Słota spływała miękko po sylwetkach, znacząc się kroplami potu na karku i ogromem duszności, który wprost zabijał dech w piersiach, a powietrze – nieprzejednanie znaczone znamionami duszności – letnia sukienka więc, oblana pstrokatym kwiatami, kleiła się do pleców, choć jej materiał pozostawał zdecydowanie lekki. Umykał wraz z linią kolan, kończąc się falbaną, zawieszona na cienkich ramiączkach, uwydatniała mleczną barwę skóry oraz wyraźną linię obojczyków, która kreśliła się na niegłębokim dekolcie. Twarz zaś, uwydatniał kwiecisty pąs – diabeł jeden wie, czy sterowany naturą, czy wypitym alkoholem, czy może jego duszną obecnością, która każdorazowo zapierała dech w piersiach, więziła oddech w klatce płuc. Piegi pod wpływem ostatnich słonecznych dni uwyraźniły się, pokrywając siateczką nos i policzki, wzrok z kolei, pozostawał roziskrzony. Wiatr nie chciał błogosławić londyńskiego bruku swoją obecnością; kaprysy upału pozostawały w ich dłoniach, a żyć pośród ich wybryków było haniebnie ciężko.
Cieszyła się niebagatelnie na jego obecność, bo choć wiedziała, iż artystyczne spędy nie wpisywały się w kanon jego ulubionych zainteresowań, a na sztuce znał się jeszcze mniej, niż Lothaire, doceniała jego przybycie – lubiła szeptać sobie w głowie, że zrobił to dla niej i im bardziej myśl ta kiełkowała i kwitła w głowie, tym większą radość wzburzała w drobnym wnętrzu. Przecież kochała go na rozciągłości lat, spiętrzonych w parszywe stosy uczuć i momentów, w których dawał jej znać, że jest dla niego istotniejsza niż każda spośród trzpiotek zasilających obecnością niegdyś dom węża w Hogwarcie. Chciała być dla niego wyjątkowa. Była dla niego wyjątkowa.
Podczas wernisażu wypiła sporo alkoholu, a najczęściej można było ją spotkać z kieliszkiem szampana w chyboczącego się w dłoni, obmywając ścianki naczynia. I choć nie cechowała się równą ignorancją artystyczną co jej towarzysz – ba, kształciła się pod okiem jednego z najznamienitszych malarzy – procenty szybko uderzyły jej do głowy, sprowadzając na oblicze alkoholowy rumieniec. Gdy wychodzili więc, uśmiech rozanielił jej wargi, a ona sama – o plugawej osobowości krytej pod piętrzącą się pogodną osobowością – bezpardonowo chwyciła go pod ramię i miękko otuliwszy jego zgięcie łokcia smukłym palcami, skierował się do wyjścia.
Noc nie ujmowała duszności, dorównując południowemu skwaru – tym razem jednak, ich oblicz nie pieściły świetliste wstęgi, tronu użyczając mrocznym kaprysom nocy. I choć z naturalnością odnajdywała się w towarzyskich inicjatywach, będąc przy tym absurdalnie uroczą, odetchnęła opuściwszy galerię, zupełnie jakby pewien niewysłowiony ciężar opadł z jej umysłu w niebyt. Przyglądała mu się na rozciągłości przyjęcia, wiedziała więc, że on także obdarzał ją uwagą nieprecyzyjnie niepasującą do osobowości Logana. Był jej osłodą. Był dla niej okrutnie ważny.
Głupcem by była, gdyby stwierdziła, że stanowi dla niego okrągłość niczego – z jakichś powodów spędzał z nią czas od rozciągłości lat dziecięcych; z jakiegoś powodu nie uznał ich znajomości za pomyłkę młodości; nigdy jej nie zostawił i ona z całym tupetem i ambarasem jej osobowości nie opuściła jego. Tyle że on jej nie kochał.
Dziurawa noc, w której poły się oddalili, szeptała milionem gwiazd, którymi poprzetykane był nieboskłon. Już chciała coś rzec, z całą pewnością słowa już błądziły po krtani, uchylając różane wargi w geście wymownym, gdy zamarło w jej wnętrzu wszystko. Nagłe przylepienie swojej sylwetki do niej i równie intymne przewieszenie nad nią ramienia, sprowadziło na rutynowo blade oblicze jeszcze silniejszy rumieniec. Wyglądała w tym momencie prawdopodobnie jak soczyste jabłko – jedynie o ostrych rysach więcej wydatnych kościach policzkowych. Pomimo istotnego speszenia, które przebiegło na palcach przez oblicze, alkoholowa rozpusta dodawała jej niepodobnego do sylwetki kurażu – chwyciła więc jego dłoń, która swobodnie wisiała, opierając się na jej barku i skrzyżowała z nią palce.
– Jeśli pozwolę ci wybrać miejsce na randkę, najpewniej skończymy w najbardziej plugawych zakamarkach Nokturnu. Pozwól być mi mózgiem naszego – urwała, wzbierając na wargi szyderczy uśmiech – romansu. – Zakończywszy miękko, poderwała głowę wysoko, aby umościć wzrok w jego obliczu. Była niepodobna do siebie samej i o ile zwykle w jego towarzystwie się peszyła – tym razem procentowe trunki wyciągnęły z wnętrza diablicę.
Zachybotała się na wysokich obcasach i jedynie chwycenie go ręką w pasie pozwoliło jej nie zrównać się z ziemią. Zatrzymała się jednak w tej pozie, wlepiając sarnie spojrzenie w jego nieodgadnioną mimikę. Wtem do jej uszu dotarły gromko wypowiadane słowa.
– …Leach to najlepszy minister, jakiego mieliśmy. Powinniśmy wspierać mugolaków, są czarodziejami tak jak my! Niejednokrotnie i wiele lepszymi… – głos poniósł się po ulicy, docierając do jej zakamarków, a sama Loretta machinalnie nieomal przekręciła głowę w kierunku jego źródła.
Szturchnęła w bok Logana – ten sam bok na którym miękko zatapiała palce – ruchem głowy wskazując na mężczyznę, z którego ust wartko toczyły się te niemożliwe do pojęcia bzdury. Wtem obudziła się w niej odraza i obrzydzenie; każde zmieszanie krwi czarodziejskiej z mugolską było dla niej nieporozumieniem, a alkohol torujący sobie drogę żyłami dawał znać o swojej obecności coraz dobitniej.
Bezpardonowo pociągnęła Borgina w kierunku, a jej mimika z zaklętej w uczuciach trzpiotki przemieniła się w chłodne wyrachowanie godne lichwiarki.
– Proszę, proszę – syknęła doń głosem tak jadowitym, że za ciężkie można było uznać przypasowanie do twarzy tej Loretty.