Patrzyła na niego. Oczekiwała. A mu gardło zamknęło się na cztery spusty. Ledwo powietrze mógł nabrać. Prosiła go, by powiedział. By niczego nie ukrywał. Tak bardzo nie chciał działać wbrew jej woli. Ale nie potrafił.
Błagał ją spojrzeniem o wybaczenie. Już wiedział, że poległ. Nie dał jej odsunąć dłoni. Złapał ją w uścisku.
I wtedy wziął wdech, pierwszy od kilku sekund. Bo na moment to nawet oddychać zapomniał.
Ale wydech był już uczyniony przez kogoś innego i Kim momentalnie to poznała. Spięta do tej pory twarz rozluźniła się. Kącik ust uniósł nieco we frywolnym uśmiechu. A nieprzeniknione spojrzenie stało się płytkie i tryskające iskrami energii.
Uścisk dłoni zelżał, ale nie ustał kompletnie. Jego dłonie ochłodziły się.
— Nie sądziłem, że do tego momentu dojdzie.
Jonathan uśmiechnął się miękko.
— Moja droga, nie masz pojęcia, jaki zamęt się w nas dział od tego przeklętego Beltane. Walić Czarnego Dzbana, nie musiał ręki dokładać do wszystkich tych wydarzeń. Chociaż nie, może musiał. No, nie ważne. Co ja tu chciałem...
Spojrzał gdzieś w bok zagubiony w swoich myślach.
— Ah, tak! — Znów spojrzał jej prosto w oczy, śmiało, jak Giovanni nigdy nie robił. — Wiesz, że właśnie swoim przybyciem uratowałaś Giovanniego od przypadkowego ożenku?
Krótko przedstawił jej rewelacje i nie dorzucał niczego więcej, dopóki nie uzyska jej reakcji.