09.11.2023, 13:31 ✶
Na uśmiech odpowiedziała po prostu przyjaznym uśmiechem. Owszem, nie czuła się dobrze z tym całym widowiskiem, ale nie była zła: nie miała prawa chować o takie rzeczy urazy. Zresztą nigdy nie była skłonna do złości. (Chociaż gdyby Atreus faktycznie oznajmił, że Crouch to jednak jakaś jego szalona eks, ale zapomniał, jak ma na imię i dlatego nie odda się w jej ręce, istniała szansa, że jednak popadłaby w amok i udusiła go na miejscu.)
- Dzień dobry, pani Crouch - przywitała się Brenna, gdy zobaczyli właścicielkę. Alethea już przy pierwszym spotkaniu dała się poznać jako osoba nieco chaotyczna, ale Brenna nie miała nic przeciwko ani chaosowi, ani rozgadaniu - zważywszy na to, ile sama gadała.
- Pewnie, bardziej gotowa nie będę - zapewniła kobietę, bardzo, bardzo szczerze. Bo tak, chciała się tej więzi pozbyć i bez mrugnięcia okiem zaakceptowałaby nawet informację, że będzie bolało jak jasny szlag albo musi utoczyć sobie pół litra krwi, zanim zabiorą się do przerywania rytuału. Nie chciała, żeby Atreus albo ktokolwiek inny wyczuwał, że jest w niebezpieczeństwie. Nie chciała mieć wyrzutów sumienia, że rozwala mu życie prywatne. Nie chciała też krztusić się płatkami żółtych róż i własną krwią. I przede wszystkim - nie chciała mieć w głowie zamętu. A jeżeli nawet ten nie przejdzie jak ręką odjął w tej samej chwili, w której Crouch rozproszy otaczającą ich magię, bo w końcu tego Brenna nie mogła być pewna, ile w tym więzi, a ile jej samej i nie wiedziała jeszcze, co zniknie, a co zostanie, to... prędzej czy później na pewno będzie lepiej. Bo chociaż obawiała się, że to już nie tylko magia, przecież wiedziała, że niezależnie od wszystkiego, będzie dużo łatwiej z czasem wyrzucić go z głowy, gdy nie będzie miała świadomości, że ten wie o jej podejrzanych eskapadach i tych akcjach w BUM, które przybierały niespodziewany obrót, a potem w raportach były przez nią zbywane lakonicznymi zdaniami, nie oddającymi powagi sytuacji. A także wiedząc, że on jakieś pięć minut po wyjściu z kamienicy Crouch zapomni o jej istnieniu. Nawet jeżeli to zaboli – a miała nadzieję, że tak nie będzie – to tylko przez chwilę. Parę dni, parę tygodni, nic wielkiego, nic, czego nie mogłaby znieść.
- Jeśli to ma pomóc, postaram się nawet za bardzo nie oddychać - obiecała solennie. Trochę się martwiła, czy na pewno wszystko pójdzie w porządku, ale skoro udało się już w przynajmniej kilku przypadkach, nie było powodu, aby tutaj coś poszło bardzo nie tak, prawda? Zwłaszcza że, do licha, Brenna specjalnie wyszukała klątwołamaczkę z kilkunastoletnim doświadczeniem, wyspecjalizowaną właśnie w starożytnych klątwach. A nad tym, jak się będzie z tym czuła, wolała na razie się nie zastanawiać.
- Wyjątkowo skorzystam z prawa do zachowania milczenia - stwierdziła odnośnie pytań. Nie miała żadnych, a przynajmniej żadnych, jakie chciałaby zadać właśnie Alethei, swoją zwykłą gadaninę też „wyłączyła”, bo chciała jak najszybciej mieć to za sobą. Przestąpiła więc po prostu krawędź kręgu i zerknęła na kobietę... cóż, czekając, co nastąpi dalej. I chociaż nie przestała oddychać, to starała się robić to spokojnie, w równym tempie, i nerwy trzymać na wodzy, bo w tej chwili zdenerwowanie łączyło się z wyczekiwaniem.
- Jasne - zapewniła, gdy i on spytał, czy jest gotowa. Na krótki moment po prostu uścisnęła wyciągniętą w jej stronę rękę w pocieszającym geście, a potem cofnęła dłoń. Nie zamierzała robić z siebie idiotki i trzymać go za rękę, gdy Leta będzie zrywała więź.
- Dzień dobry, pani Crouch - przywitała się Brenna, gdy zobaczyli właścicielkę. Alethea już przy pierwszym spotkaniu dała się poznać jako osoba nieco chaotyczna, ale Brenna nie miała nic przeciwko ani chaosowi, ani rozgadaniu - zważywszy na to, ile sama gadała.
- Pewnie, bardziej gotowa nie będę - zapewniła kobietę, bardzo, bardzo szczerze. Bo tak, chciała się tej więzi pozbyć i bez mrugnięcia okiem zaakceptowałaby nawet informację, że będzie bolało jak jasny szlag albo musi utoczyć sobie pół litra krwi, zanim zabiorą się do przerywania rytuału. Nie chciała, żeby Atreus albo ktokolwiek inny wyczuwał, że jest w niebezpieczeństwie. Nie chciała mieć wyrzutów sumienia, że rozwala mu życie prywatne. Nie chciała też krztusić się płatkami żółtych róż i własną krwią. I przede wszystkim - nie chciała mieć w głowie zamętu. A jeżeli nawet ten nie przejdzie jak ręką odjął w tej samej chwili, w której Crouch rozproszy otaczającą ich magię, bo w końcu tego Brenna nie mogła być pewna, ile w tym więzi, a ile jej samej i nie wiedziała jeszcze, co zniknie, a co zostanie, to... prędzej czy później na pewno będzie lepiej. Bo chociaż obawiała się, że to już nie tylko magia, przecież wiedziała, że niezależnie od wszystkiego, będzie dużo łatwiej z czasem wyrzucić go z głowy, gdy nie będzie miała świadomości, że ten wie o jej podejrzanych eskapadach i tych akcjach w BUM, które przybierały niespodziewany obrót, a potem w raportach były przez nią zbywane lakonicznymi zdaniami, nie oddającymi powagi sytuacji. A także wiedząc, że on jakieś pięć minut po wyjściu z kamienicy Crouch zapomni o jej istnieniu. Nawet jeżeli to zaboli – a miała nadzieję, że tak nie będzie – to tylko przez chwilę. Parę dni, parę tygodni, nic wielkiego, nic, czego nie mogłaby znieść.
- Jeśli to ma pomóc, postaram się nawet za bardzo nie oddychać - obiecała solennie. Trochę się martwiła, czy na pewno wszystko pójdzie w porządku, ale skoro udało się już w przynajmniej kilku przypadkach, nie było powodu, aby tutaj coś poszło bardzo nie tak, prawda? Zwłaszcza że, do licha, Brenna specjalnie wyszukała klątwołamaczkę z kilkunastoletnim doświadczeniem, wyspecjalizowaną właśnie w starożytnych klątwach. A nad tym, jak się będzie z tym czuła, wolała na razie się nie zastanawiać.
- Wyjątkowo skorzystam z prawa do zachowania milczenia - stwierdziła odnośnie pytań. Nie miała żadnych, a przynajmniej żadnych, jakie chciałaby zadać właśnie Alethei, swoją zwykłą gadaninę też „wyłączyła”, bo chciała jak najszybciej mieć to za sobą. Przestąpiła więc po prostu krawędź kręgu i zerknęła na kobietę... cóż, czekając, co nastąpi dalej. I chociaż nie przestała oddychać, to starała się robić to spokojnie, w równym tempie, i nerwy trzymać na wodzy, bo w tej chwili zdenerwowanie łączyło się z wyczekiwaniem.
- Jasne - zapewniła, gdy i on spytał, czy jest gotowa. Na krótki moment po prostu uścisnęła wyciągniętą w jej stronę rękę w pocieszającym geście, a potem cofnęła dłoń. Nie zamierzała robić z siebie idiotki i trzymać go za rękę, gdy Leta będzie zrywała więź.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.