08.11.2023, 13:23 ✶
- Ależ nie myślałam tak ani przez chwilę. Ale zgodzisz się chyba ze mną, że ktoś mógłby tak uznać, prawda? Nie wypada przyjmować prezentów w pracy, zwłaszcza jeśli można tym złamać serce swojemu biednemu ojcu na wieki wieków - zapewniła, i cóż, może mówiła szczerze, może nie. Do mistrzyń kłamstwa nie należała - raczej do mistrzyń półprawd i odwracania uwagi, bo najbzdurniejsze historyjki i potok słów czasem zaciemniały prawdę skuteczniej niż milczenie - ale to akurat nie było jakieś wielkie, łgarstwo, wymagające szczególnych umiejętności oszukiwania.
- Przejrzałeś mnie, czuję się mało doceniona, jeżeli nie biega za mną po korytarzach codziennie najmniej dziesięć osób, które koniecznie chcą wyrazić swoje podziękowania. Za to, że podstawiłam nogę komuś, kto biegał sobie prawie nago po Ministerstwie na przykład. Jak się domyśliłeś? Dotąd nikt tego nie odgadł - zakpiła. Jeżeli Rodolphus lubił się bawić czarownicami, zasiewając w ich głowie jakieś nadzieje, tylko po to, by potem brutalnie je zniszczyć, bo oczy miał tylko dla Bellatrix... to tutaj na żadną zabawę tego typu nie miał szans. Myśli Brenny po prostu nie biegały w taką stronę, niezależnie od tego, z kim rozmawiała, bo pod pewnymi względami była absolutnym tłukiem. Chłopcy zawsze traktowali ją albo jak irytującą istotę, której trzeba unikać albo... nawet nie jak koleżankę, a jak na świetnego "kumpla". W dodatku obracała się zawsze w otoczeniu dziewcząt pod każdym względem ciekawszych niż ona. Nie wpadłoby jej do głowy, że ktoś mógłby coś sugerować na poważnie, a gdyby nie pieśń pewnej morskiej istoty i magia Beltane pewnie nigdy nawet nie pomyślałaby o żadnym mężczyźnie inaczej niż o koledze.
- Przyjęłam już podziękowania. "Dziękuję" zwykle naprawdę wystarczy, a tutaj nie ma za co być wdzięcznym, tak jakby za to dostaję co miesiąc pensję - dodała już poważniej. Nie próbowała już wpychać mu tej kawy i pączków, bo byłoby to trochę śmieszne, a łatwo było dostrzec: Lestrange lubił stawiać na swoim. Lepiej było pozwolić mu odnieść taki nic nie znaczący sukces i zapomnieć o całej sprawie niż tylko zachęcać go do dalszego uporu. Ni cholery nie ustąpiłaby w przypadku biżuterii, ale jeśli szło o kawę... Nie musiała niczego udowadniać, a uznała, że jeżeli po prostu ją przyjmie, on szybciej się znudzi.
- Czyli że ja mam wyjść, a ty będziesz jeździł tą windą w tę i z powrotem, póki sobie nie pójdę? Chcesz potem się komuś poskarżyć, jak uzna to za dziwne, że to moja sprawka, co? "Codzienny Biuletyn Informacyjny Ministerstwa Magii, Detektyw Brygady Brenna L. uwięziła w windzie pracownika Departamentu Tajemnic" - rzuciła, bo nie zamierzała przecież wygłupiać się w ten sposób. Przywitała się z aurorami i skierowała na nich na moment spojrzenie, zastanawiając się, czy ich stres wynika z tego, że właśnie wezwano ich na dywanik w sprawie źle postawionych przecinkach w raportach, czy też znowu coś się stało. Gdyby nie było tu Lestrange'a, może nawet spróbowałaby podpytać, ale przy nim wolała tego nie robić, poza tym fakt, że mężczyźni odwrócili się plecami, wskazywał, że nie chcą być zaczepiani, umilkła więc po prostu, póki winda nie zatrzymała się na właściwym piętrze.
- Przejrzałeś mnie, czuję się mało doceniona, jeżeli nie biega za mną po korytarzach codziennie najmniej dziesięć osób, które koniecznie chcą wyrazić swoje podziękowania. Za to, że podstawiłam nogę komuś, kto biegał sobie prawie nago po Ministerstwie na przykład. Jak się domyśliłeś? Dotąd nikt tego nie odgadł - zakpiła. Jeżeli Rodolphus lubił się bawić czarownicami, zasiewając w ich głowie jakieś nadzieje, tylko po to, by potem brutalnie je zniszczyć, bo oczy miał tylko dla Bellatrix... to tutaj na żadną zabawę tego typu nie miał szans. Myśli Brenny po prostu nie biegały w taką stronę, niezależnie od tego, z kim rozmawiała, bo pod pewnymi względami była absolutnym tłukiem. Chłopcy zawsze traktowali ją albo jak irytującą istotę, której trzeba unikać albo... nawet nie jak koleżankę, a jak na świetnego "kumpla". W dodatku obracała się zawsze w otoczeniu dziewcząt pod każdym względem ciekawszych niż ona. Nie wpadłoby jej do głowy, że ktoś mógłby coś sugerować na poważnie, a gdyby nie pieśń pewnej morskiej istoty i magia Beltane pewnie nigdy nawet nie pomyślałaby o żadnym mężczyźnie inaczej niż o koledze.
- Przyjęłam już podziękowania. "Dziękuję" zwykle naprawdę wystarczy, a tutaj nie ma za co być wdzięcznym, tak jakby za to dostaję co miesiąc pensję - dodała już poważniej. Nie próbowała już wpychać mu tej kawy i pączków, bo byłoby to trochę śmieszne, a łatwo było dostrzec: Lestrange lubił stawiać na swoim. Lepiej było pozwolić mu odnieść taki nic nie znaczący sukces i zapomnieć o całej sprawie niż tylko zachęcać go do dalszego uporu. Ni cholery nie ustąpiłaby w przypadku biżuterii, ale jeśli szło o kawę... Nie musiała niczego udowadniać, a uznała, że jeżeli po prostu ją przyjmie, on szybciej się znudzi.
- Czyli że ja mam wyjść, a ty będziesz jeździł tą windą w tę i z powrotem, póki sobie nie pójdę? Chcesz potem się komuś poskarżyć, jak uzna to za dziwne, że to moja sprawka, co? "Codzienny Biuletyn Informacyjny Ministerstwa Magii, Detektyw Brygady Brenna L. uwięziła w windzie pracownika Departamentu Tajemnic" - rzuciła, bo nie zamierzała przecież wygłupiać się w ten sposób. Przywitała się z aurorami i skierowała na nich na moment spojrzenie, zastanawiając się, czy ich stres wynika z tego, że właśnie wezwano ich na dywanik w sprawie źle postawionych przecinkach w raportach, czy też znowu coś się stało. Gdyby nie było tu Lestrange'a, może nawet spróbowałaby podpytać, ale przy nim wolała tego nie robić, poza tym fakt, że mężczyźni odwrócili się plecami, wskazywał, że nie chcą być zaczepiani, umilkła więc po prostu, póki winda nie zatrzymała się na właściwym piętrze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.