Parę minut wcześniej, skinął głową widząc okazany przez zamaskowaną sylwetkę mroczny znak. On był tutaj przywódcą, to on otrzymał od Czarnego Pana zaszczytne zadanie przeprowadzenia ataku, więc nie widział powodu, żeby sam miał się legitymować. W końcu to również on przywołał na niebo zieloną czaszkę i węża, musiało być oczywiste, że nie zrobiłby tego Auror albo jakiś uczeń dla zabawy. Nie był pewny, czy jego współpracownikiem tego dnia był mężczyzna czy kobieta, nie miało to zresztą dla niego większego znaczenia.
- Zabezpiecz pomieszczenia...- zaczął mówić, kiedy przez drzwi - a raczej otwartą paszczę framugi, która po tychże pozostała - wszedł do domu kolejny osobnik. Murtagh przez chwilę i jego nie rozpoznał, ale zaraz jego twarz rozświetlił uśmiech. Alexander wcale nie zamierzał ukrywać swojej twarzy pod maską, może zresztą miało to sens, w końcu nikt kto ich tej nocy ujrzy nie miał wyjść z tego żywy.
Murtagh sam nie do końca pamiętał, czy zapraszał przyjaciela na dzisiejszy wieczór, czy może ten sam dowiedział się, o tym co się dzieje i postanowił przybyć. Z Axelem tak to już było, już od czasów szkolnych. Wielokrotnie Macmillan wstawał z fotela w Pokoju Wspólnym ślizgonów i ruszał do biblioteki, tylko po to, żeby Mulciber zmaterializował się obok niego gdzieś po drodze, mówiąc "Ja też idę." - bo wiedział już, że obaj będą tego wieczora uczyć się OPCM w bibliotece, jeszcze zanim Murtagh poszedł po niego do wieży krukonów. Często też Axel oznajmiał "Przynieś mi trochę eliksiru nasennego, jak już będziesz w Skrzydle Szpitalnym." na parę godzin przed tym jak Macmillan wdawał się w pojedynek z jakimś gryfonem. Murtagh przyzwyczaił się, że jego przyjaciel po prostu wie rzeczy i nie miało żadnego celu kłócenie się z nim, ani zaprzeczanie jego prekognicjom. Czasem nawet okazywały się przydatne, kiedy mógł zawczasu odrobić lekcje, zanim ktoś niechcący podpalił jego książkę, albo wiedział dokładnie jaki prezent podarować dziewczynie, za którą akurat się uganiał.
Przyjaźń Macmillana i Mulcibera była cicha i niewymagająca - żaden z nich nie oczekiwał od drugiego niczego więcej, poza spokojnym towarzyszeniem w walce z osobistymi demonami. Murtagh nawet przez chwilę miał wrażenie, że czuje do przyjaciela coś więcej... Coś nieokreślonego, co nawet w jego własnych myślach odmawiało przybrania kształtu konkretnego słowa, ale to minęło, kiedy zbliżył się do Diany a potem zakochał się w dziewczynie do szaleństwa.
Wysłuchawszy hasła, Murtagh skinął głową i wskazał na wnętrze salonu. Chwilę później planował tam zawlec dwoje mugoli, żeby łatwiej było manewrować i zrobić im krzywdę. Ufał, że nie musi mówić Axelowi dokładnie na czym jego plan polega, tamten zapewne widział już w głowie co stanie się za kilka chwil i mógł działać zgodnie z tym. Odezwał się więc do drugiego ze swoich towarzyszy.
- Zabezpieczcie dom, nie chcę bandy Aurorów zwalających nam się na łeb. I nałóżcie zaklęcia wyciszające, przydadzą się. - polecił, po czym ruszył w górę po schodach.
Kiedy świst różdżki przeciął powietrze, a Tristan wpadł do swojego domu, Murtagh miał już inne rzeczy na głowie. Tym razem nie zamierzał zaprzątać sobie głowy wywarzaniem drzwi, zamiast tego aportując się w pokoju, co wyglądało trochę jak chmura czarnej mgły, która przeniknęła pod drzwiami, po to aby przybrać postać zamaskowanego mężczyzny, stojąc tuż przy łóżku. Wycelował różdżkę w stronę trzęsącej się z przerażenia kobiety, a jej czubek rozjarzył się czerwoną poświatą.
- Jeśli nie chcesz, żeby twoja żona zdechła tu i teraz, odłóż to.- powiedział do niego zmienionym, niskim głosem. Oczywiście mógłby mężczyznę bez problemu rozbroić, ale bawiło go zmuszanie ich by robili co im rozkaże z własnej woli. Mężczyzna bardzo powoli odłożył miecz na ziemię, wbijając spojrzenie zdeterminowanych, nienawistnych oczu w Śmierciożercę. Tymczasem na parterze...
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London