08.11.2023, 11:44 ✶
W sytuacjach zagrożenia Brenna działała szybko, nie zawsze mądrze i polegała na instynkcie... i dotąd jakoś przeżywała, chociaż wiedziała doskonale, że kiedyś szczęście ją opuści. W istocie jednak była tą osobą, która na informację o tym, że brat może być przeklęty, wysyłała mu kilkunasto punktową listę planów na zdjęcie klątwy i odszukanie jej autora, a na biurku układała mu kilka załączników wraz z ich spisem.
Tyle że bardzo pasowało jej, że od tej strony znało ją zaledwie kilka osób.
- Tak, niecnie atakujące krzaki, zupełnie niewidoczne w mroku dziury, i takie tam, niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, jeżyny na przykład, kiedy już zewrą szeregi, mogą być wręcz śmiertelną pułapką - przytaknęła Brenna. Wprawdzie Laurent miał zamiar zgłosić małą potyczkę, do której doszło w New Forest, ale ona wątpiła, by Biuro Aurorów dostarczało raporty na takie tematy akurat do Lestrange'a. Poza tym... tak jak on nie mógł mówić o swojej pracy, tak i ona niekoniecznie musiała chcieć opowiadać o swojej. I tak, doskonale znała "zasady" Departamentu Tajemnic. Nie bez powodu pracowników nazywano Niewymownymi. Nie wydawała się więc ani trochę zirytowana wymijającą odpowiedzią i nie zamierzała drążyć tematu.
Zmarszczyła na moment brwi, kiedy wepchnął jej w ręce papierową torbę. Ujęła ją odruchowo lewą ręką. Nie, nie pomyślała, że postanowił ją otruć. Bywało paranoiczką po tym kątem, i dlatego podczas wizyty u Eunice Malfoy prosiła o wodę, nie herbatę, a Alethei Crouch uprzejmie odmawiała ciasteczek, ale nikt o zdrowych zmysłach nie robiłby czegoś takiego w Ministerstwie Magii. Za duże ryzyko. Chodziło raczej o to, że od razu dało się zrozumieć, że spotkanie jednak nie było przypadkowe. A chociaż Brennie za żadne skarby nie wpadłoby do głowy, że na tyle zapadła mu w pamięć, by postanowił regularnie dręczyć właśnie ją ze wszystkich ludzi w Ministerstwie, to i tak zastanowiła się, czy wynikało to z tego, że chciał uchodzić za uprzejmego człowieka, czy może coś knuł.
Zwłaszcza że - dlaczego miałby podejrzewać ją o aż taką paranoję?
- Ależ dlaczego miałabym podejrzewać o chęć trucia mnie kolegę z pracy? To znaczy, gdybyś jeszcze siedział przy sąsiednim biurku, to wtedy rzeczywiście, mógłbyś snuć takie fantazje, żeby wreszcie mnie uciszyć i pewnego dnia wreszcie doprowadzony do ostateczności im ulec, ale praca na niższych piętrach skutecznie cię przed tym chroni - zapewniła lekko, jakby myśli o żadnych truciznach nigdy nie postały jej w głowie. - Bez przesady, po Beltane wszyscy w Ministerstwie mają bałagan, tak już bywa, jestem pewna, że w Departamencie Tajemnic po tych całych słońcach i księżycach na niebie też jesteście zajęci, a Brygada nie pracuje przecież w kamieniołomach - stwierdziła tym samym, swobodnym tonem, bo ani myślała narzekać na nadmiar pracy. W gruncie rzeczy miała jej dużo głównie dlatego, że była nadaktywna. I na pewno nigdy w życiu nie czuła się niedoceniana. - Obawiam się, że zapomnienie o wypiciu kawy naprawdę mi nie grozi, w moich żyłach płynie już chyba więcej kofeiny niż krwi. Dzisiaj na przykład wypiłam trzy kawy, więc gdybym jeszcze sięgnęła po tę, zaraz zaczęłabym biegać po ścianach, także... naprawdę nie trzeba, tobie przyda się bardziej - zapewniła, wyciągając w jego stronę kubek.
Tyle że bardzo pasowało jej, że od tej strony znało ją zaledwie kilka osób.
- Tak, niecnie atakujące krzaki, zupełnie niewidoczne w mroku dziury, i takie tam, niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, jeżyny na przykład, kiedy już zewrą szeregi, mogą być wręcz śmiertelną pułapką - przytaknęła Brenna. Wprawdzie Laurent miał zamiar zgłosić małą potyczkę, do której doszło w New Forest, ale ona wątpiła, by Biuro Aurorów dostarczało raporty na takie tematy akurat do Lestrange'a. Poza tym... tak jak on nie mógł mówić o swojej pracy, tak i ona niekoniecznie musiała chcieć opowiadać o swojej. I tak, doskonale znała "zasady" Departamentu Tajemnic. Nie bez powodu pracowników nazywano Niewymownymi. Nie wydawała się więc ani trochę zirytowana wymijającą odpowiedzią i nie zamierzała drążyć tematu.
Zmarszczyła na moment brwi, kiedy wepchnął jej w ręce papierową torbę. Ujęła ją odruchowo lewą ręką. Nie, nie pomyślała, że postanowił ją otruć. Bywało paranoiczką po tym kątem, i dlatego podczas wizyty u Eunice Malfoy prosiła o wodę, nie herbatę, a Alethei Crouch uprzejmie odmawiała ciasteczek, ale nikt o zdrowych zmysłach nie robiłby czegoś takiego w Ministerstwie Magii. Za duże ryzyko. Chodziło raczej o to, że od razu dało się zrozumieć, że spotkanie jednak nie było przypadkowe. A chociaż Brennie za żadne skarby nie wpadłoby do głowy, że na tyle zapadła mu w pamięć, by postanowił regularnie dręczyć właśnie ją ze wszystkich ludzi w Ministerstwie, to i tak zastanowiła się, czy wynikało to z tego, że chciał uchodzić za uprzejmego człowieka, czy może coś knuł.
Zwłaszcza że - dlaczego miałby podejrzewać ją o aż taką paranoję?
- Ależ dlaczego miałabym podejrzewać o chęć trucia mnie kolegę z pracy? To znaczy, gdybyś jeszcze siedział przy sąsiednim biurku, to wtedy rzeczywiście, mógłbyś snuć takie fantazje, żeby wreszcie mnie uciszyć i pewnego dnia wreszcie doprowadzony do ostateczności im ulec, ale praca na niższych piętrach skutecznie cię przed tym chroni - zapewniła lekko, jakby myśli o żadnych truciznach nigdy nie postały jej w głowie. - Bez przesady, po Beltane wszyscy w Ministerstwie mają bałagan, tak już bywa, jestem pewna, że w Departamencie Tajemnic po tych całych słońcach i księżycach na niebie też jesteście zajęci, a Brygada nie pracuje przecież w kamieniołomach - stwierdziła tym samym, swobodnym tonem, bo ani myślała narzekać na nadmiar pracy. W gruncie rzeczy miała jej dużo głównie dlatego, że była nadaktywna. I na pewno nigdy w życiu nie czuła się niedoceniana. - Obawiam się, że zapomnienie o wypiciu kawy naprawdę mi nie grozi, w moich żyłach płynie już chyba więcej kofeiny niż krwi. Dzisiaj na przykład wypiłam trzy kawy, więc gdybym jeszcze sięgnęła po tę, zaraz zaczęłabym biegać po ścianach, także... naprawdę nie trzeba, tobie przyda się bardziej - zapewniła, wyciągając w jego stronę kubek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.