08.11.2023, 16:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2023, 21:20 przez Olivia Quirke.)
Olivia nie zamierzała go atakować. Gdy tylko poczuła jego zapach i zmrużyła oczy od razu wiedziała, że stoi przed nią prawdziwy Laurent. Podał jej różdżkę, ale nie chciał, żeby wstała. Olivia zmarszczyła brwi. O co mu chodziło? Dlaczego nie mógł po prostu jak człowiek pozwolić jej wstać, przejść tych kilku kroków i... zrobić cokolwiek, bo sama jeszcze nie wiedziała, co zrobi gdy stanie pewnie na nogach.
- Nie, nie potrzebuję pomocy. Mogę chodzić i dam radę, przecież was z tym wszystkim nie zostawię... Z nim was nie zostawię - nie miała zamiaru dać się spławić po raz drugi. Już jej pokazał, że lepiej żeby trzymała się od tej sprawy z daleka i mimo że miał rację, to chciała dokończyć to, co zaczęła. - To tylko żebra.
Pewnie wzruszyłaby ramionami, gdyby nie wiedziała, że spowoduje to kolejną salwę bólu. Ale Laurent jej nie słuchał. Poczuła, że zaczyna się denerwować. Na przekór wszystkiemu więc wstała, opierając się o drzewo i jego samego, i machnęła na Alexandra wolną ręką, by dał jej spokój. Poczuła przypływ energii, którą oddał jej mężczyzna. Na swoje nieszczęście chyba, bo ruda wydawała się zła. Nie będzie jej mówił, co ma robić - pierścionka na swoim palcu nie widziała. A nawet gdyby tam jakiś był, to też nie mógłby jej zmusić, ot co. - Pozwól, że nie ty będziesz decydować o tym, czy pójdę do szpitala, czy nie, dobrze?
Burknęła oskarżycielsko, sięgając do kieszeni kurtki. Wyciągnęła paczkę papierosów i odpaliła jednego mugolską zapalniczką. Zaciągnęła się mocno, pozwalając, by gryzący dym wypełnił jej płuca. Spojrzała jeszcze na Alexandra. Biedny był, nie wiedział co tu się działo i jeszcze dostawał sprzeczne sygnały. Olivia westchnęła ciężko, mając ochotę trzepnąć Laurenta w głowę, tak dla zasady. Za to że sam mieszał w jej głowie.
- Dziękuję, ale nie, poradzę sobie. Pójdę do ojca, żeby powiedzieć mu co się stało. Ktoś musi powiadomić brygadzistów, a im wcześniej, tym lepiej - była zła, ale nie potrafiła burczeć na biednego mężczyznę. Uśmiechnęła się do niego nawet słabo, dając znak ręką, by wrócił do wozu. - Zajmij się lepiej hipogryfami, to one są tu najważniejsze, pamiętasz?
A potem zrobiła kilka kroków, by koncertowo złożyć się w pół, jak harmonijka. Po prostu padła jak domek z kart, najpierw przestały działać nogi, potem ręce, a na końcu kręgosłup zgiął się bezwiednie i wylądowała na ziemi. Odpalony papieros wypadł z jej dłoni w zupełnej ciszy, a Olivię spowiła ciemność, zupełnie jakby ktoś jej odciął prąd.
Stało się - chcąc uniknąć wojny, została w nią wplatana. Oberwała od śmierciożercy, zwolennika Voldemorta, który razem ze swoimi kompanami miał za zadanie najpierw zniszczyć całą hodowlę Abby'ego, a potem jego samego, jako że był nieczystej krwi. Dobrze, że na miejscu byli inni - mogłoby się skończyć gorzej niż połamanymi żebrami.
- Nie, nie potrzebuję pomocy. Mogę chodzić i dam radę, przecież was z tym wszystkim nie zostawię... Z nim was nie zostawię - nie miała zamiaru dać się spławić po raz drugi. Już jej pokazał, że lepiej żeby trzymała się od tej sprawy z daleka i mimo że miał rację, to chciała dokończyć to, co zaczęła. - To tylko żebra.
Pewnie wzruszyłaby ramionami, gdyby nie wiedziała, że spowoduje to kolejną salwę bólu. Ale Laurent jej nie słuchał. Poczuła, że zaczyna się denerwować. Na przekór wszystkiemu więc wstała, opierając się o drzewo i jego samego, i machnęła na Alexandra wolną ręką, by dał jej spokój. Poczuła przypływ energii, którą oddał jej mężczyzna. Na swoje nieszczęście chyba, bo ruda wydawała się zła. Nie będzie jej mówił, co ma robić - pierścionka na swoim palcu nie widziała. A nawet gdyby tam jakiś był, to też nie mógłby jej zmusić, ot co. - Pozwól, że nie ty będziesz decydować o tym, czy pójdę do szpitala, czy nie, dobrze?
Burknęła oskarżycielsko, sięgając do kieszeni kurtki. Wyciągnęła paczkę papierosów i odpaliła jednego mugolską zapalniczką. Zaciągnęła się mocno, pozwalając, by gryzący dym wypełnił jej płuca. Spojrzała jeszcze na Alexandra. Biedny był, nie wiedział co tu się działo i jeszcze dostawał sprzeczne sygnały. Olivia westchnęła ciężko, mając ochotę trzepnąć Laurenta w głowę, tak dla zasady. Za to że sam mieszał w jej głowie.
- Dziękuję, ale nie, poradzę sobie. Pójdę do ojca, żeby powiedzieć mu co się stało. Ktoś musi powiadomić brygadzistów, a im wcześniej, tym lepiej - była zła, ale nie potrafiła burczeć na biednego mężczyznę. Uśmiechnęła się do niego nawet słabo, dając znak ręką, by wrócił do wozu. - Zajmij się lepiej hipogryfami, to one są tu najważniejsze, pamiętasz?
A potem zrobiła kilka kroków, by koncertowo złożyć się w pół, jak harmonijka. Po prostu padła jak domek z kart, najpierw przestały działać nogi, potem ręce, a na końcu kręgosłup zgiął się bezwiednie i wylądowała na ziemi. Odpalony papieros wypadł z jej dłoni w zupełnej ciszy, a Olivię spowiła ciemność, zupełnie jakby ktoś jej odciął prąd.
Stało się - chcąc uniknąć wojny, została w nią wplatana. Oberwała od śmierciożercy, zwolennika Voldemorta, który razem ze swoimi kompanami miał za zadanie najpierw zniszczyć całą hodowlę Abby'ego, a potem jego samego, jako że był nieczystej krwi. Dobrze, że na miejscu byli inni - mogłoby się skończyć gorzej niż połamanymi żebrami.
Koniec sesji