07.11.2023, 01:24 ✶
Gdy usłyszał, ile kaw zdążyła już dzisiaj wypić Brenna, jedynie uśmiechnął się pod nosem. Tak w sumie to nawet nie był zdziwiony. Może i nie łączyła ich jakaś bliższa relacja, ale ciężko było nie usłyszeć o projektach, w których panna Longbottom brała udział, a było ich nad wyraz dużo. Budziło to w nim podziw, bo zdecydowanie nie można było jej odmówić pasji do tego, czym się zajmowała. Jednocześnie budziła w nim niejednokrotnie swoiste poczucie winy. Ciężko było mu siedzieć na miejscu, wiedząc, jak wiele potrafili robić inni. Nie, żeby było to coś złego, wręcz przeciwnie. Taka dawka motywacji i pasji działała na niego pobudzająco. Można w sumie rzecz, że była dla niego pewnego rodzaju inspiracją.
Nie zmieniało to jednak faktu, że podobnie jak on, zdecydowanie nie żywiła się we właściwy sposób. Kofeina i cukier pomagały przejść im przez życie na wyższych obrotach, ale na dłuższą metę mogło się to źle skończyć. No ale kto ma czas, żeby przejmować się takimi rzeczami?
— No dobrze, w takim razie może następnym razem uda mi się odwdzięczyć za te wszystkie pączki, które zostawiasz w naszym biurze — odparł ciepło, posyłając jej przy tym lekki uśmiech, który jednak nie zagościła na twarzy zbyt długo. Mieli zbyt wiele spraw, które wymagały omówienia, żeby bawić się w luźne pogawędki o niczym. Przynajmniej w teorii.
Zaskoczyła go tą kartą, ale gdy minął pierwszy szok, przyjrzał się zdjęciu nieco lepiej. Założycielka jego domu w całej swojej okazałości, a do tego krótki okres jej dokonań. Niby tylko kawałek papieru, a i tak zawierał w sobie ogrom inspiracji.
Zaraz jednak jego uwaga skupiła się na kobiecie i wszystkim, co mówiła. Odsłoniła mu bardzo dużo z tej sprawy, a szczegóły raz jeszcze aktywowały w nim wyrzuty sumienia, chociaż tym razem nie były skierowane tylko w stronę brata. Cała ta sprawa była powiązana z Beltane oraz przeklętym Voldemortem i jego zwolennikami.
Nieco pobladł, dłonie mimowolnie zaciskając w pięści. Wypełniła go mieszanka frustracji i bezsilności. Był na służbie od tylu lat, a jednak stał z boku, gdy ten jeden raz był naprawdę potrzebny. Naprawdę nie chciał już nigdy powtórzyć takiej sytuacji.
Potrzebował kilku chwil, żeby dojść do siebie i dopiero po kilkunastu sekundach dostrzegł notatki, które Brenna podsunęła mu pod nos. Sięgnął po nie i zaczął czytać. Obrażenia były wręcz niepokojąco podobne do tych na ciałach, które odkrył razem z Atreusem.
— Czyli przed tymi biedakami na polu była przerwa. Ciekawe, z czego wynikała — zauważył na głos, nie kierując tego w sumie w żadną stronę. — Te opisy nad wyraz dobrze oddają to, co zauważyliśmy. Zasuszone zwłoki, brak większych ran, przynajmniej zewnętrznie... — rzucił już do kobiety, posyłając jej przy tym zamyślone spojrzenie.
Nim zdążył jakkolwiek odpowiedzieć w kwestii wniosków patologów co do ich sprawy, kolejne słowa Brenny całkowicie pochłonęły jego uwagę. Spotkali żywą ofiarę, która nienaturalnie się postarzała, a gdyby tego było mało — spotkali jej potencjalnych oprawców.
— Zaraz, chwila moment. Spotkaliście je? Te widma, które zabiły już kilka osób? Skoro nie mówisz nic o walce, to zakładam, że Was nie zaatakowały? Jakieś pomysły czemu? Byliście poza lasem, rzuciliście jakieś zaklęcie, czy może Was nie zauważyły? — mówił szybko, ewidentnie mocno zaaferowany. — W każdym razie, cieszę się, że nic się Wam nie stało — dodał jeszcze, posyłając jej ciepły uśmiech. Naprawdę starczyło mu już tych wszystkich ofiar.
Jej dalsze tłumaczenia zdziwił go w sumie jeszcze bardziej. Duchy zamieszkały w domu niedoszłej ofiary i niejako zaczęły się żywić na jej otoczeniu. Nad wyraz intrygujące i niepokojące jednocześnie. Czy zdziwił go fakt, że Brenna kupiła ten dom? Może odrobinę, ale tak naprawdę to nie było to coś, czego nie można było się po niej spodziewać. Longbottomowie znani byli ze swojego rozmachu.
— Pytań mam wiele, ale patrząc na to, co mówisz mi do tej pory, na odpowiedzi musimy jeszcze poczekać. Mów dalej, mam nadzieję, że uda mi się jakoś pomóc — Mówiąc to, sięgnął po kawę, wypijając połowę na jeden łyk. Zdecydowanie potrzebował się pobudzić do tej rozmowy.
Nie zmieniało to jednak faktu, że podobnie jak on, zdecydowanie nie żywiła się we właściwy sposób. Kofeina i cukier pomagały przejść im przez życie na wyższych obrotach, ale na dłuższą metę mogło się to źle skończyć. No ale kto ma czas, żeby przejmować się takimi rzeczami?
— No dobrze, w takim razie może następnym razem uda mi się odwdzięczyć za te wszystkie pączki, które zostawiasz w naszym biurze — odparł ciepło, posyłając jej przy tym lekki uśmiech, który jednak nie zagościła na twarzy zbyt długo. Mieli zbyt wiele spraw, które wymagały omówienia, żeby bawić się w luźne pogawędki o niczym. Przynajmniej w teorii.
Zaskoczyła go tą kartą, ale gdy minął pierwszy szok, przyjrzał się zdjęciu nieco lepiej. Założycielka jego domu w całej swojej okazałości, a do tego krótki okres jej dokonań. Niby tylko kawałek papieru, a i tak zawierał w sobie ogrom inspiracji.
Zaraz jednak jego uwaga skupiła się na kobiecie i wszystkim, co mówiła. Odsłoniła mu bardzo dużo z tej sprawy, a szczegóły raz jeszcze aktywowały w nim wyrzuty sumienia, chociaż tym razem nie były skierowane tylko w stronę brata. Cała ta sprawa była powiązana z Beltane oraz przeklętym Voldemortem i jego zwolennikami.
Nieco pobladł, dłonie mimowolnie zaciskając w pięści. Wypełniła go mieszanka frustracji i bezsilności. Był na służbie od tylu lat, a jednak stał z boku, gdy ten jeden raz był naprawdę potrzebny. Naprawdę nie chciał już nigdy powtórzyć takiej sytuacji.
Potrzebował kilku chwil, żeby dojść do siebie i dopiero po kilkunastu sekundach dostrzegł notatki, które Brenna podsunęła mu pod nos. Sięgnął po nie i zaczął czytać. Obrażenia były wręcz niepokojąco podobne do tych na ciałach, które odkrył razem z Atreusem.
— Czyli przed tymi biedakami na polu była przerwa. Ciekawe, z czego wynikała — zauważył na głos, nie kierując tego w sumie w żadną stronę. — Te opisy nad wyraz dobrze oddają to, co zauważyliśmy. Zasuszone zwłoki, brak większych ran, przynajmniej zewnętrznie... — rzucił już do kobiety, posyłając jej przy tym zamyślone spojrzenie.
Nim zdążył jakkolwiek odpowiedzieć w kwestii wniosków patologów co do ich sprawy, kolejne słowa Brenny całkowicie pochłonęły jego uwagę. Spotkali żywą ofiarę, która nienaturalnie się postarzała, a gdyby tego było mało — spotkali jej potencjalnych oprawców.
— Zaraz, chwila moment. Spotkaliście je? Te widma, które zabiły już kilka osób? Skoro nie mówisz nic o walce, to zakładam, że Was nie zaatakowały? Jakieś pomysły czemu? Byliście poza lasem, rzuciliście jakieś zaklęcie, czy może Was nie zauważyły? — mówił szybko, ewidentnie mocno zaaferowany. — W każdym razie, cieszę się, że nic się Wam nie stało — dodał jeszcze, posyłając jej ciepły uśmiech. Naprawdę starczyło mu już tych wszystkich ofiar.
Jej dalsze tłumaczenia zdziwił go w sumie jeszcze bardziej. Duchy zamieszkały w domu niedoszłej ofiary i niejako zaczęły się żywić na jej otoczeniu. Nad wyraz intrygujące i niepokojące jednocześnie. Czy zdziwił go fakt, że Brenna kupiła ten dom? Może odrobinę, ale tak naprawdę to nie było to coś, czego nie można było się po niej spodziewać. Longbottomowie znani byli ze swojego rozmachu.
— Pytań mam wiele, ale patrząc na to, co mówisz mi do tej pory, na odpowiedzi musimy jeszcze poczekać. Mów dalej, mam nadzieję, że uda mi się jakoś pomóc — Mówiąc to, sięgnął po kawę, wypijając połowę na jeden łyk. Zdecydowanie potrzebował się pobudzić do tej rozmowy.