Zmartwienie. Słowa "nie martwi się" stawały się jego mantrą zaraz obok "wszystko będzie dobrze". Powtarzał ją samemu sobie, powtarzał ją ludziom wokół, a w końcu słyszał te słowa w swoim kierunku. Mówili, że mantry uspakajają. Są sposobem na medytacje. On miał wrażenie, że jeśli jeszcze trochę popowtarza tę mantrę to oszaleje. Tylko czy coś pozostawało innego w tych trudnych czasach? Opić się pesymizmem można było jak tym podwójnym ginem albo margaritą. Jeden, dwa drinki mogły jeszcze nawet dobrze wchodzić, a każdy kolejny dopełniał czarę pomieszania zmysłów i poplątania języka. Łatwiej było się poddać niż starać się cokolwiek zmienić w otaczającym cię świecie. Przynajmniej niektórzy z nich tutaj próbowali coś zmienić. Och. Głupie myśli podczas wieczoru, który przecież miał być w pełni rozrywkowy. Można się skupić na przykład na tym, kogo cieszyło to widowisko i czy Philip był wynikiem zadowolony. Och, no jasne, że nie był. Louvain też nie. To było tak oczywiste, że jego umysł nie podłapał tematu. Co innego nadzieja. Nadzieja, że wybór wygranej czy przegranej nie musiał oznaczać tych dogrywek, o których zostało wspomniane. A jednak Philip miał go zaskoczyć. Z tym, że Laurent doszukiwał się w jego postawie kłamstwa.
Uśmiechnął się z wdzięcznością do Victorii, która pośpieszyła z małym ratunkiem i odpowiedzią na pytanie, które było dla niego samego niewygodne. Fakt, to nie było żadne kurtuazyjne przyjęcie, gdyby miało być to chyba by się nawet nie zdecydował mimo swojego umiłowania do imprez wszelakich. Sprawa przetoczyła się tak czy siak bez żadnego echa i komentarza, co było mu absolutnie na rękę.
Spojrzał na Erika, kiedy ten wspomniał o dogrywce. Znali się bliżej? On i Philip. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że te niby spokojne oczy spoglądające na wszystko wokół z uwagą były po prostu smutne. Może domalowywał sobie ten obraz na tle zielonych borów pobłogosławionych złocistym słońcem, grą promieni na pojedynczym, dębowym liściu. Może. Nie potrzeba było wiele jego wyobraźni, żeby poniosła go na swoich skrzydłach. Chyba każdy, kogo znał i kogo poznał związany z aurorami czy brygadzistami miał w swoich oczach coś smutnego. Lub pustego. Łatwo byłoby powiedzieć, że to praca wysysała resztki człowieczeństwa, ale to nie wina pracy samej w sobie. To w końcu ludzie ludziom zgotowali ten los. Dopiero głos Bella oderwał spojrzenie selkie od Erika. Niektóre rzeczy stawały się dość oczywiste, kiedy posiadało się odpowiednie dane. Kiedy wiedziałeś, na co patrzeć. Bell przecież nie lubił tłumów - to dość oczywiste, że tak jak Laurent nie przyszedł tutaj głównie dla "zabawy", a dla samego Philipa.
Wyścig na miotłach brzmiał o wiele przystępniej w pierwszej chwili od wymiany zaklęć. Z drugiej strony w zasadzie taka wymiana zaklęć, jak było widać, miała możliwość dość wysokiej kontroli. Gdyby się uprzeć - wszystko było niebezpieczne, włącznie z wychodzeniem z domu. Nie sądził, że będzie skłonny przyznać, że pojedynki czarodziejskie nie są takie złe, a szczególnie po tym zaproszeniu, jakie otrzymał. Przyszedł tutaj w końcu prawie jak na skazanie, a okazało się, że było nawet... miło. Gdyby wyłączyć to, jakie niepokojące było omdlenie Vakela.
To milczenie było całkiem nie w jego stylu. I jednocześnie nie chciał go przerywać. Zagubiona myśl przywiodła mu wspomnienie czułych dłoni na policzku i zagubione, a tak pewne słowa Lubię kiedy ty, Laurent, mówisz co myślisz. Ten człowiek był szalony. Odwrócił wzrok od obecnych na tłum ludzi, którzy się rozchodzili w grupki, to podchodzili do baru, to zbierali się do powrotu.
- Jeśli o czyjś honor trzeba się pojedynkować to o jakim honorze w ogóle mówimy... - To było dla Laurenta absolutnie nienormalne. Honor bronił sam siebie - nie trzeba było niczego udowadniać. To, że ktoś tutaj coś udowodnić chciał mówiło raczej o tym, że honoru brakowało, dlatego trzeba było spróbować zamydlić światu oczy. A może to jeszcze jakaś inna prywatna vendetta. - Żaden pojedynek ani wyścig na miotłach tego nie zmieni. - Tak, to właśnie myślał o tym pojedynku i jego sensowności. A raczej - bezsensowności. Prawda, której tak nie lubił, kuła w oczy i niestety miała to do siebie, że zazwyczaj broniła się sama. - Gdyby ludzie mniej zajmowali się tym, co powiedzą o nich inni a skupili na pragmatyzmie to dobre słowo toczyłoby się samo. - Zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele ploteczek toczyło się po społeczeństwie, jak wielką moc posiadała prasa, jak wiele szkód mogło zapewnić jedno czy dwa słowa powiedziane za dużo razy. Ta myśl nie odnosiła się tylko do tych, których oceniano. Odnosiła się również do tych oceniających. Jak wiele kłopotów i przykrości można było uniknąć... niestety jednak - utopia nigdy nie miała prawa tu zaistnieć. A przez niego zaczynała ostatnio przemawiać jakaś gorycz i brzydka szarość wkradała się w jego barwny świat. Albo raczej - ta szarość zawsze tam była. Los zmazał gumką kolorowe kredki na tej okładce.