10.11.2023, 11:37 ✶
Olivia odruchowo spojrzała na swoje buty. Czy były wygodne? Zwykłe adidasy, mocno już wysłużone ale nie dziurawe. Ich ogromnym plusem było to, że zdążyły dopasować się do stopy Olivii, więc spacer nie powinien im nic zrobić. Stopom, w sensie.
- W sumie to lepiej niż siedzieć tu przez kilka godzin - wstała i ruszyła za Brenną. Osiwiałaby, gdyby miała tu czekać aż mugole naprawią trakcję, a magia nie wchodziła w grę. Problem w tym, że nie potrafiła się teleportować - gdyby zdała ten cholerny kurs, to by po prostu schowały się za drzewem i po problemie. Ale nie: Olivia była leserem, zdolnym ale leniwym uczniem, który nie robił więcej niż trzeba było, by zdać. I teraz, w dorosłym świecie, to podejście się na niej mściło.
Przepychanie się przez tłum ludzi nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza że z dwa razy dostała z łokcia - z czego raz to mogłaby przysiąc, że oberwała celowo. Ludzie byli źli i zamiast wrócić do przedziałów, próbowali kłócić się z konduktorem. A co on tu zawinił? Przecież to nie jego wina, nie on zepsuł pociąg. Olivia zerknęła za siebie, na wkurzonych pasażerów, i westchnęła ciężko. Niezbyt zgrabnie zaczęła gramolić się po metalowych stopniach, z wdzięcznością przyjmując pomoc od Brenny. Dobrze, że miała spodnie, bo w spódnicy czy sukience niechybnie by zleciała, zaplątana w materiał.
Olivia nie wyglądała na złą. W zasadzie od momentu, w którym Brenna powiedziała, że da radę wrócić na czas, to się uspokoiła i wyglądało na to, że traktuje tę sytuację jako przygodę. Mało zabawną, ale jednak ciekawą. A przecież do miasteczka wcale nie było daleko, więc tak w zasadzie denerwowanie się tak, jak robili to pasażerowie w pociągu, było głupie. Ruda dziarsko wzięła się pod boki, z uśmiechem patrząc na Brenn.
- Mam nadzieję, że twoje moce pozwolą nam uniknąć krwiożerczych saren i żądnych ludzkiego mięsa jeleni, gdy będziemy sobie tak szli - odpowiedziała, ruszając za niewielkim tłumem, który poruszał się znacznie wolniej od nich samych. Walizki i torby były bardzo nieporęczne, gdy szło się zboczem pełnym kamieni, wysokich traw i korzeni. Musiały uważać, ale przynajmniej one miały dwie wolne ręce. Mogły więc skupić się jednocześnie na podziwianiu okolicy, chociaż krajobraz był całkiem zwyczajny. Wszyscy szli skrajem lasu, który kończył się gdzieś w oddali. W końcu przeszli na pola, gdzie teren był zdecydowanie lepszy do pieszych wędrówek. I były krowy! Olivia złapała Brennę za rękę.
- Patrz! Myślisz, że one gryzą? - zapytała, pokazując czarno-białą mućkę, która patrzyła na ten dziwny konwój niewzruszona, żując trawę. - I skoro one tu są, to gdzieś powinno być gospodarstwo?
Nie widziała jednak żadnego domu. Zmarszczyła brwi w zastanowieniu - no bo przecież krowy do kogoś musiały należeć, gdzieś spać i coś pić. Nie mogły chyba pochodzić z miasteczka oddalonego o pół godziny drogi pieszo? Komu by się chciało co ranek i wieczór je przeganiać z miejsca na miejsce? Krowa zamuczała głośno i machnęła ogonem, jakby chciała im coś powiedzieć. Albo przegnać ze swojego terenu. Czy krowy w ogóle były terytorialne?
- W sumie to lepiej niż siedzieć tu przez kilka godzin - wstała i ruszyła za Brenną. Osiwiałaby, gdyby miała tu czekać aż mugole naprawią trakcję, a magia nie wchodziła w grę. Problem w tym, że nie potrafiła się teleportować - gdyby zdała ten cholerny kurs, to by po prostu schowały się za drzewem i po problemie. Ale nie: Olivia była leserem, zdolnym ale leniwym uczniem, który nie robił więcej niż trzeba było, by zdać. I teraz, w dorosłym świecie, to podejście się na niej mściło.
Przepychanie się przez tłum ludzi nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza że z dwa razy dostała z łokcia - z czego raz to mogłaby przysiąc, że oberwała celowo. Ludzie byli źli i zamiast wrócić do przedziałów, próbowali kłócić się z konduktorem. A co on tu zawinił? Przecież to nie jego wina, nie on zepsuł pociąg. Olivia zerknęła za siebie, na wkurzonych pasażerów, i westchnęła ciężko. Niezbyt zgrabnie zaczęła gramolić się po metalowych stopniach, z wdzięcznością przyjmując pomoc od Brenny. Dobrze, że miała spodnie, bo w spódnicy czy sukience niechybnie by zleciała, zaplątana w materiał.
Olivia nie wyglądała na złą. W zasadzie od momentu, w którym Brenna powiedziała, że da radę wrócić na czas, to się uspokoiła i wyglądało na to, że traktuje tę sytuację jako przygodę. Mało zabawną, ale jednak ciekawą. A przecież do miasteczka wcale nie było daleko, więc tak w zasadzie denerwowanie się tak, jak robili to pasażerowie w pociągu, było głupie. Ruda dziarsko wzięła się pod boki, z uśmiechem patrząc na Brenn.
- Mam nadzieję, że twoje moce pozwolą nam uniknąć krwiożerczych saren i żądnych ludzkiego mięsa jeleni, gdy będziemy sobie tak szli - odpowiedziała, ruszając za niewielkim tłumem, który poruszał się znacznie wolniej od nich samych. Walizki i torby były bardzo nieporęczne, gdy szło się zboczem pełnym kamieni, wysokich traw i korzeni. Musiały uważać, ale przynajmniej one miały dwie wolne ręce. Mogły więc skupić się jednocześnie na podziwianiu okolicy, chociaż krajobraz był całkiem zwyczajny. Wszyscy szli skrajem lasu, który kończył się gdzieś w oddali. W końcu przeszli na pola, gdzie teren był zdecydowanie lepszy do pieszych wędrówek. I były krowy! Olivia złapała Brennę za rękę.
- Patrz! Myślisz, że one gryzą? - zapytała, pokazując czarno-białą mućkę, która patrzyła na ten dziwny konwój niewzruszona, żując trawę. - I skoro one tu są, to gdzieś powinno być gospodarstwo?
Nie widziała jednak żadnego domu. Zmarszczyła brwi w zastanowieniu - no bo przecież krowy do kogoś musiały należeć, gdzieś spać i coś pić. Nie mogły chyba pochodzić z miasteczka oddalonego o pół godziny drogi pieszo? Komu by się chciało co ranek i wieczór je przeganiać z miejsca na miejsce? Krowa zamuczała głośno i machnęła ogonem, jakby chciała im coś powiedzieć. Albo przegnać ze swojego terenu. Czy krowy w ogóle były terytorialne?