Widząc spojrzenie Olivii niemal chciał jej zacząć to wszystko tłumaczyć, punkt po punkcie. Od samego początku tych zabiegów. Manipulacja to bardzo zła rzecz - tak uważali niemal wszyscy ludzie. Prawda jest dobra, a kłamstwo jest złe. Ale to nieprawda. Był czas na wszystko, a czasami niektóre rzeczy lepiej, żeby pozostały niedopowiedziane. Utknęły pomiędzy zlepionymi stronami, dzięki którym czytelnik mógł pisać swoją własną powieść i ciągle dopisywać sobie nowe możliwości do tej wciągającej przygody, którą starał się zbadać. Nie było na to czasu. Bo ten czas był cenny. Bardzo cenny. Takim sposobem zachował się tak, jakby pozostał obojętny na to, co o tym myślała i co o tym sądziła. Miał po prostu nadzieję, że nie potraktuje go jak zwykłego szaleńca, bo przecież wcale się nie znali. Szkolne czasy przeminęły - witaj wielka dorosłości. Miała swój rozum i nie musiała wędrować za jego dziwnymi przeczuciami, bo przecież czym innym miało to być jeśli nie przeczuciem. Spoglądał na nią ze skupieniem, całkowitą powagą, która sugerowała, że nie nastąpi tu żadne "żartowałem" albo cokolwiek w ten deseń. To było ledwo kilka chwil. Naprawdę nie chciał, żeby jego podejrzenia przeniosły się na obecnych tu ludzi z paru powodów. Pierwszym był ten, że jeszcze większe napięcie wśród ludzi mogło od razu też przerzucić się na stado. Drugim - że bardzo łatwo byłoby umknąć z miejsca zdarzenia potencjalnemu winowajcy. Nie padło z jego strony odpowiedź na pytanie "po co" - żadne dźwiękowe, prócz tego spojrzenia, niemej prośby. Nie każdy wilkołak potrzebował pełni, żeby się przemienić. Większe pytanie dręczyło go, po co jakiś wilkołak miałby to robić i atakować hipogryfy. Dla zabawy? Adrenaliny? W ramach jakiegoś ataku na Abbyego?
- Dziękuję. - Powiedział jeszcze, trzymając czysty ręcznik po poprzednim uniesieniu różdżki, by oczyścić swoją dłoń. Docenił nawet to, że postawiła to na stołku, nie na ziemi, bo dzięki temu rzeczywiście będą mogli z tego skorzystać.
A potem stała się magia.
Laurent nie od razu zobaczył, dlaczego. Kucnęli z mężczyzną przy rannej samicy, Laurent wyciągnął dłoń do jej łba, by ją pogłaskać i ułożyć ręcznik na jej pysku. Na oczach. Dotykał ją ciągle dłonią dając znać, że jest tutaj, że czuwa, że nie musiała się obawiać. Ale to, co się tu wydarzyło, było dla niego wyczuwalne tak jak słońce wysuwające się zza chmur po deszczu. Przeszedł go aż dreszcz, gdy ta atmosfera się oczyściła, jakby sam poczuł się spokojniej. Ale nie było to nic innego niż jego instynktowna reakcja na uspokojenie się zwierząt.
- Proszę, zabrałem eliksir na uspokojenie. Cała fiolka do podania, jest dość słaby. - Tak, tak, to był jeden z eliksirów, które przyniosła mu wtedy Olivia. Niby słuchał mężczyzny obok, ale w gruncie rzeczy nie do końca go słyszał, nie do końca rejestrował. Ten spokój. Obrócił się tam, gdzie siedział ranny mężczyzna i gdzie... nie było już Olivii i... Abbyego. Dzyń dzyń dzyń. - Zaufaj mu. On ci pomoże. - Pochylił się nad hipogryficą, by szepnąć jej na ucho i sam zerwał się na równe nogi. - Proszę się nią zająć. - Tylko bez stresu. Łatwo było powiedzieć. - Pomóż mi. - Teraz już nie zabrzmiał łagodnie. Zabrzmiał całkiem stanowczo, jak w chwili w której zwracał się do Abbyego. Hipogryf skrzeknął, przekręcił łeb, skupiając na nim spojrzenie... po czym obrócił się tak, że Laurent bez problemu mógł wskoczyć na jego grzbiet. - W górę. - Śpiew hipogryfa poniósł się między drzewa, kiedy stworzenie wzbiło się z miejsca w powietrze. - Musimy znaleźć Abbyego. - A raczej: musimy znaleźć Olivię. Bo Laurenta tknął strach, że nie była wcale taka bezpieczna, jakby się mogło wydawać.
- Panie Prewett..! - Zawołał za nim weterynarz, spoglądając wielkimi oczami na uważnie obserwujące go hipogryfy. I o ile kochał magiczne stworzenia tak miał niemiłe przeczucie, że one oceniały każdy jego ruch i gotowe były mu za jakiś fałszywy wygryźć oczy. Uśmiechnął się do nich trochę niepewnie, z nerwów. Ale zajął się samicą i jej ranami.
Abby szedł przez moment w milczeniu pomiędzy drzewami, które dzieliły ich od łąki, na której spokojnie wielkie abraksany mogły wylądować razem z wozem. Trzymał ręce za plecami, wyglądał na zamyślonego, albo zmartwionego. Z perspektywy Olivii mogło to różnie wyglądać.
- Jakie to szczęście, że twój ojciec napisał do panicza Prewetta. - Zagaił po chwili, kiedy zostawili już tamte towarzystwo za plecami. Niekoniecznie było mu na rękę, że ta dziewczyna z nim szła. A nawet było mu to bardzo NIE na rękę. - Na pewno nie musisz zostać przy hodowli? Wyglądało, jakby Prewett cię potrzebował. - Zerknął na nią kątem oka.