jeżeli sam masz pieniędzy aż po uszy. Ida była dumna: i Brennie pozostawało wyłącznie jej dumę uszanować.
– Oczywiście, że wiem co robię. A pączki z czekoladą są wspaniałe, ale te z budyniem też i jeszcze jagodzianki z bitą śmietaną… – westchnęła Brenna na słowa Mavelle, zaraz jednak otrząsnęła się z rozmarzenia, bo kawiarnia powoli zaczęła się wypełniać ludźmi. Na smakołyki będzie jeszcze czas, wypadało okazać minimum dobrych manier i przywitać osoby wypełniające lokal, zwłaszcza, że większość z nich znała, przynajmniej przelotnie. Nie rzuciła się na razie na ciasteczka, nie domyślając się po prostu, że to poczęstunek z wróżbą: ale było jasne, że swoje to ona tutaj zje.
Pojawienie Seraphiny trochę ją zaskoczyło. Choć chyba nie powinno, sama jej powiedziała o otwarciu klubokawiarni. Mimo wszystko... elegancka Prewettówna, zawsze tak pięknie ubrana, wystrojona, bywalczyni balów, kasyn oraz najlepszych restauracji, nie kojarzyła się jej z takimi miejscami. Niemniej: jeżeli takie osoby jak ona polubią klubokawiarnię, będzie to sam zysk dla Nory. Przywitała ją, bardzo cierpliwie zniosła ciągnięcie za policzek, a na pytanie o Erika tylko się uśmiechnęła.
– Bardziej do twarzy byłoby mu w kostiumie labradora, prawda? Lepiej oddawałby jego osobowość – oświadczyła do Prewett, ani trochę nie urażona jej komentarzem. Brennę zresztą tego typu uwagami ciężko było urazić. Do Alice, którą luźno kojarzyła jako uczęszczającą do Hogwartu ze dwa roczniki niżej, pomachała ponad ramieniem Seraphiny.
– Dziś zdołałam porwać tu dwie osoby, ale to dopiero początek – mruknęła Brenna do panny Figg. – Mam nadzieję, że upiekłaś dużo pączków. Bo chcę kupić sześćdziesiąt.
Sądząc po wyrazie jej twarzy, który trochę spoważniał… nie żartowała. Naprawdę planowała kupić sześćdziesiąt pączków, w sobie tylko znanym celu.
Sama w torbie też miała drobny prezent dla Nory, ale że gości przebywało – w tym Cecily, która chyba wykupiła pół jakiegoś sklepu – postanowiła na razie nie zasypywać gospodyni. Salemowi też zresztą nie zdążyła odpowiedzieć i przyobiecać, że będzie na popularność Nory Nory pracować z całym zaangażowaniem, na jakie tylko ją stać (a miała taki szczery plan!), bo dopadł go Silias.
Jeśli istniały jakieś osoby, które przerastały Brennę pod względem energetyczności, to prawdopodobnie byli to panna Lupin i jej partner. I napawało ją to nieodmiennym zachwytem. Zarówno to, że jacy byli, jak i to, jak doskonale się dobrali.
- Cześć, Cecily! Też już wywęszyłaś najlepsze pączki w całym mieście? Zresztą, po co ja pytam, przecież to oczywiste, że wszystkie inne pączki mogą się iść spalić ze wstydu – przywitała się, kiedy ta skończyła już witanie gospodyni.
Po czym sama Brenna wreszcie zgarnęła jednego z pączków roznoszonych przez Norę. Nie wybierała jakoś szczególnie, całkowicie pewna, że nieważne, jaki wybierze, ten będzie bardzo smaczny. Od razu wpakowała sobie kęsa do ust. Jednego, a potem drugiego i trzeciego...
Rzut 10 - 1
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.