Ze wszystkich stron napływały do niego - i na niego - bodźce, których nie chciał przyjmować. Przedstawienie było piękne. Ze swoim rozpoczęciem, w tej groteskowości, która przemieniała się w prawdziwy kunszt występu. Nie spodziewał się czegoś takiego w cyrku. No bo cyrk - z czym się kojarzy? Z tanimi sztuczkami mamiącymi wzrok albo wspaniałymi czarami, które pokażą ci kawałek magii, jakiego nie praktykujesz na co dzień. Zabawią. Zachwycą. Opowiedzą żart i pokażą klauna, z którego będą się śmiały dzieci. To było jego wyobrażenie tego miejsca. Jego największą obawą było to, że zobaczy magiczne stworzenia zmuszane do czynienia czegoś, czego nie chciały robić. Co wtedy? Wtedy... mógłby potencjalnie zrobić jedno wielkie nic, bo przecież jeśli ktoś już posiadał to stworzenie, miał je zarejestrowane, to musiałby się wykazać wyjątkowym bestialstwem, żeby mówić o odbieraniu ich. A przecież tresura nie należała do bestialstw, jeśli była przeprowadzana w odpowiedni sposób, prawda? Martwiła go ta wizja, ale nie było żadnych zwierząt. Jeśli nie liczyć ten bestii, która goniła zwiewną piękność przenoszącą się między kolejnymi szarfami. I to było niesamowite. Wspaniałe. Laurent może i nie był żadnym znawcą sztuki, tym bardziej takiej, ale był na piękno wyczulony. Serce mu aż biło mocniej w piersi, kiedy to oglądał. Mieli rację - ludzie chcieli historii. Bo historia, opowiedziana w odpowiedni sposób, zostawała w głowie i wbijała się w nią głęboko.
Niestety tej historii było za blisko do ścigających go demonów.
Kolejne fragmenty mijających scen podzielonych aktami prezentującymi przedstawienie odsłaniało coraz więcej fragmentów układanki. To, co było lekkim zmarszczeniem brwi zamieniło się w bladość na jego twarzy, kiedy łeb smoka skupił cały jego wzrok. Och tak, pamiętał go. Aż za dobrze. Tak jak pamiętał smak jego skóry i wzrok Madame śledzący każdy ich ruch. I przeszła go taka myśl, taka zgubna - że powinno mu się zrobić niedobrze. A tymczasem przyszło tylko uczucie strachu przed tym, gdzie znowu trafił i dlaczego jego demony próbowały go rozerwać w ostatnim czasie żywcem.
Zamknął oczy przy ostatnim ze skoków słysząc pisk w uszach. To serce, które uderzało mocniej przez zachwyt, teraz telepało się w klatce piersiowej ze strachu. Tłum zaczął klaskać i szaleć. Dopiero wtedy te oczęta otworzył. Scena była już pusta, na środek wyszedł prowadzący dziękując za udział w przedstawieniu, zapraszając na kolejne spektakle i do skorzystania z zabaw przygotowanych na stoiskach. Mówił, mówił, mówił... Laurent nie słuchał. Siedział na miejscu jak trochę otępiały, otumaniony. Jego mózg, ciało i serce rozdzielały się na kilka części i nie były skore do współpracy z nim. Jeśli Elaine coś do niego mówiła to nawet nie do końca kontaktował i łapał to, że się do niego zwraca. W końcu się podniósł, ujął dłoń rudowłosej i wyszedł z nią na zewnątrz, żeby zdążyć jeszcze przed wszystkimi ludźmi, którzy zostali na ostatnie pokłony i zapowiedzi prowadzącego. Zatrzymał się z nią na uboczu pomiędzy namiotami.
- The Edge. Flynn? Mówiłaś, że ma na imię Flynn. - Spoglądał na Elaine teraz całkiem poważnie - i inaczej. Nie była teraz tylko słodką Elaine, tylko Elaine, która mogła mieć coś wspólnego z tamtą wariatką i tym... mordercą. Mogła? Miała. Kim więc była? - Czy to jakaś gra? Pułapka? - Cały czas był zbyt naiwny wobec ludzi. Może wystarczy. Może dość tego? - Czy ty wiesz, że ta osoba, o której tak ćwierkałaś, to... - morderca. Ale nie powiedział tego. W Crowie zawsze było coś... ach, Laurent po prostu nigdy nie potrafił skreślać ludzi. Nie potrafił ich spisać na skazanie. I to prowadziło chyba do jego obłąkania.