08.11.2023, 22:27 ✶
Brenna nie była zła. Była raczej rozbawiona.
Tak. Myślała o tym, że jutro skoro świt ma stawić się w Ministerstwie i powinna dziś wieczorem wyprowadzić psy, dokończyć raport i napisać parę listów. Przeszło jej i przez głowę, że najdalej za trzy godziny jej nieobecność w Warowni – w myśl nowych zasad bezpieczeństwa, które sama wprowadziła – zaalarmuje domowników i że ledwo wysiądą, będzie musiała poszukać jakiejś sowy. Zastanawiała się, czy Anna bezpiecznie dotrze do celu swojej podróży i wyśle obiecaną wiadomość (nie zdradzającą miejsca pobytu).
Ale te wszystkie przemyślenia zdawały się tracić na znaczeniu, gdy wsłuchiwała się w turkot pociągu, sunącego po szynach, oddalając się od Londynu coraz bardziej i bardziej. Od pracy, od skomplikowanej sytuacji rodzinnej, od Kniei, nad którą wciąż wisiało widmo Beltane, od głównej areny działań śmierciożerców, a nawet od ludzi, których kochała, o których się troszczyła, ale którym tak wielu rzeczy nie chciała pokazać. I przez moment czuła się wolna. Prawie jak ta Brenna, którą mogła być dwa lata temu, a którą teraz tylko bywała. Wiedziała, że to tylko złudzenie, że te wszystkie problemy i zmartwienia dogonią ją, ledwo pociąg się zatrzyma, ale pozwoliła sobie na to, by mu ulec. Chociaż na krótką chwilę. Niemalże przykleiła nos do szyby, kiedy mijali pastwiska.
Mogłaby się stąd teleportować, bo zdołały znaleźć pusty przedział. Ale było dość oczywiste, że nie zostawi Quirke, która teleportować się nie potrafiła, samej na pastwę losu.
– Za co mnie przepraszasz, Livy? Jeśli w pewnym momencie złapałaś mnie za rękę i wciągnęłaś do tego pociągu, wrzeszczącą i opierającą się, to absolutnie wyparłam to z pamięci – powiedziała, odwracając wzrok od szyby i zwracając na Olivię spojrzenie brązowych oczu, w których iskrzyło rozbawienie. A potem pochyliła się ku niej, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.
– Mam taki szalony pomysł… – powiedziała cicho, a na jej ustach zaigrał szelmowski uśmieszek. - …użyjemy magii – dokończyła, po czym wyprostowała się i wydobyła z kieszeni dwa kawałki pergaminu, by stuknąć w nie różdżką i wyszeptać zaklęcie transmutacyjne. Na całe szczęście: kupowała już bilety na pociągi i zdołała sprokurować coś podobnego. Oczywiście, zaklęcie za jakiś czas straci moc, ale powinno utrzymać się dostatecznie długo, aby przeszły kontrolę. Gorzej, jeśli pojawią się prawowicie właściciele tych miejsc, ale coś wtedy wymyślą.
– Bilety proszę – powiedział konduktor, a Brenna wyciągnęła ku niemu oba papierki. Kiedy ten zaczął się im przyglądać z pewnym namysłem, ukradkiem wycelowała w niego różdżką, używając confundusa.
Jasne, nie powinna. Ale też tak naprawdę w przepisach było tyle dziur, że dopóki użyta magia nie ujawniała istnienia czarodziejów, to wcale nie była zakazana.
– Mogę odzyskać bilety, proszę pana? – spytała niewinnym tonem, kiedy konduktor rozejrzał się po przedziale, jakby przez moment nie był pewien, gdzie się znajduje i co wokół niego się dzieje.
Tak. Myślała o tym, że jutro skoro świt ma stawić się w Ministerstwie i powinna dziś wieczorem wyprowadzić psy, dokończyć raport i napisać parę listów. Przeszło jej i przez głowę, że najdalej za trzy godziny jej nieobecność w Warowni – w myśl nowych zasad bezpieczeństwa, które sama wprowadziła – zaalarmuje domowników i że ledwo wysiądą, będzie musiała poszukać jakiejś sowy. Zastanawiała się, czy Anna bezpiecznie dotrze do celu swojej podróży i wyśle obiecaną wiadomość (nie zdradzającą miejsca pobytu).
Ale te wszystkie przemyślenia zdawały się tracić na znaczeniu, gdy wsłuchiwała się w turkot pociągu, sunącego po szynach, oddalając się od Londynu coraz bardziej i bardziej. Od pracy, od skomplikowanej sytuacji rodzinnej, od Kniei, nad którą wciąż wisiało widmo Beltane, od głównej areny działań śmierciożerców, a nawet od ludzi, których kochała, o których się troszczyła, ale którym tak wielu rzeczy nie chciała pokazać. I przez moment czuła się wolna. Prawie jak ta Brenna, którą mogła być dwa lata temu, a którą teraz tylko bywała. Wiedziała, że to tylko złudzenie, że te wszystkie problemy i zmartwienia dogonią ją, ledwo pociąg się zatrzyma, ale pozwoliła sobie na to, by mu ulec. Chociaż na krótką chwilę. Niemalże przykleiła nos do szyby, kiedy mijali pastwiska.
Mogłaby się stąd teleportować, bo zdołały znaleźć pusty przedział. Ale było dość oczywiste, że nie zostawi Quirke, która teleportować się nie potrafiła, samej na pastwę losu.
– Za co mnie przepraszasz, Livy? Jeśli w pewnym momencie złapałaś mnie za rękę i wciągnęłaś do tego pociągu, wrzeszczącą i opierającą się, to absolutnie wyparłam to z pamięci – powiedziała, odwracając wzrok od szyby i zwracając na Olivię spojrzenie brązowych oczu, w których iskrzyło rozbawienie. A potem pochyliła się ku niej, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.
– Mam taki szalony pomysł… – powiedziała cicho, a na jej ustach zaigrał szelmowski uśmieszek. - …użyjemy magii – dokończyła, po czym wyprostowała się i wydobyła z kieszeni dwa kawałki pergaminu, by stuknąć w nie różdżką i wyszeptać zaklęcie transmutacyjne. Na całe szczęście: kupowała już bilety na pociągi i zdołała sprokurować coś podobnego. Oczywiście, zaklęcie za jakiś czas straci moc, ale powinno utrzymać się dostatecznie długo, aby przeszły kontrolę. Gorzej, jeśli pojawią się prawowicie właściciele tych miejsc, ale coś wtedy wymyślą.
– Bilety proszę – powiedział konduktor, a Brenna wyciągnęła ku niemu oba papierki. Kiedy ten zaczął się im przyglądać z pewnym namysłem, ukradkiem wycelowała w niego różdżką, używając confundusa.
Jasne, nie powinna. Ale też tak naprawdę w przepisach było tyle dziur, że dopóki użyta magia nie ujawniała istnienia czarodziejów, to wcale nie była zakazana.
– Mogę odzyskać bilety, proszę pana? – spytała niewinnym tonem, kiedy konduktor rozejrzał się po przedziale, jakby przez moment nie był pewien, gdzie się znajduje i co wokół niego się dzieje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.