Mówić o chwianiu się na tych deskach byłoby niedopowiedzeniem. Laurent chyba był przyklejony do powierzchni, chociaż stawiał kolejne kroki w stronę łodzi, czując ciśnienie w głowie, która nakazywało mu walczyć o kolejne chwile. Te cenne sekundy, które należało wkupić, żeby na pewno wszyscy opuścili to miejsce. Wcale nie chciał tu zostawać. Ostatnia z osób została zniesiona z pokładu. Jedna po drugiej osoba schodziły na łodzie, przenoszone przez tych, którzy jeszcze byli w stanie pomóc. Albo przez tych, którzy sobie na to mogli poradzić przez teleportację. To był też dokładne ten moment, w którym blondyn zawahał się przez moment przed zejściem w dół, patrząc na dryfujące łódki, które trzymały się w miejscu i nie odpływały przez niespokojną wodę chyba tylko dzięki zaklęciom. Ten moment zawahania sprawił, że półprzejrzysta postać pojawiła się obok niego i Anthony'ego. Marianne. Dreszcz, zimny, wstrząsnął jego ciałem, a przecież i tak cały się trząsł jak galareta. To było takie smutne, takie... niesprawiedliwe. Jak bardzo smutny musiał być człowiek, żeby chciał odebrać sobie to, co najcenniejsze? Życie. Byłoby piękne i jakże kolorowe, gdyby człowiek człowiekowi nie zgotowywał losu tragedii. Wszyscy dzielili się na tych, którzy zdążali do swojego przeznaczenia albo tych, których ten Los targał za włosy. Szarpać się szarpałeś, a potem klątwy spadały na twój umysł, choć nikt nie unosił nawet różdżki. Nie, to nie było sprawiedliwe, nie było dobre, nie było miłe. I na niektóre historie nie dało się niczego zaradzić. Pozostałeś biernym obserwatorem tragedii. Jak pamiętnik, w którym spisywano złe doświadczenia, ale przynajmniej koniec był dobry w tym strasznym środku opowieści. Główna bohaterka swego dramatu mogła odejść w zaświaty. Dobry - o ile za pocieszenie uznawało się to, że jej męka została zakończona.
Marzył o tym, że wszystkich uda się uratować. Ilość śmierci, jaka rozegrała się przed jego oczami była zatrważająca. I z marzeń pozostał tylko proch. Wir dusz, który pozwalał im oddalić się do Limbo przy znajomym zimnie. Zmarli powinni zmarłymi pozostać. Ci zaś, w których jeszcze serce biło, przetrwali grozę Perły Morza.
W tym huku i zamieszaniu nie słyszał nawet, co krzyczała Brenna. Obejrzał się na dwie kobiety i w końcu zszedł do łodzi mając pewność, że w zasadzie wszyscy już byli bezpieczni, wynieśli się. Opadł bez sił na dno łodzi i oparł się rękoma o ławeczkę, kładąc na przedramionach głowę. Wyciągnął różdżkę, żeby razem z Anthonym popłynąć w stronę brzegu, gdzie już czekał na niego Michael, żeby zabrać go do domu. Bo o niczym innym teraz nie marzył.