10.11.2023, 09:25 ✶
Głos Dani sprawił, że Brennę zalała ulga. Podwójna, bo kuzynka nie tylko była cała i zdrowa, ale też zdołała przetransportować część mugoli na łódki. W tej chwili mieli tak mało czasu, że gdyby tego nie zrobiła, przyszłoby im próbować używać masowych zaklęć - i część ludzi pospadałaby pewnie do wody. Zerknęła odruchowo ku wodzie, oceniając, ile tych łódek było – trzy, cztery? To znaczy, wcześniej tkwiło tu więcej, ale ta ich była całkiem spora, a Danielle chyba nie pakowała tych ludzi pojedynczo, a raczej na te największe...
- Leć do jednej, Dani. Vika, weźmiesz drugą? A wy zmiatajcie z pokładu, już! - zawołała do Laurenta i Borgina, bo cała reszta tutaj mogła w razie czego ratować się teleportacją, a oni nie. I nie, nie miała zamiaru teleportować się do łódki, zanim oni nie zejdą, bo gdyby zwlekali, zamierzała ich tam do licha zepchnąć zaklęciem.
Pojawienie się widm odwróciło na moment jej uwagę od żywych. Ba, widząc Maddie, Brenna prawie zapomniała, że znajdują się na statku, który płonął i nabierał wody. Nie była pewna, czy czuje raczej ulgę, bo jednak jak się okazało, duchy nie mogły umrzeć, czy smutek, bo historia tego dziecka łamała jej serce. To było głupie, wiedziała o tym. Znała przecież inne duchy. Nawet ducha nastolatki. Wszyscy na tym statku nie żyli od dawna, a takie rzeczy po prostu się zdarzały. Ludzie umierali każdego dnia.
Ale i tak nic na to nie mogła poradzić. Na złość, w jaki sposób umarło to dziecko i na ból, że nigdy nie było dane mu dorosnąć. Na to, że pani Sadley nie zdołała uwolnić się od męża, zabrać córeczki i zacząć z nią nowego życia. Może przez sen, może przez wspomnienie Mabel, a może przez to, że taką już miała naturę.
W tej chwili, gdyby tylko mogła, przehandlowałaby własne życie za to jej w ciągu sekundy. Ale takie targi nie były możliwe: a gdy możliwymi się stawały, doprowadzały tylko do tego, do czego doprowadziła Persefona Fawley. Do nieuchronnej tragedii.
- Byłaś bardzo dzielna, kochanie - powiedziała, pochylając się ku dziewczynce, starając się nie pozwolić, aby głos jej zadrżał. Fajnie będzie pójść dalej? To też przynosiło ulgę, myśl, że jednak najwyraźniej teraz ta dwójka mogła odejść dalej. - Mama czeka na ciebie za ogniem. Może pewnego dnia się tam spotkamy. Ale gdyby coś poszło nie tak z tą waszą podróżą… po prostu mnie znajdź tutaj. Coś wymyślę.
Próba uściskania jej mogła być głupia, ale tak samo głupie było i to, co zrobiła Brenna: musnęła ustami widmowy policzek, chociaż przecież jedyne, co mogła poczuć pod wargami to chłód, ponieważ nie dało się dotknąć ducha. Tak jak i sama Brenna, kiedy dłonie Maddie przeniknęły przez jej ciało, czuła, jak przeszywa ją zimno. I przez ten chłód, przypominający zetknięcie z lodowatą wodą, pomyślała nagle, że może energia Zimnych przypominała teraz tę należąca do duchów, bo wrażenie było na swój sposób podobne. Kolejna obserwacja, która niewiele im dawała, ale mogła z czasem naprowadzić na właściwą drogę…
– Widać miał pecha i trafił się mu cień jakiegoś drania – dodała, uśmiechając się tylko do Maddie. Nie miała w końcu pojęcia, co planowali dwaj bracia, którzy zginęli na tym statku tak wiele lat temu, tracąc przytomność w sali balowej. A nawet gdyby wiedziała, pewnie nie uznałaby, że zasłużyli na taki los. Nikt na niego nie zasługiwał.
Przeniosła na moment spojrzenie na ducha aurora.
– Dzięki, Southerland. Jeżeli twoja rodzina jeszcze żyje, to ich znajdę – obiecała. Miała jego nazwisko, miała jego zawód, wiedziała, kiedy tu zginął i jak wyglądał. Jeżeli jakieś jego rodzeństwo, dzieci czy siostrzeńcy wciąż chodzili po świecie, to do licha, znajdzie ich i zadba o to, żeby niczego im nie brakowało, bo ten człowiek kilkadziesiąt lat temu zginął tu, nie chcąc zostawić nieprzytomnych towarzyszy i pewnej małej dziewczynki.
Poza tym zasługiwali na to, by wiedzieć. Ona by tego chciała.
Przemknęła spojrzeniem po Marianne, ale jej nie mogła rozpoznać – kim była i co się z nią stało, może dowie się później od Mavelle, Aveliny czy Danielle. W tej chwili nie potrafiła poukładać fragmentów historii. Zresztą, nie było na to czasu. Kolejne trzaski dobitnie przypominały, że muszą stąd uciekać. Brenna raz jeszcze rozejrzała się po pokładzie, upewniając, że reszta z niego zeszła lub znikła i teleportowała się do jednej z łódek, w których byli nieprzytomni, a do której nie poszła Danielle. I machnęła różdżką, chcąc stworzyć prąd, który odepchnie stąd łódkę – a optymalnie ułatwi też odpłynięcie tym pozostałym, zanim Perła Morza na dobre pójdzie na dno.
kształtowanie
- Leć do jednej, Dani. Vika, weźmiesz drugą? A wy zmiatajcie z pokładu, już! - zawołała do Laurenta i Borgina, bo cała reszta tutaj mogła w razie czego ratować się teleportacją, a oni nie. I nie, nie miała zamiaru teleportować się do łódki, zanim oni nie zejdą, bo gdyby zwlekali, zamierzała ich tam do licha zepchnąć zaklęciem.
Pojawienie się widm odwróciło na moment jej uwagę od żywych. Ba, widząc Maddie, Brenna prawie zapomniała, że znajdują się na statku, który płonął i nabierał wody. Nie była pewna, czy czuje raczej ulgę, bo jednak jak się okazało, duchy nie mogły umrzeć, czy smutek, bo historia tego dziecka łamała jej serce. To było głupie, wiedziała o tym. Znała przecież inne duchy. Nawet ducha nastolatki. Wszyscy na tym statku nie żyli od dawna, a takie rzeczy po prostu się zdarzały. Ludzie umierali każdego dnia.
Ale i tak nic na to nie mogła poradzić. Na złość, w jaki sposób umarło to dziecko i na ból, że nigdy nie było dane mu dorosnąć. Na to, że pani Sadley nie zdołała uwolnić się od męża, zabrać córeczki i zacząć z nią nowego życia. Może przez sen, może przez wspomnienie Mabel, a może przez to, że taką już miała naturę.
W tej chwili, gdyby tylko mogła, przehandlowałaby własne życie za to jej w ciągu sekundy. Ale takie targi nie były możliwe: a gdy możliwymi się stawały, doprowadzały tylko do tego, do czego doprowadziła Persefona Fawley. Do nieuchronnej tragedii.
- Byłaś bardzo dzielna, kochanie - powiedziała, pochylając się ku dziewczynce, starając się nie pozwolić, aby głos jej zadrżał. Fajnie będzie pójść dalej? To też przynosiło ulgę, myśl, że jednak najwyraźniej teraz ta dwójka mogła odejść dalej. - Mama czeka na ciebie za ogniem. Może pewnego dnia się tam spotkamy. Ale gdyby coś poszło nie tak z tą waszą podróżą… po prostu mnie znajdź tutaj. Coś wymyślę.
Próba uściskania jej mogła być głupia, ale tak samo głupie było i to, co zrobiła Brenna: musnęła ustami widmowy policzek, chociaż przecież jedyne, co mogła poczuć pod wargami to chłód, ponieważ nie dało się dotknąć ducha. Tak jak i sama Brenna, kiedy dłonie Maddie przeniknęły przez jej ciało, czuła, jak przeszywa ją zimno. I przez ten chłód, przypominający zetknięcie z lodowatą wodą, pomyślała nagle, że może energia Zimnych przypominała teraz tę należąca do duchów, bo wrażenie było na swój sposób podobne. Kolejna obserwacja, która niewiele im dawała, ale mogła z czasem naprowadzić na właściwą drogę…
– Widać miał pecha i trafił się mu cień jakiegoś drania – dodała, uśmiechając się tylko do Maddie. Nie miała w końcu pojęcia, co planowali dwaj bracia, którzy zginęli na tym statku tak wiele lat temu, tracąc przytomność w sali balowej. A nawet gdyby wiedziała, pewnie nie uznałaby, że zasłużyli na taki los. Nikt na niego nie zasługiwał.
Przeniosła na moment spojrzenie na ducha aurora.
– Dzięki, Southerland. Jeżeli twoja rodzina jeszcze żyje, to ich znajdę – obiecała. Miała jego nazwisko, miała jego zawód, wiedziała, kiedy tu zginął i jak wyglądał. Jeżeli jakieś jego rodzeństwo, dzieci czy siostrzeńcy wciąż chodzili po świecie, to do licha, znajdzie ich i zadba o to, żeby niczego im nie brakowało, bo ten człowiek kilkadziesiąt lat temu zginął tu, nie chcąc zostawić nieprzytomnych towarzyszy i pewnej małej dziewczynki.
Poza tym zasługiwali na to, by wiedzieć. Ona by tego chciała.
Przemknęła spojrzeniem po Marianne, ale jej nie mogła rozpoznać – kim była i co się z nią stało, może dowie się później od Mavelle, Aveliny czy Danielle. W tej chwili nie potrafiła poukładać fragmentów historii. Zresztą, nie było na to czasu. Kolejne trzaski dobitnie przypominały, że muszą stąd uciekać. Brenna raz jeszcze rozejrzała się po pokładzie, upewniając, że reszta z niego zeszła lub znikła i teleportowała się do jednej z łódek, w których byli nieprzytomni, a do której nie poszła Danielle. I machnęła różdżką, chcąc stworzyć prąd, który odepchnie stąd łódkę – a optymalnie ułatwi też odpłynięcie tym pozostałym, zanim Perła Morza na dobre pójdzie na dno.
kształtowanie
Rzut W 1d100 - 40
Sukces!
Sukces!
Rzut W 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.