10.11.2023, 13:47 ✶
Mulciber pokiwał głową, kiedy Murtagh skończył rozdzielać im zadania, tym samym potwierdzając, że wszystko rozumie, zgadza się z planem działania, i natychmiast zabiera się do roboty. Gdyby na miejscu przyjaciela stał ktoś inny, Axel zapewne nie zaszczyciłby go spojrzeniem, tylko bez słowa poszedł w swoją stronę, aby robić co do niego należy... Ale w stosunku do Macmillana zawsze był taki właśnie wyjątkowo wylewny!!
Mruknął ledwo słyszalnie w stronę swych towarzyszy, że idzie zabezpieczyć tyły. Z jakiegoś powodu, wydawało się to... właściwe, jak gdyby coś poza dyspozycjami Murtagha zakładało, że to jest najlepszy plan działania. Axel pół życia poświęcił eksploracji daru jasnowidzenia - drugie pół zajęło mu jego wytłumianie (bo większość drobnych objawień była zwyczajnie bezużyteczna, komu chciałoby się wnikać w nudne myśli i zamiary pospólstwa) - więc każdy jego ruch był naturalnie dostrojony nie tyle nawet do wyroków zdrowego rozsądku, a do przebrzmiewających w jego głowie ech przyszłości.
Zaczął od sprawdzenia, czy nikt nie kryje się z tyłu domu. Przemykał jak cień korytarzami, cichy, niemal niewidzialny w ciemności. Nikogo nie było w domu.
Zdołał rzucić kilka zaklęć wytłumiających na okna i ściany. Mugolskie sprzęty - nie do końca znał przeznaczenie wszystkich - zdążyły już stracić zasilanie od nadmiaru magii, jaką czuło się w powietrzu. Kiedy rzucał szybko zaklęcia blokujące na kominek - może nie podłączony do sieci fiuu, ale kto wie, w końcu Ward był aurorem i dość często bywał w domu rodziców - poczuł mrowienie w palcach. Natychmiast zawrócił, aby wspomóc najmłodszego ze Śmierciożerców.
Mulciber działał instynktownie. Nadmiar bodźców z otoczenia, zwykle tak irytujących, że aż zaczynała drgać powieka jego trzeciego oka, przyjmował teraz z rozkoszą. Kroki, które stawiał, stawiał w przyszłości - w wizji, oraz w przeszłości - wtedy, kiedy pierwszy raz objawione mu zostało, co się wydarzy. Ale wszystko to mogło stać się klarownym dopiero w obecnej chwili. Stanął akurat w zagłębieniu korytarza, w ciemności, jak wąż czający się pod kamieniem - takie imię wybrał w końcu, dołączając do ugrupowania Voldemorta - właśnie dlatego nie dostrzegł go Ward miotający zaklęciami, kiedy z nagłym impetem wpadł do domu rodziców.
Młodszy śmierciożerca zareagował na niespodziewany atak aurora z niesłychaną szybkością, co potwierdziło Axelowi, że był właściwą osobą na właściwym miejscu. Pozwolił mu, aby młody sam odbił atak, wykazał się, bo wydawało mu się, że właśnie taki sposób działania jest właściwy. Dlaczego? Tak mówiły mu głosy w głowie, hehe. Zresztą, czuł, że ten sobie poradzi z wyzwaniem, a parę siniaków po zaklęciu odrzucającym było wartych tego, żeby ubezpieczający kolegę Mulciber, dalej ukryty, mógł dokładnie zlokalizować Warda, wbić swoje ślepia w zarys jego głowy, i wyobrazić spanikowaną plątaninę myśli, które teraz dręczyły aurora...
Ale po chwili skupił wzrok na dominującej ręce Tristana, trzymającej różdżkę, i rzucił się w bok, w przewidującym jego działanie uniku, jednocześnie odsłaniając swoją pozycję, by rzucić serię dokładnie wymierzonych zaklęć paraliżujących.
Skoro chciał przyjść i popatrzeć...
Mruknął ledwo słyszalnie w stronę swych towarzyszy, że idzie zabezpieczyć tyły. Z jakiegoś powodu, wydawało się to... właściwe, jak gdyby coś poza dyspozycjami Murtagha zakładało, że to jest najlepszy plan działania. Axel pół życia poświęcił eksploracji daru jasnowidzenia - drugie pół zajęło mu jego wytłumianie (bo większość drobnych objawień była zwyczajnie bezużyteczna, komu chciałoby się wnikać w nudne myśli i zamiary pospólstwa) - więc każdy jego ruch był naturalnie dostrojony nie tyle nawet do wyroków zdrowego rozsądku, a do przebrzmiewających w jego głowie ech przyszłości.
Zaczął od sprawdzenia, czy nikt nie kryje się z tyłu domu. Przemykał jak cień korytarzami, cichy, niemal niewidzialny w ciemności. Nikogo nie było w domu.
Zdołał rzucić kilka zaklęć wytłumiających na okna i ściany. Mugolskie sprzęty - nie do końca znał przeznaczenie wszystkich - zdążyły już stracić zasilanie od nadmiaru magii, jaką czuło się w powietrzu. Kiedy rzucał szybko zaklęcia blokujące na kominek - może nie podłączony do sieci fiuu, ale kto wie, w końcu Ward był aurorem i dość często bywał w domu rodziców - poczuł mrowienie w palcach. Natychmiast zawrócił, aby wspomóc najmłodszego ze Śmierciożerców.
Mulciber działał instynktownie. Nadmiar bodźców z otoczenia, zwykle tak irytujących, że aż zaczynała drgać powieka jego trzeciego oka, przyjmował teraz z rozkoszą. Kroki, które stawiał, stawiał w przyszłości - w wizji, oraz w przeszłości - wtedy, kiedy pierwszy raz objawione mu zostało, co się wydarzy. Ale wszystko to mogło stać się klarownym dopiero w obecnej chwili. Stanął akurat w zagłębieniu korytarza, w ciemności, jak wąż czający się pod kamieniem - takie imię wybrał w końcu, dołączając do ugrupowania Voldemorta - właśnie dlatego nie dostrzegł go Ward miotający zaklęciami, kiedy z nagłym impetem wpadł do domu rodziców.
Młodszy śmierciożerca zareagował na niespodziewany atak aurora z niesłychaną szybkością, co potwierdziło Axelowi, że był właściwą osobą na właściwym miejscu. Pozwolił mu, aby młody sam odbił atak, wykazał się, bo wydawało mu się, że właśnie taki sposób działania jest właściwy. Dlaczego? Tak mówiły mu głosy w głowie, hehe. Zresztą, czuł, że ten sobie poradzi z wyzwaniem, a parę siniaków po zaklęciu odrzucającym było wartych tego, żeby ubezpieczający kolegę Mulciber, dalej ukryty, mógł dokładnie zlokalizować Warda, wbić swoje ślepia w zarys jego głowy, i wyobrazić spanikowaną plątaninę myśli, które teraz dręczyły aurora...
Ale po chwili skupił wzrok na dominującej ręce Tristana, trzymającej różdżkę, i rzucił się w bok, w przewidującym jego działanie uniku, jednocześnie odsłaniając swoją pozycję, by rzucić serię dokładnie wymierzonych zaklęć paraliżujących.
Skoro chciał przyjść i popatrzeć...
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat