08.11.2023, 21:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:49 przez Lorraine Malfoy.)
STACH i Sauriel troszke:
- Słodzę tylko dlatego, że tak cię lubię, panie kapitanie. – Przebywanie z Saurielem Rookwoodem sam na sam, oprócz tego, że zadowalało jej masochistyczne tendencje, spowodowało, że sama złapała się na głupim nawyku używania w głowie głupich przydomków, jakie wymyślał. No ale skoro już się uparli na ten żart o matce chrzestnej, nie dość, że musiała dobrze wejść w przypisaną jej rolę, to i widać skoro weszła między druzgotki, musiała pizgać tak jak one. – I powiedz mi, proszę, że masz jakieś stare pianino schowane w tej budzie, co to za lokal bez muzyki – poprosiła słodko na odchodnym, jak przystało na roszczeniową księżniczkę slumsów.
MAEVE:
A skoro już o księżniczkach mowa, Maeve dalej rościła sobie prawa tytularne do jej serca, i Lorraine nie mogła z tym nic zrobić, bo kiedy kobieta pociągnęła ją trochę za włosy (kink), momentalnie wypadło jej z głowy, że przecież obiecała się bardziej kontrolować w obecności Changówny. Co do głupich przydomków, przypomniała sobie za to, nawiasem mówiąc, że sama niedawno nazywała Maeve chińskim ogniomiotem, kiedy ostatnio się sprzeczały. I to tylko po części dlatego, że tamta potrafiła być bardziej porywcza niż dziki smok. W obecności Malfoy nie pluła ogniem – tylko słodkimi słówkami, chociaż w ostatniego Sylwestra popisywała się, że potrafi plunąć i trafić BUMowcowi w oko z kilkudziesięciu metrów, kiedy akurat jakiś przechodził pod balkonem, z którego obserwowały razem fajerwerki… – ale jakimś cudem zdołała spopielić wszystkie zabezpieczenia, jakimi Lorraine obwarowała swoje serce.
- Najdroższa, twoja babcia zapomniała, że całując wilę w usta, budzisz ammit między jej nogami. A ja bardzo nie chciałabym, żebyś została pożarta przez tego apokaliptycznego potwora razem z resztą świata. – Powstrzymała się od dodania, że na epicentrum ewentualnej apokalipsy bardziej pasowałaby sypialnia Maeve niż nowiutka melina Stanisława. Zastanawiała się, ile nowych kwiatków przybyło tam od czasu jej ostatniej wizyty, i zanotowała w myślach, żeby sprawić Changównie jakiegoś badyla przy następnej okazji, skoro jest teraz trochę przy kasie.
NICHOLAS:
Po tym jak mężczyzna złapał rzucony przez nią odświeżacz powietrza, pozwoliła ucałować Nicholasowi swoją dłoń – bo ściskać ręce mężczyznom, to ściskała tylko wtedy, kiedy oferowali jej poważny biznes, który musiała przyklepać przysięgą wieczystą… a nie w sytuacjach towarzyskich; tak ją mama wychowała!! – a jej wystudiowana twarz nawet nie drgnęła, kiedy dotarło do niej nazwisko mężczyzny. Kiedy jeszcze była młodsza i częściej mogła gościć na uroczystościach organizowanych przez śmietankę towarzyską, bo to jakieś kuzynostwo się zlitowało nad Mirandą Malfoy i zaprosiło ją i jej córkę z resztą rodziny, zawsze unikała potomków Yaxleyów. Krążyły plotki, że potrafią oni wyczuć magiczne stworzenia z kilku mil, a chociaż Lorraine była wypachniona swoimi perfumami, być może jakaś nuta siarki zdradzała, że jest pół-demonem… Ale minęły te czasy, kiedy jej matka zamartwiała się, że ktoś mógłby odkryć jej prawdziwe pochodzenie – głównie dlatego, że nie żyła – a i Lorraine nauczyła się to akceptować, choć nie chwaliła się tym wcale. W tym gronie tylko Maeve wiedziała, że Lorraine jest półwilą. Malfoy zastanawiała się tylko, skąd Sauriel wytrzasnął tego wikinga… Na wszelki wypadek DYSKRETNIE wytarła pocałowaną dłoń o sukienkę.
BELLA i Sauriel troszke:
…A i stojącej obok Bellatrix – mrocznej dzierlatki z pięknymi, głębokimi oczami i burzą czarnych loków – nie spodziewała się tutaj ujrzeć. Nie z jej dumnym nazwiskiem i nieskazitelnym pochodzeniem – Lorraine miała wrażenie, że znała drzewa genealogiczne większości rodzin czystej krwi lepiej, aniżeli niektórzy z ich dumnych przedstawicieli; dlatego też niemal od razu potrafiła przypisać twarz Belli do odpowiedniego imienia – i choć pozwoliła sobie obdarzyć młodszą kobietę łaskawym uśmiechem, mogła myśleć tylko o jednym: chyba się zgubiłaś, księżniczko. Podobnie zdarzało jej się myśleć o Lorettcie Lestrange, kiedy ta informowała ją o kolejnym mrocznym kochanku, który zmieniał jej życie w piekło… Gdyby nie zaborczość Rookwooda wobec pewnej panny z rodu Lestrange – żony czy tam w końcu narzeczonej, bo jak przystało na kawalera czystej krwi, miał problemy z określeniem się w tej materii – Lorraine pomyślałaby, że Sauriel zwyczajnie zaczął bajerować młodsze, i biorąc pod uwagę urodę Blackówny powiedziałaby nawet good for him, równoważąc to w odpowiednim momencie złośliwym przytykiem o robieniu kariery na Nokturnie przez łóżko…
Sama Lorraine gościła w annałach Nokturnu jeszcze gówniarą będąc, bo miała zjebane życie, i kiedy widziała takich jebanych bogaczy... Widziała w nich TYLKO potencjalnych klientów – których mogła oszukać, podając horrendalne ceny za oddane im usługi (tak samo jak w Hogwarcie, kiedy ojebywała na pieniądze bananowe dzieciaki) – nie zaś... współpracowników.
Ale czego się kurwa nie robi, żeby osiągnąć wielkość.
dla wszystkich UFFFF:
Zajęła swoje miejsce w loży mrocznych kamratów i słuchała. Bo swego czasu Lorraine często gościła na spotkaniach klubu „Muza”, ale nawet podczas przesyconych oparami absyntu i zaprawnych twórczym szałem posiedzeń artystycznej bohemy, gdzie zapaleni aktorzy prześcigiwali się w interpretacjach klasycznych tekstów a wielcy pisarze wyrywali się jeden przez drugiego, by odczytać na głos fragmenty swych poematów, nie spotkała drugiego takiego mówcy jak Stanley Andrew Borgin.
Staszek mógłby wywrzeć na Lorraine większe wrażenie chyba tylko wtedy, gdyby nagle stanął na środku i oznajmił, że cała ta farsa to rzeczywiście ministerialna pułapka na wszystkich złoczyńców tego świata, stojący po jego prawicy Sauriel Rookwood to tak naprawdę profesor Wilczur Kocur, a już po tym, jak zostaną przesłuchani przez wielmożów Wizengamotu, zaprasza całe towarzystwo na swój ślub z Brenną Longbottom… Jednak ta krew Mulciberów musiała w nim żwawo płynąć, bo mógłby być z niego fest władca umysłu, czy jak tam ich nazywali.
Porwana jego krasomówstwem, nie ośmieliła się zakłócać mężczyźnie pięknego solilokwium, choć nie mogła się powstrzymać od posłania lepkiego spojrzenia Maeve, kiedy wspomniał o udziałach Changów, i znaczącego uśmieszku w stronę Rookwooda, który nie omieszkał oczywiście się w zawoalowany sposób pochwalić, jak to roznieśli w proch monopol Elddira. Borgin zaczął czarować wszystkich wizjami o stworzeniu poważnej grupy przestępczej. I kto tutaj był świętym Mikołajem – na pewno nie Lorraine, nie, kiedy Yaxley wybałuszał na Stanleya swoje wodniste oczy, jakby chciał usiąść mu na kolankach i prosić o różdżkę, która sama rzuca cruciatusa, czy coś takiego – oferował wszystkim zgromadzonym tutaj współpracę, lojalność, zysk… Co mogłoby być lepszym prezentem dla zgromadzonych tutaj ludzi? Magia świąt była może i hen daleko, ale zamiast niej – wszyscy czuli magię tego trwającego momentu, magię tej dziwnej chwili, kiedy siedzieli tutaj, tak różni, a przecież zebrani pod wspólną banderą. Oj, ale szanowny pan kapitan na tym nie poprzestał; wytoczył ciężkie działa, wywołując każdego po kolei na spacer po desce, czyli publiczne wystąpienie…
Nie, żeby Lorraine przeszkadzały popisy krasomówcze, po prostu… Nie musiała reklamować swoich usług od bardzo długiego czasu. Tutaj znali ją wszyscy; Nokturn, którego tak nie cierpiała, stał się jej schronieniem. Szachownicą, na której przestawiała znaczące figury. Czasem ten ściek wydawał się jej wręcz całym światem. Ale na użytek dwójki arystokratów, którzy zagościli tego dnia w ich gronie, zdecydowała się zabrać głos, po tym, jak wysłuchała, co wszyscy mają do powiedzenia. Wszyscy poza Saurielem, który tylko na osobności był widać mocny w gębie, ale może akurat utkwił mu w gardle jakiś kłaczek, i wstydził się tak odkasływać przy wszystkich – a może był po prostu nieśmiały – prawdę mówiąc, najchętniej wzięłaby z niego przykład, ale to ona w tym gronie była od gadania i intrygowania, a on od działania i napierdalania. Staszek i Maeve plasowali się natomiast gdzieś pomiędzy dwoma końcami tego spektrum.
- Prywatnie kolekcjonuję sekrety i wyświadczam przysługi moim drogim przyjaciołom – powiedziała, specjalnie kładąc nacisk na słowo „prywatnie”, jakby zapraszała słuchaczy do jakiegoś swojego świata; wabiła ich, by skierowali swój wzrok tylko na nią, uwodziła… Bo właśnie to umiała najlepiej. Wolała praktyczne zastosowanie mocy niż czcze przechwałki, a że nie zamierzała trąbić o swoich metodach pracy, zniżyła się więc do podkręcenia o kilka stopni wyżej swojej aury wili, by jej wypowiedź wydała się ciekawsza, aniżeli rzeczywiście była.
– A profesjonalnie organizuję pogrzeby, i składam oferty nie do odrzucenia.
W tym towarzystwie wspomnienie o pogrzebie nie przywodziło na myśl usług domu pogrzebowego, a raczej było słodkim eufemizmem na POZBAWIANIE ŻYCIA I ZADAWANIE INNYM BÓLU, zaś flirciarski ton, jakiego użyła mówiąc o „ofertach nie do odrzucenia”, brzmiał w kontraście z wcześniejszymi „drogimi przyjaciółmi” jak jakiś oratorski popis adwokata diabła.
Saul Goodman? Nie, Lorraine Goodgirl…
LEO:
...CHYBA JEDNAK NIE TAKA ZNOWU GOOD GIRL, bo przez to, że trochę za mocno poddała się diabelskim podszeptom swojej atencyjnej wilowej natury, mężczyzna - który spóźniony wpadł do Głębiny z wielkimi baniakami wypełnionymi… Mlekiem? - trochę za mocno wkręcił się w jej czar. Lorraine na początku się przestraszyła, bo przyszło jej na myśl w pierwszym odruchu, że Stanley tylko tak robił dobrą minę do złej gry, bo jak wiadomo, z niego był zawsze niepoprawny cwaniak!!, i tak naprawdę dalej ma tutaj jakieś szczury myszy i inne takie stwory – AAAAA! – bo przecież mleko przywoływało nieodwołalne skojarzenie z kotami… Ale po chwili zdała sobie sprawę, kim jest tajemniczy przybysz. Nocturn is empty and all the cats are here, czy coś takiego, więc nagle mleko nabrało sensu. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Maeve, która miała do tej pory najwięcej do czynienia z ich nowym medykiem.
Ale już nie spodziewała się, że z tym swoim zawadiackim uśmiechem i niebezpiecznym błyskiem w oku, pupilek Toma Elddira skieruje swoje kroki ostatecznie w jej stronę… A już na pewno nie spodziewała się, że niemal padnie przed nią na kolana, przygniatając rąbek jej jasnej sukni!! Ale Leo zrobił to z taką chłopięcą gracją, z takim krystalicznie czystym uwielbieniem w oczach, jaśniejących blaskiem wszystkich gwiazd Drogi Mlecznej, a kiedy się odezwał – na Wielką Matkę – jego piękny, dźwięczny głos brzmiał dla Lorraine jakąś taką niesłychanie miłą wibracją, i przywodził na myśl mruczenie kotka…
- Leo O’Dwyer – stwierdziła tonem wszystkowiedzącej bogini, czując potrzebę wejścia w rolę postaci, której wizerunek odbijał się w tęsknych oczach Leo, wypełniając swoim ego echo tego tytułu, jaki jej nadał, ani trochę niespeszona. W końcu ona znała jego imię jeszcze zanim Maeve i Sauriel uświadomili go, że zdecydowanie przyjemniej jest się wycierać o nogi innego jaśniepaństwa na Nokturnie – i to dzięki starannemu researchowi, a nie nadprzyrodzonej mocy – ale była urodzona do bycia podziwianą i kochaną, więc nie zamierzała burzyć jego iluzji.
A iluzje stanowiły fundament mocy wili, a także jej starannie pielęgnowanego image: Lorraine była na Nokturnie białą kolonialistką, która zamierzała podbić ten dziki ląd, skruszyć każdego, kto stawia wobec niej opór, i jeszcze udawać wybawicielkę! Uparcie odmawiała przywdziania czarnych łachów, bo w tym żałobnym kolorze, ze swoimi zapadniętymi policzkami i wyglądałaby jak sama śmierć, a przecież wszyscy powinni lgnąć do niej jako do źródła życia i kultury na tym zapomnianym przez innych bogów padole.
- Dziękuję, kochany, z pewnością skorzystam z twoim usług, jeżeli będę potrzebowała kąpieli w mleku. To robi dobrze na moją cerę. – odpowiedziała serdecznie, i łaskawie pozwoliła ucałować się w rączkę. Była szczególnie łaskawa, ponieważ Leo, padając na kolana, przygniótł kawałek trenu jej jasnej sukni, ale wybaczyła mu to; w końcu nie sposób gniewać się na kotka, który zasypia ci na kolankach…
Zwłaszcza tak dobrze wychowanego, że przyniósł prezenty i ciasto, nie to co poniektórzy, NICHOLASIE YAXLEYU.
MURTAGH:
Resztki intymnej magii tego spotkania mrocznych kamratów oczywiście zepsuł Murtagh Macmillan. Spodziewała się, że wręczy Borginowi talon na kurwę i balon, ale jak się okazało, przywiódł tutaj całą swoją trzódkę w ramach darmowej degustacji. Lorraine lubiła korzystać z jego dziewczyn jako informatorek, lubiła też współpracować z samym Macmillanem, który parał się czarnomagicznymi sztuczkami jak i ona, a oprócz wspólnych interesów, łączyło ich też kilka trupów. Zamiast uśmiechu posłała mu więc spojrzenie, które miało wiele znaczeń – ponieważ, jak przystało na dwójkę legilimentów uzależnionych od wiwisekcji ludzkich umysłów, uwielbiali grać w swoje popierdolone psychologiczne gierki także i wtedy, kiedy nie przepychali się podczas mentalnych ataków wewnątrz głów swoich ofiar – mianowicie: „spóźniłeś się”, „gówno się znasz na pieczeniu ciast”, „oczywiście nie mogłeś się powstrzymać, żeby zrobić wielkie wejście, co?”.
I wszyscy:
– Mam nadzieję, że każda ma na piździe aktualną pieczątkę stacji magi-epidemiologicznej, bo inaczej zwymiotuję ci na buty. – Chociaż nieskazitelna do tej pory twarz Lorraine wyrażała przez moment lekkie obrzydzenie, łatwo dało się wyczuć, że jej ton był żartobliwy, i nie był niczym więcej aniżeli słodką drwiną.
Bo w tym towarzystwie właśnie tak prowadziło się poważne dyskusje.
- Słodzę tylko dlatego, że tak cię lubię, panie kapitanie. – Przebywanie z Saurielem Rookwoodem sam na sam, oprócz tego, że zadowalało jej masochistyczne tendencje, spowodowało, że sama złapała się na głupim nawyku używania w głowie głupich przydomków, jakie wymyślał. No ale skoro już się uparli na ten żart o matce chrzestnej, nie dość, że musiała dobrze wejść w przypisaną jej rolę, to i widać skoro weszła między druzgotki, musiała pizgać tak jak one. – I powiedz mi, proszę, że masz jakieś stare pianino schowane w tej budzie, co to za lokal bez muzyki – poprosiła słodko na odchodnym, jak przystało na roszczeniową księżniczkę slumsów.
MAEVE:
A skoro już o księżniczkach mowa, Maeve dalej rościła sobie prawa tytularne do jej serca, i Lorraine nie mogła z tym nic zrobić, bo kiedy kobieta pociągnęła ją trochę za włosy (kink), momentalnie wypadło jej z głowy, że przecież obiecała się bardziej kontrolować w obecności Changówny. Co do głupich przydomków, przypomniała sobie za to, nawiasem mówiąc, że sama niedawno nazywała Maeve chińskim ogniomiotem, kiedy ostatnio się sprzeczały. I to tylko po części dlatego, że tamta potrafiła być bardziej porywcza niż dziki smok. W obecności Malfoy nie pluła ogniem – tylko słodkimi słówkami, chociaż w ostatniego Sylwestra popisywała się, że potrafi plunąć i trafić BUMowcowi w oko z kilkudziesięciu metrów, kiedy akurat jakiś przechodził pod balkonem, z którego obserwowały razem fajerwerki… – ale jakimś cudem zdołała spopielić wszystkie zabezpieczenia, jakimi Lorraine obwarowała swoje serce.
- Najdroższa, twoja babcia zapomniała, że całując wilę w usta, budzisz ammit między jej nogami. A ja bardzo nie chciałabym, żebyś została pożarta przez tego apokaliptycznego potwora razem z resztą świata. – Powstrzymała się od dodania, że na epicentrum ewentualnej apokalipsy bardziej pasowałaby sypialnia Maeve niż nowiutka melina Stanisława. Zastanawiała się, ile nowych kwiatków przybyło tam od czasu jej ostatniej wizyty, i zanotowała w myślach, żeby sprawić Changównie jakiegoś badyla przy następnej okazji, skoro jest teraz trochę przy kasie.
NICHOLAS:
Po tym jak mężczyzna złapał rzucony przez nią odświeżacz powietrza, pozwoliła ucałować Nicholasowi swoją dłoń – bo ściskać ręce mężczyznom, to ściskała tylko wtedy, kiedy oferowali jej poważny biznes, który musiała przyklepać przysięgą wieczystą… a nie w sytuacjach towarzyskich; tak ją mama wychowała!! – a jej wystudiowana twarz nawet nie drgnęła, kiedy dotarło do niej nazwisko mężczyzny. Kiedy jeszcze była młodsza i częściej mogła gościć na uroczystościach organizowanych przez śmietankę towarzyską, bo to jakieś kuzynostwo się zlitowało nad Mirandą Malfoy i zaprosiło ją i jej córkę z resztą rodziny, zawsze unikała potomków Yaxleyów. Krążyły plotki, że potrafią oni wyczuć magiczne stworzenia z kilku mil, a chociaż Lorraine była wypachniona swoimi perfumami, być może jakaś nuta siarki zdradzała, że jest pół-demonem… Ale minęły te czasy, kiedy jej matka zamartwiała się, że ktoś mógłby odkryć jej prawdziwe pochodzenie – głównie dlatego, że nie żyła – a i Lorraine nauczyła się to akceptować, choć nie chwaliła się tym wcale. W tym gronie tylko Maeve wiedziała, że Lorraine jest półwilą. Malfoy zastanawiała się tylko, skąd Sauriel wytrzasnął tego wikinga… Na wszelki wypadek DYSKRETNIE wytarła pocałowaną dłoń o sukienkę.
BELLA i Sauriel troszke:
…A i stojącej obok Bellatrix – mrocznej dzierlatki z pięknymi, głębokimi oczami i burzą czarnych loków – nie spodziewała się tutaj ujrzeć. Nie z jej dumnym nazwiskiem i nieskazitelnym pochodzeniem – Lorraine miała wrażenie, że znała drzewa genealogiczne większości rodzin czystej krwi lepiej, aniżeli niektórzy z ich dumnych przedstawicieli; dlatego też niemal od razu potrafiła przypisać twarz Belli do odpowiedniego imienia – i choć pozwoliła sobie obdarzyć młodszą kobietę łaskawym uśmiechem, mogła myśleć tylko o jednym: chyba się zgubiłaś, księżniczko. Podobnie zdarzało jej się myśleć o Lorettcie Lestrange, kiedy ta informowała ją o kolejnym mrocznym kochanku, który zmieniał jej życie w piekło… Gdyby nie zaborczość Rookwooda wobec pewnej panny z rodu Lestrange – żony czy tam w końcu narzeczonej, bo jak przystało na kawalera czystej krwi, miał problemy z określeniem się w tej materii – Lorraine pomyślałaby, że Sauriel zwyczajnie zaczął bajerować młodsze, i biorąc pod uwagę urodę Blackówny powiedziałaby nawet good for him, równoważąc to w odpowiednim momencie złośliwym przytykiem o robieniu kariery na Nokturnie przez łóżko…
Sama Lorraine gościła w annałach Nokturnu jeszcze gówniarą będąc, bo miała zjebane życie, i kiedy widziała takich jebanych bogaczy... Widziała w nich TYLKO potencjalnych klientów – których mogła oszukać, podając horrendalne ceny za oddane im usługi (tak samo jak w Hogwarcie, kiedy ojebywała na pieniądze bananowe dzieciaki) – nie zaś... współpracowników.
Ale czego się kurwa nie robi, żeby osiągnąć wielkość.
dla wszystkich UFFFF:
Zajęła swoje miejsce w loży mrocznych kamratów i słuchała. Bo swego czasu Lorraine często gościła na spotkaniach klubu „Muza”, ale nawet podczas przesyconych oparami absyntu i zaprawnych twórczym szałem posiedzeń artystycznej bohemy, gdzie zapaleni aktorzy prześcigiwali się w interpretacjach klasycznych tekstów a wielcy pisarze wyrywali się jeden przez drugiego, by odczytać na głos fragmenty swych poematów, nie spotkała drugiego takiego mówcy jak Stanley Andrew Borgin.
Staszek mógłby wywrzeć na Lorraine większe wrażenie chyba tylko wtedy, gdyby nagle stanął na środku i oznajmił, że cała ta farsa to rzeczywiście ministerialna pułapka na wszystkich złoczyńców tego świata, stojący po jego prawicy Sauriel Rookwood to tak naprawdę profesor Wilczur Kocur, a już po tym, jak zostaną przesłuchani przez wielmożów Wizengamotu, zaprasza całe towarzystwo na swój ślub z Brenną Longbottom… Jednak ta krew Mulciberów musiała w nim żwawo płynąć, bo mógłby być z niego fest władca umysłu, czy jak tam ich nazywali.
Porwana jego krasomówstwem, nie ośmieliła się zakłócać mężczyźnie pięknego solilokwium, choć nie mogła się powstrzymać od posłania lepkiego spojrzenia Maeve, kiedy wspomniał o udziałach Changów, i znaczącego uśmieszku w stronę Rookwooda, który nie omieszkał oczywiście się w zawoalowany sposób pochwalić, jak to roznieśli w proch monopol Elddira. Borgin zaczął czarować wszystkich wizjami o stworzeniu poważnej grupy przestępczej. I kto tutaj był świętym Mikołajem – na pewno nie Lorraine, nie, kiedy Yaxley wybałuszał na Stanleya swoje wodniste oczy, jakby chciał usiąść mu na kolankach i prosić o różdżkę, która sama rzuca cruciatusa, czy coś takiego – oferował wszystkim zgromadzonym tutaj współpracę, lojalność, zysk… Co mogłoby być lepszym prezentem dla zgromadzonych tutaj ludzi? Magia świąt była może i hen daleko, ale zamiast niej – wszyscy czuli magię tego trwającego momentu, magię tej dziwnej chwili, kiedy siedzieli tutaj, tak różni, a przecież zebrani pod wspólną banderą. Oj, ale szanowny pan kapitan na tym nie poprzestał; wytoczył ciężkie działa, wywołując każdego po kolei na spacer po desce, czyli publiczne wystąpienie…
Nie, żeby Lorraine przeszkadzały popisy krasomówcze, po prostu… Nie musiała reklamować swoich usług od bardzo długiego czasu. Tutaj znali ją wszyscy; Nokturn, którego tak nie cierpiała, stał się jej schronieniem. Szachownicą, na której przestawiała znaczące figury. Czasem ten ściek wydawał się jej wręcz całym światem. Ale na użytek dwójki arystokratów, którzy zagościli tego dnia w ich gronie, zdecydowała się zabrać głos, po tym, jak wysłuchała, co wszyscy mają do powiedzenia. Wszyscy poza Saurielem, który tylko na osobności był widać mocny w gębie, ale może akurat utkwił mu w gardle jakiś kłaczek, i wstydził się tak odkasływać przy wszystkich – a może był po prostu nieśmiały – prawdę mówiąc, najchętniej wzięłaby z niego przykład, ale to ona w tym gronie była od gadania i intrygowania, a on od działania i napierdalania. Staszek i Maeve plasowali się natomiast gdzieś pomiędzy dwoma końcami tego spektrum.
- Prywatnie kolekcjonuję sekrety i wyświadczam przysługi moim drogim przyjaciołom – powiedziała, specjalnie kładąc nacisk na słowo „prywatnie”, jakby zapraszała słuchaczy do jakiegoś swojego świata; wabiła ich, by skierowali swój wzrok tylko na nią, uwodziła… Bo właśnie to umiała najlepiej. Wolała praktyczne zastosowanie mocy niż czcze przechwałki, a że nie zamierzała trąbić o swoich metodach pracy, zniżyła się więc do podkręcenia o kilka stopni wyżej swojej aury wili, by jej wypowiedź wydała się ciekawsza, aniżeli rzeczywiście była.
– A profesjonalnie organizuję pogrzeby, i składam oferty nie do odrzucenia.
W tym towarzystwie wspomnienie o pogrzebie nie przywodziło na myśl usług domu pogrzebowego, a raczej było słodkim eufemizmem na POZBAWIANIE ŻYCIA I ZADAWANIE INNYM BÓLU, zaś flirciarski ton, jakiego użyła mówiąc o „ofertach nie do odrzucenia”, brzmiał w kontraście z wcześniejszymi „drogimi przyjaciółmi” jak jakiś oratorski popis adwokata diabła.
Saul Goodman? Nie, Lorraine Goodgirl…
LEO:
...CHYBA JEDNAK NIE TAKA ZNOWU GOOD GIRL, bo przez to, że trochę za mocno poddała się diabelskim podszeptom swojej atencyjnej wilowej natury, mężczyzna - który spóźniony wpadł do Głębiny z wielkimi baniakami wypełnionymi… Mlekiem? - trochę za mocno wkręcił się w jej czar. Lorraine na początku się przestraszyła, bo przyszło jej na myśl w pierwszym odruchu, że Stanley tylko tak robił dobrą minę do złej gry, bo jak wiadomo, z niego był zawsze niepoprawny cwaniak!!, i tak naprawdę dalej ma tutaj jakieś szczury myszy i inne takie stwory – AAAAA! – bo przecież mleko przywoływało nieodwołalne skojarzenie z kotami… Ale po chwili zdała sobie sprawę, kim jest tajemniczy przybysz. Nocturn is empty and all the cats are here, czy coś takiego, więc nagle mleko nabrało sensu. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Maeve, która miała do tej pory najwięcej do czynienia z ich nowym medykiem.
Ale już nie spodziewała się, że z tym swoim zawadiackim uśmiechem i niebezpiecznym błyskiem w oku, pupilek Toma Elddira skieruje swoje kroki ostatecznie w jej stronę… A już na pewno nie spodziewała się, że niemal padnie przed nią na kolana, przygniatając rąbek jej jasnej sukni!! Ale Leo zrobił to z taką chłopięcą gracją, z takim krystalicznie czystym uwielbieniem w oczach, jaśniejących blaskiem wszystkich gwiazd Drogi Mlecznej, a kiedy się odezwał – na Wielką Matkę – jego piękny, dźwięczny głos brzmiał dla Lorraine jakąś taką niesłychanie miłą wibracją, i przywodził na myśl mruczenie kotka…
- Leo O’Dwyer – stwierdziła tonem wszystkowiedzącej bogini, czując potrzebę wejścia w rolę postaci, której wizerunek odbijał się w tęsknych oczach Leo, wypełniając swoim ego echo tego tytułu, jaki jej nadał, ani trochę niespeszona. W końcu ona znała jego imię jeszcze zanim Maeve i Sauriel uświadomili go, że zdecydowanie przyjemniej jest się wycierać o nogi innego jaśniepaństwa na Nokturnie – i to dzięki starannemu researchowi, a nie nadprzyrodzonej mocy – ale była urodzona do bycia podziwianą i kochaną, więc nie zamierzała burzyć jego iluzji.
A iluzje stanowiły fundament mocy wili, a także jej starannie pielęgnowanego image: Lorraine była na Nokturnie białą kolonialistką, która zamierzała podbić ten dziki ląd, skruszyć każdego, kto stawia wobec niej opór, i jeszcze udawać wybawicielkę! Uparcie odmawiała przywdziania czarnych łachów, bo w tym żałobnym kolorze, ze swoimi zapadniętymi policzkami i wyglądałaby jak sama śmierć, a przecież wszyscy powinni lgnąć do niej jako do źródła życia i kultury na tym zapomnianym przez innych bogów padole.
- Dziękuję, kochany, z pewnością skorzystam z twoim usług, jeżeli będę potrzebowała kąpieli w mleku. To robi dobrze na moją cerę. – odpowiedziała serdecznie, i łaskawie pozwoliła ucałować się w rączkę. Była szczególnie łaskawa, ponieważ Leo, padając na kolana, przygniótł kawałek trenu jej jasnej sukni, ale wybaczyła mu to; w końcu nie sposób gniewać się na kotka, który zasypia ci na kolankach…
Zwłaszcza tak dobrze wychowanego, że przyniósł prezenty i ciasto, nie to co poniektórzy, NICHOLASIE YAXLEYU.
MURTAGH:
Resztki intymnej magii tego spotkania mrocznych kamratów oczywiście zepsuł Murtagh Macmillan. Spodziewała się, że wręczy Borginowi talon na kurwę i balon, ale jak się okazało, przywiódł tutaj całą swoją trzódkę w ramach darmowej degustacji. Lorraine lubiła korzystać z jego dziewczyn jako informatorek, lubiła też współpracować z samym Macmillanem, który parał się czarnomagicznymi sztuczkami jak i ona, a oprócz wspólnych interesów, łączyło ich też kilka trupów. Zamiast uśmiechu posłała mu więc spojrzenie, które miało wiele znaczeń – ponieważ, jak przystało na dwójkę legilimentów uzależnionych od wiwisekcji ludzkich umysłów, uwielbiali grać w swoje popierdolone psychologiczne gierki także i wtedy, kiedy nie przepychali się podczas mentalnych ataków wewnątrz głów swoich ofiar – mianowicie: „spóźniłeś się”, „gówno się znasz na pieczeniu ciast”, „oczywiście nie mogłeś się powstrzymać, żeby zrobić wielkie wejście, co?”.
I wszyscy:
– Mam nadzieję, że każda ma na piździe aktualną pieczątkę stacji magi-epidemiologicznej, bo inaczej zwymiotuję ci na buty. – Chociaż nieskazitelna do tej pory twarz Lorraine wyrażała przez moment lekkie obrzydzenie, łatwo dało się wyczuć, że jej ton był żartobliwy, i nie był niczym więcej aniżeli słodką drwiną.
Bo w tym towarzystwie właśnie tak prowadziło się poważne dyskusje.