Sam nigdy by tej walizki do ręki nie wziął, gdyż zupełnie nie zwracał na takie rzeczy uwagi - savoir vivre kojarzył mu się co najwyżej z zasadami wybierania przy stole odpowiedniego widelca; nie było to zagadnienie, które go zajmowało, a gdy coś go nie zajmowało, to nie tracił na to czasu. Nie był jednakowoż człowiekiem, który nie rozumiał cudzych oczekiwań, ani też nie miał problemu z pomocą słabszym, a dziewczyna wyglądała... Cóż, jakby miała złamać się przy pierwszym powiewie wiatru. Bez słowa uchwycił więc tę walizkę, wszedł z nią do pociągu z niewymuszoną lekkością i wtem zdał sobie sprawę z tego, że to było bez sensu, bo bagaż nie był ani trochę ciężki przez rzucone na niego zaklęcie. Założył więc, że problemem nie była jego waga, tylko mus wykonania dużego kroku z czymś wielkich gabarytów - wielokrotnie widział panienki wahające się pięciokrotnie, zanim zrobiły krok i przekroczyły „przerażającą” przestrzeń pomiędzy krawędzią peronu i wagonem. Odwrócił się więc i podał Septimie rękę, żeby było jej łatwiej, ale wciąż - darował sobie przy tym jakiekolwiek słowa. Najwyraźniej był człowiekiem niezwykle skrytym, ale nie mógł być niemową, bo się kilka razy odezwał do Fontaine.
Kiedy panna Ollivander postanowiła zaproponować mu jakąś lekturę, Flynn leniwie podniósł wzrok znad bletek, które zwijał i zmierzył ją spojrzeniem pełnym zdziwienia (ale nie pogardy). Tak naprawdę lubił czytać, lubił też tworzyć historie, a nie tylko je poznawać, ale książki i tak nie przyjął. No bo dlaczego robiła to dopiero teraz? Don Kichot? Ile to miało stron, tysiąc? Musiałby porzucić lekturę nagle, gdzieś w pół zdania, a on tego bardzo nie lubił - chciał takie dzieła połykać w całości.
- Przecież już nie przeczytam całej - odparł, marszcząc przy tym nos, choć nie miał już żadnych papierosów do zwijania. Przez resztę podróży zamierzał albo spać lub je palić, ostatecznej decyzji jeszcze nie podjął. W propozycji odkrył jednak coś, co go zainteresowało - dobór tejże lektury. Nawet nie konkretny tytuł podawanego mu tomiszcza, tylko to pytanie, czy mu się podobają powieści przygodowe. Czemu? Czy ona wiedziała o nim cokolwiek, chociaż strzępek informacji o tym, czym się jako Crow od lat zajmował? Nie to, żeby się miał za kogoś, w kogo aparycji wybrzmiewał geniusz i ta myśl konstrukcyjna, ale musiała słyszeć cokolwiek? Czy nie słyszała nic? - Co we mnie mówi, że wybrałbym przygodówki? - W pierwszej chwili bowiem pomyślał, że to ona pomyślała o nim, jakby nic innego nie miało go zainteresować, a potem dotarło do niego, że to on mógł pomyśleć o niej za wysoko i Septima po prostu nic innego w tej walizce nie miała.
Kiedy zadała mu pytanie, zmarszczył brwi. Nie potrzebował wiedzieć nic więcej. To było oczywiste, że nigdy by się jej bez pomocy takiego Crowa nie udało, przynajmniej w jego odczuciu. Ale to było w porządku. Nie myślał o niej w sposób pogardliwy ani prześmiewczy, miała przecież prawo żyć w taki sposób, w jaki chciała, on sobie indywidualność i prawo do wolności bardzo cenił. Po prostu pojął swoją pozycję, zrozumiał, czego wymagał od niego los.
Wszystkiego.
- Skok - wyjaśnił, nie mając zamiaru rozważać tego, czy był to z jej strony nieudany dowcip, czy w komiczny sposób wyrażona szczerość. - Zastanawiałem się, dlaczego postanowiłaś zadrzeć akurat z nimi. - Ile warte były rdzenie różdżek? Czy to naprawdę był biznes wart aż takiego zachodu, czy nie wystarczyło jej zbierać piór coraz to bardziej egzotycznych ptaków? To była kolejna wyrwa w jego obszernej wiedzy o świecie - znał jakieś ciekawostki, nie samo meritum, w końcu jak miało to ująć serce kogoś, kto tej różdżki nigdy nie dostał ani nie kupił.
Usłyszawszy pytanie, które zadała mu po długim rozważaniu nad tym, w jaki sposób przerwać tę ciszę, Crow uśmiechnął się, cudem powstrzymując żałosny rechot. Praca? Znał tak wiele jej definicji, w kilka się jego działalność wpisywała, ale jeszcze nikt przenigdy nie ujął tego takimi słowami, kiedy od samego początku wiedział, czym się trudzi. Tak, można było uznać pracę za wysiłek włożony w wykonanie jakiejś czynności, w takim kontekście można było uznać za nią nawet poderżnięcie komuś gardła, ale w jego głowie to słowo przywarło do działań ludzi uczciwych. On się włóczył, on kradł dla Bellów, on wykonywał polecenia kobiety, której był utrzymankiem. Uczciwie nie przepracował godziny życia, a co dopiero dnia. To też nie była w jego mniemaniu praca. To był napad. Jeżeli mówił, że pracował dla Fontaine, to najpewniej ironizował, albo się zgubił w gęstwinie własnych myśli.
- Moja co? - Może nie dosłyszał? - Praca? - Nie, tego po prostu nie można było nazwać pracą, ale może nie powinien burzyć jej światopoglądu. - Czasem.
Kiedy panna Ollivander postanowiła zaproponować mu jakąś lekturę, Flynn leniwie podniósł wzrok znad bletek, które zwijał i zmierzył ją spojrzeniem pełnym zdziwienia (ale nie pogardy). Tak naprawdę lubił czytać, lubił też tworzyć historie, a nie tylko je poznawać, ale książki i tak nie przyjął. No bo dlaczego robiła to dopiero teraz? Don Kichot? Ile to miało stron, tysiąc? Musiałby porzucić lekturę nagle, gdzieś w pół zdania, a on tego bardzo nie lubił - chciał takie dzieła połykać w całości.
- Przecież już nie przeczytam całej - odparł, marszcząc przy tym nos, choć nie miał już żadnych papierosów do zwijania. Przez resztę podróży zamierzał albo spać lub je palić, ostatecznej decyzji jeszcze nie podjął. W propozycji odkrył jednak coś, co go zainteresowało - dobór tejże lektury. Nawet nie konkretny tytuł podawanego mu tomiszcza, tylko to pytanie, czy mu się podobają powieści przygodowe. Czemu? Czy ona wiedziała o nim cokolwiek, chociaż strzępek informacji o tym, czym się jako Crow od lat zajmował? Nie to, żeby się miał za kogoś, w kogo aparycji wybrzmiewał geniusz i ta myśl konstrukcyjna, ale musiała słyszeć cokolwiek? Czy nie słyszała nic? - Co we mnie mówi, że wybrałbym przygodówki? - W pierwszej chwili bowiem pomyślał, że to ona pomyślała o nim, jakby nic innego nie miało go zainteresować, a potem dotarło do niego, że to on mógł pomyśleć o niej za wysoko i Septima po prostu nic innego w tej walizce nie miała.
Kiedy zadała mu pytanie, zmarszczył brwi. Nie potrzebował wiedzieć nic więcej. To było oczywiste, że nigdy by się jej bez pomocy takiego Crowa nie udało, przynajmniej w jego odczuciu. Ale to było w porządku. Nie myślał o niej w sposób pogardliwy ani prześmiewczy, miała przecież prawo żyć w taki sposób, w jaki chciała, on sobie indywidualność i prawo do wolności bardzo cenił. Po prostu pojął swoją pozycję, zrozumiał, czego wymagał od niego los.
Wszystkiego.
- Skok - wyjaśnił, nie mając zamiaru rozważać tego, czy był to z jej strony nieudany dowcip, czy w komiczny sposób wyrażona szczerość. - Zastanawiałem się, dlaczego postanowiłaś zadrzeć akurat z nimi. - Ile warte były rdzenie różdżek? Czy to naprawdę był biznes wart aż takiego zachodu, czy nie wystarczyło jej zbierać piór coraz to bardziej egzotycznych ptaków? To była kolejna wyrwa w jego obszernej wiedzy o świecie - znał jakieś ciekawostki, nie samo meritum, w końcu jak miało to ująć serce kogoś, kto tej różdżki nigdy nie dostał ani nie kupił.
Usłyszawszy pytanie, które zadała mu po długim rozważaniu nad tym, w jaki sposób przerwać tę ciszę, Crow uśmiechnął się, cudem powstrzymując żałosny rechot. Praca? Znał tak wiele jej definicji, w kilka się jego działalność wpisywała, ale jeszcze nikt przenigdy nie ujął tego takimi słowami, kiedy od samego początku wiedział, czym się trudzi. Tak, można było uznać pracę za wysiłek włożony w wykonanie jakiejś czynności, w takim kontekście można było uznać za nią nawet poderżnięcie komuś gardła, ale w jego głowie to słowo przywarło do działań ludzi uczciwych. On się włóczył, on kradł dla Bellów, on wykonywał polecenia kobiety, której był utrzymankiem. Uczciwie nie przepracował godziny życia, a co dopiero dnia. To też nie była w jego mniemaniu praca. To był napad. Jeżeli mówił, że pracował dla Fontaine, to najpewniej ironizował, albo się zgubił w gęstwinie własnych myśli.
- Moja co? - Może nie dosłyszał? - Praca? - Nie, tego po prostu nie można było nazwać pracą, ale może nie powinien burzyć jej światopoglądu. - Czasem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.