Jego widok sprawiał, że coś się w niej trzęsło; pewne atawistyczne struny zostały naciągnięte, a ona – pełna goryczy i żalu – zdolna była do absolutnie wszystkiego, co miało go upodlić. Tęgie skupienie przemierzało meandry jej oblicza, aby zatrzymać się w niewielkim impasie – wiedziała, że sprowadzenie go do klęczek będzie odrobinę bardziej wymagające, niż krzywdzenie mugolaków, do którego była doskonale przystosowana, co weszło jej w krew machinalnie. Teraz jednak, gdy stał przed nią, wyższy o dobre pół metra, coś wewnątrz zadrżało, mówiąc, iż nie jest to najlepszy spośród arkad pomysłów.
Wzięła głęboki wdech, wzrokiem prześlizgując się z Leandra na Dianę, której zaklęcie ponownie się nie powiodło. Może za mało śnieżnego pyłu wzięła w nosek?; a może po prostu była rozproszona?; dywagacje tej kategorii pozostawiła na chyżej spopielone chwile – teraz liczyło się tylko obezwładnienie Yaxley’a.
Widząc, jak różdżka Leandra toczy się po skrzypiących panelach, którymi wyściełana była kamienica, ponownie zacisnęła dłoń na rączce własnej, unosząc ją przed siebie.
Nie była biegła w zaklęciach z zakresu translokacyjnego, nie miała jednak wyboru – musiała w końcu złapać różdżkę, niż powiedzie się to mężczyźnie. Nie miała zamiaru rzucać się w jej kierunku – oczywistym było, że sprawny fizyczne, o znacznie większej masie Leander, bezproblemowo by ją wyrwał z jej dłoni. Zamachnęła się więc raz jeszcze, zaklinając różdżkę, aby trafiła do jej rąk.
Sukces!