08.11.2023, 10:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2023, 10:52 przez Brenna Longbottom.)
Brenna faktycznie była w biurze od rana, a niewyspanie odganiała od siebie kawą, którą wypijała w nieprzyzwoitych wręcz ilościach. Po wczorajszym, całym dniu w biurze, spotkała ją "drobna", nocna przygoda w New Forest z Laurentem, po której jeszcze potrzebowała kuracji u kuzynki (Dani zdefiniowała wstrząśnienie mózgu, chociaż i tak najpoważniejsze były obrażenia ręki) i w efekcie spać Brenna położyła się koło drugiej nad ranem. Nie przeszkodziło jej to jednak przed pojawieniem się w biurze na siódmą - chociaż usiedzenie za biurkiem było wybitnie trudne. Niestety, nie mogła zająć się sprawą Cane'a, bo wiedziała, że śledztwo przejmą aurorzy. Irytowało ją to. Jeszcze bardziej irytowało ją to, że prawą rękę wciąż miała owiniętą bandażem po tym, jak kości losu wskazały wynik jeden ta zalała się krwią po nieudanym zaklęciu.
Na sińce, które znikały już pod ubraniem, nie zwracała uwagi, skaleczenia na dłoniach i twarzy, gojące się powoli po drugiej porcji eliksiru, nie były żadnym problemem, ale wybitnie wkurzało ją, że ręka jeszcze nie wróciła do stu procent sprawności i spowalniała jej pracę.
Z samego rana wpadła do biura Departamentu Tajemnic, tak na wszelki wypadek. Dowiedzieć się, czy informacje o wypadku dotarły do Bulstrodów, szefujących w wydziale i spytać, jak miewa się nieszczęsny Niewymowny. Żadnych istotnych informacji oczywiście nie dostała, ale przynajmniej wiedziała, że wszystkich procedur dopełniono. Później - z racji na to, że z wycieczką na Nokturn wolała się wstrzymać do trzeciej porcji eliksiru, tak by dłoń pracowała już normalnie, kiedy się tam wpakuje - zajmowała się nadrobieniem roboty papierkowej. A koło południa przemknęła na górne piętra, by prośbą, groźbą i przekupstwem wyciągnąć parę papierów z innego departamentu.
I pewnie nawet przez sekundę nie pomyślałaby już tego dnia po wizycie w Departamencie Tajemnic o Lestrangu, gdyby nie natknęła się na niego w windzie.
Rodolphus Lestrange bez wątpienia był trochę dziwny i dało się to wyczuć przy ich pierwszej rozmowie. Brenna nie powinna rzucać tutaj kamieniem, bo wiele ludzi uznawało za dziwną ją, a poza tym miała wśród znajomych różne specyficzne jednostki. To jednak w połączeniu z faktem, że należał do jednej z najbardziej konserwatywnych rodów czystej krwi, i zaręczony był z przedstawicielką Blacków - którzy pod względem konserwatyzmu rywalizowali chyba tylko z Borginami, Rookwoodami i Malfoyami – wzbudzało instynktowną ostrożność. Między innymi dlatego odesłała mu ten prezent, chociaż splatały się na to i inne czynniki – jak to, że nigdy nie przyjmowała takich podarunków od obcych i w ogóle nie przyjmowała żadnych podarunków w pracy, bo mogły faktycznie zostać uznane za łapówkę.
Tyle że pewna ostrożność nijak nie zmieniała jej stylu bycia. I dlatego przywitała go mniej więcej tak, jak przywitałaby dowolną inną osobę na jego miejscu.
- Cześć - przywitała się. - A, to... - odruchowo uniosła dłoń do twarzy, gdzie zadrapania po tym momencie, w którym została wrzucona w krzaki i stoczyła się do dołu, powoli zanikały pod wpływem wigginowego. - Drobny wypadek podczas wieczornego spaceru w lesie, za parę godzin nie będzie po tym śladu, czasem nie patrzę, gdzie chodzę – oświadczyła z uśmiechem. W zależności od punktu widzenia, było to bezczelnego kłamstwo (bo przecież oberwała zaklęciami) albo sama prawda (bo przecież naprawdę do wszystkiego doszło w nocy w lesie). - Potrzebujesz czegoś? Mam nadzieję, że nie okazało się, że jednak pan Niewymowny nie oberwał w wyniku eksperymentu, a tak naprawdę został niecnie zaatakowany gdzieś na korytarzach Ministerstwa i teraz chcesz to zgłosić? Bo jeśli tak, mam dzisiaj na rozwiązanie tej zagadki całe... eee, dziesięć minut - oceniła, zerkając na zegarek. Rzecz jasna plotła, bo jednak szczerze wątpiła, aby doszło do takiego ataku, a wieści o tym nie rozeszły się jeszcze po całym Ministerstwie. Ale lubiła pleść i wolała przekierować rozmowę na inne tory niż jej skaleczenia. - Więc proszę o bardzo, bardzo szybkie streszczenie.
Na sińce, które znikały już pod ubraniem, nie zwracała uwagi, skaleczenia na dłoniach i twarzy, gojące się powoli po drugiej porcji eliksiru, nie były żadnym problemem, ale wybitnie wkurzało ją, że ręka jeszcze nie wróciła do stu procent sprawności i spowalniała jej pracę.
Z samego rana wpadła do biura Departamentu Tajemnic, tak na wszelki wypadek. Dowiedzieć się, czy informacje o wypadku dotarły do Bulstrodów, szefujących w wydziale i spytać, jak miewa się nieszczęsny Niewymowny. Żadnych istotnych informacji oczywiście nie dostała, ale przynajmniej wiedziała, że wszystkich procedur dopełniono. Później - z racji na to, że z wycieczką na Nokturn wolała się wstrzymać do trzeciej porcji eliksiru, tak by dłoń pracowała już normalnie, kiedy się tam wpakuje - zajmowała się nadrobieniem roboty papierkowej. A koło południa przemknęła na górne piętra, by prośbą, groźbą i przekupstwem wyciągnąć parę papierów z innego departamentu.
I pewnie nawet przez sekundę nie pomyślałaby już tego dnia po wizycie w Departamencie Tajemnic o Lestrangu, gdyby nie natknęła się na niego w windzie.
Rodolphus Lestrange bez wątpienia był trochę dziwny i dało się to wyczuć przy ich pierwszej rozmowie. Brenna nie powinna rzucać tutaj kamieniem, bo wiele ludzi uznawało za dziwną ją, a poza tym miała wśród znajomych różne specyficzne jednostki. To jednak w połączeniu z faktem, że należał do jednej z najbardziej konserwatywnych rodów czystej krwi, i zaręczony był z przedstawicielką Blacków - którzy pod względem konserwatyzmu rywalizowali chyba tylko z Borginami, Rookwoodami i Malfoyami – wzbudzało instynktowną ostrożność. Między innymi dlatego odesłała mu ten prezent, chociaż splatały się na to i inne czynniki – jak to, że nigdy nie przyjmowała takich podarunków od obcych i w ogóle nie przyjmowała żadnych podarunków w pracy, bo mogły faktycznie zostać uznane za łapówkę.
Tyle że pewna ostrożność nijak nie zmieniała jej stylu bycia. I dlatego przywitała go mniej więcej tak, jak przywitałaby dowolną inną osobę na jego miejscu.
- Cześć - przywitała się. - A, to... - odruchowo uniosła dłoń do twarzy, gdzie zadrapania po tym momencie, w którym została wrzucona w krzaki i stoczyła się do dołu, powoli zanikały pod wpływem wigginowego. - Drobny wypadek podczas wieczornego spaceru w lesie, za parę godzin nie będzie po tym śladu, czasem nie patrzę, gdzie chodzę – oświadczyła z uśmiechem. W zależności od punktu widzenia, było to bezczelnego kłamstwo (bo przecież oberwała zaklęciami) albo sama prawda (bo przecież naprawdę do wszystkiego doszło w nocy w lesie). - Potrzebujesz czegoś? Mam nadzieję, że nie okazało się, że jednak pan Niewymowny nie oberwał w wyniku eksperymentu, a tak naprawdę został niecnie zaatakowany gdzieś na korytarzach Ministerstwa i teraz chcesz to zgłosić? Bo jeśli tak, mam dzisiaj na rozwiązanie tej zagadki całe... eee, dziesięć minut - oceniła, zerkając na zegarek. Rzecz jasna plotła, bo jednak szczerze wątpiła, aby doszło do takiego ataku, a wieści o tym nie rozeszły się jeszcze po całym Ministerstwie. Ale lubiła pleść i wolała przekierować rozmowę na inne tory niż jej skaleczenia. - Więc proszę o bardzo, bardzo szybkie streszczenie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.