Dobrze, że udało im się wymsknąć od tego ożywionego stwora, wszak mogłoby być nieciekawie. Dotarli na górę w trochę powiększonym składzie, niż pierwotnie tam zeszli ale nie było z tym najmniejszego problemu. Grunt, że nikomu nic się nie stało... a na pewno nie powierzchownie. Nie na pierwszy rzut oka - nikt przecież nie był w stanie oszacować strat psychologicznych wszystkich uczestników tej wyprawy.
W tym całym chaosie i harmiderze, Stanley dostrzegł pierwszego kapitana, tego samego z którym przecież jeszcze jakiś czas temu pracował... chociaż czy to przypadkiem nie było kilkanaście lat, a może nawet całe wcielenie? Mógłby przysiąść, że wpatrywali się w siebie wzajemnie przez dłuższą chwilę ale nadszedł czas na ich dwójkę - Borgin musiał się ewakuować, a kapitan odejść w zapomnienie. Kiwnął głową ni to do siebie, ni to w kierunku swojego byłego przełożonego i trwałby tak dalej w tym stanie gdyby nie krzyk kuzynki, który szybko sprowadził go na ziemię.
Tym razem kiwnął porozumiewawczo do Geraldine, dając jej znak, że zrozumiał. Tutaj pojawiał się jeden problem - Tosiek nie potrafił się teleportować, a on nie miał zamiaru go zostawiać na pastwę losu. O ile młodszy Borgin miał zapędy do samozniszczenia i podejmowania głupich decyzji (nie to żeby starszy nie miał...) wierzył, że ten da rade i nie będzie zgrywał bohatera. Nie zmieniło to jednak faktu, że wysłuchał go we względnym spokoju - Też się zaraz zmywaj. Rozumiemy się? - zapytał, a wręcz upewnił się i uniósł swoją różdżkę do góry aby przenieść się na brzeg. Stanley liczył, że za kilka chwil spotka się wraz z kuzynem na brzegu w dużo bezpieczniejszym miejscu.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972