07.11.2023, 23:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2023, 14:04 przez Alexander Mulciber.)
W jego śnie, który nie był przecież zwykłym snem, Murtagh powiedział: Może byśmy tak kiedyś... Może dzisiaj?, ale od tamtego "dzisiaj" minęło już kilka dobrych tygodni. Na początku wizja - jedna z wielu, jakie nieustannie dręczyły jego umysł mimo skrzętnie podtrzymywanej microdosingiem (ażeby tylko) ochronnej tarczy intoksykacji - była bezładną mieszaniną symboli, która zawładnęła trzecim okiem Alexandra, kiedy pijackie torsje owładnęły jego ciałem.
Najpierw widział coś pomiędzy ślubnym kobiercem a pogrzebowym karawanem. Dwóch zamaskowanych mężczyzn - wiedział, że jeden z nich to Macmillan - zbliżało się do niego, eskortując elegancką kobietę w białej sukni - ślubnej? - jakby we trójkę szli do ołtarza. W ostatniej chwili dostrzegł, że pod cienką woalką kryje się naga czaszka. Dalej były już tylko niewyraźne głosy, krzyki, wreszcie - ciała... Dwa, trzy? No i wymiociny, te już całkiem realne, ale tak kiedy wisiał nad muszlą klozetową, zaczął dla zabawy zastanawiać się, czy i z tej rozlanej treści żołądkowej nie dałoby się czegoś wywróżyć. Gdyby tylko wiedział, że ta pokrętna symbolika stanowiła tak dosłowne odbicie wyobraźni dwójki Śmierciożerców, z którymi, jak przypuszczał po tych skromnych urywkach, miał wkrótce wybrać się na misję, zaśmiałby się im w twarz. Jedyna białą damą, jaką znał Axel, była kokaina, a jedyną kobietą, którą mógłby poślubić - Loretta... Obie darzył szczerym uczuciem; obie ciągnęły go na dno. Natomiast śmierć - cóż, ze śmiercią miał całkiem zdrową relację. Sprawiała, że życie było interesujące. Czuł się więc dobrym wzorem dla naśladowania dla kolegów!!
Niewiele rzeczy wydawało się interesujących dla zblazowanego jasnowidza, który widział możliwe konsekwencje czynów innych ludzi, zanim oni podjęli w ogóle decyzję, co czynić. Dlatego pomedytował, poeksplorował zesłaną mu wizję; przypomniał sobie, jak kiedyś niechcący sięgnął do myśli przyjaciela swoją percepcją, innej nocy, przy innym zadaniu. Ciekawe jak to jest tak naprawdę zabić, rzucił kiedyś, kiedy robili esej o seryjnych mordercach świata magicznego. Szybko naskrobał Murtaghowi krótki list: "To ciekawy pomysł. Pomogę. Za trzy dni, ten list będzie miał sens."
Trzy dni później, oczywiście, Murtagh zapukał do jego drzwi. Wszystko już zaplanował, ale potrzebował wspólnika. A Axel potrzebował znowu poczuć się żywy.
Aportował się na miejsce punktualnie,. W takich chwilach nie czuł się oderwany od rzeczywistości, w takich chwilach po prostu był, tu i teraz, skupiony, ze zmysłami wyostrzonymi na każdą aberrację w swoim otoczeniu. Ubrał się w prostą czarną szatę, a twarz schował pod maską. Zmarszczył brwi, widząc rozwalone drzwi do domu. Czyli jednak przedstawienie. Ale wybaczał Murtaghowi umiłowanie teatralności, każdy miał swoje grzeszki. Sam wolałby zabić rękoma, nie magią; to też pewna preferencja.
- Miało być bez hałasu. I bez zbędnych emocji - rzucił zaczepnie Mulciber ustalone wcześniej hasło, choć w jego głosie przebrzmiewała ledwo słyszalna nuta rozbawienia. To samo powiedział do przyjaciela w wizji, zrozumiał, ledwie wypowiedział te słowa. Razem z Murtaghiem mieli swój własny język; wypracowany przez lata przyjaźni, i czasem wystarczyło im jedne porozumiewawcze spojrzenie, albo słowo zaakcentowane odpowiednim tonem, by powiedzieć wszystko, co potrzebowali powiedzieć... dlatego tak ewidentne było szyderstwo w głosie Axela, kiedy zobaczył cudaczne, iście karnawałowe maski, w jakie to odpierdolili się jego szykowni towarzysze zbrodni. Decorum godne samego Lorda Voldemorta.
Skinął głową drugiemu z mężczyzn, który akurat odsłonił przedramię, kiedy Axel bezszelestnie do nich podszedł. Był o wiele młodszy od niego i od Murtagha - tyle zdołał się domyślić - ale już zdążył dołączyć do ich organizacji, i dostąpić najwyższego stopnia wtajemniczenia. Axel nie wiedział do końca, czy powinien szanować jego poświęcenie, czy raczej odczuwać zdegustowanie wobec tego, jak rzucił swoje życie prosto w łapy Czarnego Pana, jak gdyby nie chciał samemu pokierować swoim życiem, jakby ten tatuaż na przedramieniu był powodem do dumy.
Mulciber wolał hasło, zamiast okazania znaku, ale jego ręka mimowolnie drgnęła, jak na komendę.
Nienawidził tych tatuaży, tego plugawego piętna permanentnie zlanego z jego skórą; Voldemort mógł nazywać ich swoją armią, mógł mówić, że mroczny znak to sztandar śmierciożerców, a kir żałobny dla ich wrogów, ale Axel mógł myśleć tylko o tym, że zostali oznakowani jak bydło. Nie jak żołnierze - jak skazańcy. Jak na kogoś, kto przywiązywał ogromną wagę do symboli, znaków i przepowiedni, Mulciber z niechęcią odnosił się do jakiejkolwiek performatywnej otoczki pod publiczkę - w tym przypadku tak mrocznej, zakrawającej wręcz o śmieszność przez cały ten patos. Niestety, autonomia była ceną, jaką był zmuszony i skłonny zapłacić, by - w choć niewielkim stopniu, choćby przez chwilę - poczuć znowu euforię.
Pokazał gestem to na parter, to na piętro, kiedy jak cienie wślizgnęli się do środka. Murtagh sugerował, żeby najpierw sprawdzili parter, a Axel zamierzał trzymać się planu. Był czujny, i skupiał całą swoją czakrę na analizowaniu pomieszczenia; jego myśli już pędziły w stronę domowników, licząc na to, że zdoła dostrzec ich przyszłość.
Chociaż nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, co ich czeka.
Najpierw widział coś pomiędzy ślubnym kobiercem a pogrzebowym karawanem. Dwóch zamaskowanych mężczyzn - wiedział, że jeden z nich to Macmillan - zbliżało się do niego, eskortując elegancką kobietę w białej sukni - ślubnej? - jakby we trójkę szli do ołtarza. W ostatniej chwili dostrzegł, że pod cienką woalką kryje się naga czaszka. Dalej były już tylko niewyraźne głosy, krzyki, wreszcie - ciała... Dwa, trzy? No i wymiociny, te już całkiem realne, ale tak kiedy wisiał nad muszlą klozetową, zaczął dla zabawy zastanawiać się, czy i z tej rozlanej treści żołądkowej nie dałoby się czegoś wywróżyć. Gdyby tylko wiedział, że ta pokrętna symbolika stanowiła tak dosłowne odbicie wyobraźni dwójki Śmierciożerców, z którymi, jak przypuszczał po tych skromnych urywkach, miał wkrótce wybrać się na misję, zaśmiałby się im w twarz. Jedyna białą damą, jaką znał Axel, była kokaina, a jedyną kobietą, którą mógłby poślubić - Loretta... Obie darzył szczerym uczuciem; obie ciągnęły go na dno. Natomiast śmierć - cóż, ze śmiercią miał całkiem zdrową relację. Sprawiała, że życie było interesujące. Czuł się więc dobrym wzorem dla naśladowania dla kolegów!!
Niewiele rzeczy wydawało się interesujących dla zblazowanego jasnowidza, który widział możliwe konsekwencje czynów innych ludzi, zanim oni podjęli w ogóle decyzję, co czynić. Dlatego pomedytował, poeksplorował zesłaną mu wizję; przypomniał sobie, jak kiedyś niechcący sięgnął do myśli przyjaciela swoją percepcją, innej nocy, przy innym zadaniu. Ciekawe jak to jest tak naprawdę zabić, rzucił kiedyś, kiedy robili esej o seryjnych mordercach świata magicznego. Szybko naskrobał Murtaghowi krótki list: "To ciekawy pomysł. Pomogę. Za trzy dni, ten list będzie miał sens."
Trzy dni później, oczywiście, Murtagh zapukał do jego drzwi. Wszystko już zaplanował, ale potrzebował wspólnika. A Axel potrzebował znowu poczuć się żywy.
Aportował się na miejsce punktualnie,. W takich chwilach nie czuł się oderwany od rzeczywistości, w takich chwilach po prostu był, tu i teraz, skupiony, ze zmysłami wyostrzonymi na każdą aberrację w swoim otoczeniu. Ubrał się w prostą czarną szatę, a twarz schował pod maską. Zmarszczył brwi, widząc rozwalone drzwi do domu. Czyli jednak przedstawienie. Ale wybaczał Murtaghowi umiłowanie teatralności, każdy miał swoje grzeszki. Sam wolałby zabić rękoma, nie magią; to też pewna preferencja.
- Miało być bez hałasu. I bez zbędnych emocji - rzucił zaczepnie Mulciber ustalone wcześniej hasło, choć w jego głosie przebrzmiewała ledwo słyszalna nuta rozbawienia. To samo powiedział do przyjaciela w wizji, zrozumiał, ledwie wypowiedział te słowa. Razem z Murtaghiem mieli swój własny język; wypracowany przez lata przyjaźni, i czasem wystarczyło im jedne porozumiewawcze spojrzenie, albo słowo zaakcentowane odpowiednim tonem, by powiedzieć wszystko, co potrzebowali powiedzieć... dlatego tak ewidentne było szyderstwo w głosie Axela, kiedy zobaczył cudaczne, iście karnawałowe maski, w jakie to odpierdolili się jego szykowni towarzysze zbrodni. Decorum godne samego Lorda Voldemorta.
Skinął głową drugiemu z mężczyzn, który akurat odsłonił przedramię, kiedy Axel bezszelestnie do nich podszedł. Był o wiele młodszy od niego i od Murtagha - tyle zdołał się domyślić - ale już zdążył dołączyć do ich organizacji, i dostąpić najwyższego stopnia wtajemniczenia. Axel nie wiedział do końca, czy powinien szanować jego poświęcenie, czy raczej odczuwać zdegustowanie wobec tego, jak rzucił swoje życie prosto w łapy Czarnego Pana, jak gdyby nie chciał samemu pokierować swoim życiem, jakby ten tatuaż na przedramieniu był powodem do dumy.
Mulciber wolał hasło, zamiast okazania znaku, ale jego ręka mimowolnie drgnęła, jak na komendę.
Nienawidził tych tatuaży, tego plugawego piętna permanentnie zlanego z jego skórą; Voldemort mógł nazywać ich swoją armią, mógł mówić, że mroczny znak to sztandar śmierciożerców, a kir żałobny dla ich wrogów, ale Axel mógł myśleć tylko o tym, że zostali oznakowani jak bydło. Nie jak żołnierze - jak skazańcy. Jak na kogoś, kto przywiązywał ogromną wagę do symboli, znaków i przepowiedni, Mulciber z niechęcią odnosił się do jakiejkolwiek performatywnej otoczki pod publiczkę - w tym przypadku tak mrocznej, zakrawającej wręcz o śmieszność przez cały ten patos. Niestety, autonomia była ceną, jaką był zmuszony i skłonny zapłacić, by - w choć niewielkim stopniu, choćby przez chwilę - poczuć znowu euforię.
Pokazał gestem to na parter, to na piętro, kiedy jak cienie wślizgnęli się do środka. Murtagh sugerował, żeby najpierw sprawdzili parter, a Axel zamierzał trzymać się planu. Był czujny, i skupiał całą swoją czakrę na analizowaniu pomieszczenia; jego myśli już pędziły w stronę domowników, licząc na to, że zdoła dostrzec ich przyszłość.
Chociaż nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, co ich czeka.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat