Gerry wpatrywała się w ten nieszczęsny posąg, już miała go dźgnąć końcówką swojego urządzenia, którym łapała owady, kiedy usłyszała kroki. Zorobiła to jednak na tyle późno (bo była zaaferowana rzeźbą), że mężczyzna zdążył się do niej zbliżyć. Nie, żeby ją to specjalnie martwiło. Jakby co przecież była akurat tą babą, która nie bała się sama wchodzić do lasu, bo umiała sobie w nim poradzić. Nawet w starciu z równym sobie wzrostem mężczyzną.
Nie, żeby zamierzała się tutaj bić. Zawsze jednak zakładała najgorsze, głupie przyzwyczajenie, które pozwalało się nie rozczarowywać. Może więc wcale, aż takie głupie nie było?
No nic, przyodziała jeden ze swoich wyuczonych uśmiechów. Ponoć ludzie reagują lepiej na obcych, kiedy im dobrze z oczu patrzy, czy coś, więc starała się dostosować. - Dla kogo dobry, dla tego dobry. - Przywitała się, jakże entuzjastycznie.
Yaxley w przeciwieństwie do swojego nowopoznanego kolegi była spokojna. Na tyle spokojna, na ile potrafiła być, bo z natury należała do tych nieco narwanych osób. - Dziwne, co? - Zagaiła rozmowę z nieznajomym, gdyż widziała, że on również przygląda się temu posągowi. - Mam nadzieję, że nie zakładasz, że ja to zrobiłam. Wiem, jak to wygląda, ale przed chwilą wpadłam na ten posąg. - Wolała o tym wspomnieć, bo mogło być różnie. Sama nie sięgnęła po różdżkę, przynajmniej jak na razie, wydawało jej się, że gdyby coś, to zdąży to zrobić później.
Wyciągnęła jednak swój magiczny patyk, bo wypadało chyba sprawdzić, o co chodzi z tym posągiem w środku lasu. Machneła różdżką, mruknęła przy tym cichutko zaklęcie. Nie była jakoś niesamowicie biegła w rozpraszaniu, ale a nuż uda jej się czegoś dowiedzieć.
Akcja nieudana