Co racja to racja - ludzie od wieków dumali nad tym, na co sobie pozwolić, do jakiego stopnia pozwolić i gdzie była ta granica, o którą Laurent właśnie zapytał. I choć to było pytanie jedno z tych odwiecznych pytań to należało też jednym z tych, które mógł powtarzać każdemu. Ponieważ co człowiek to inne podejście do tematu. Jeden ci powie, że bzdura, że to nudne siedzieć ciągle w jednym i poznanym. Drugi powie, że nie, on nie chce, nie ruszy się poza to, co zna dokładnie. A trzeci, że w zasadzie to dobrze mieć miejsce, gdzie się zatrzyma, ale z drugiej strony poszukiwałby nowości. Laurent lubił poznawać i doświadczać, ale nie znaczyło to, że nie poszukiwał swojego bezpiecznego miejsca, gdzie zawsze w ciszy możliwe było nabranie paru oddechów. Merkuria zaś w jego uszach brzmiała jak kobieta sukcesu. Jak osoba, która miała ambicje, która miała perspektywę, której wzrok sięgał dalej niż oczy przeciętnego czarodzieja. Słowa wyćwiczone czy szczere? Była córą Rosierów, dumę miała wpisaną w krew, nawet tak ją zapamiętał. Cóż, prawda była zazwyczaj zarezerwowana dla odważnych lub potężnych. Laurent nie zaliczał się, swoim zdaniem, ani do jednego ani do drugiego grona. Więc i nie było mu prędko do upewniania się, czy Merkuria uznawała swoją przynależność do któregoś z tego grona.
- Chciałbym stanąć w opozycji dla dobra dyskusji, ale znajdowane przeze mnie argumenty są nic nie warte. - Ponieważ sam je zbijał w zasadzie na tyle, że wręcz nie wypadało mu karmić nimi panienki Rosier. - Ze względu na fakt, że się zgadzam. Człowie, który stoi w miejscu, zaczyna się cofać. - I tak to było z tą stagnacją i strefami komfortu. Niektórzy ludzie potrafili błyskawicznie sięgać po nowe okazje, inni potrzebowali więcej czasu, ale niczego nie da się osiągnąć, kiedy chcesz tylko statecznie żyć. Laurent miał na to drugie określenie: egzystować.
- To będzie nie tylko czysta przyjemność, ale i wręcz czuję się do tego zobowiązany. - Uśmiechnął się szarmancko, spoglądając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Z piór abraksanów powstałby piękny płaszcz. - Nie, Laurent nie pozwoliłby wyrywać piór ze swoich abraksanów, żeby ogołocić je całkiem, ale same z siebie zrzucały ich dużo. Niemal marzył mu się takowy - wyglądałby jak skrzydła, które ciągną się za plecami człowieka po ziemi. Były takie osoby, w które inwestowanie było inwestycją obustronną. Za przeprowadzenie przez rezerwat liczył sobie całe stosiki galeonów, bo normalnie nie wolno było do niego wchodzić. Nie bez kozery był to rezerwat, a nie... magiczne zoo. Choć smoków próżno było tam szukać.
- W swoich decyzjach wydaje się jednak osobą podejmującą wykalkulowane ryzyko. - To było bardzo ładne określenie tego, że blondyn nie uważał go za debila. Zastanawiało go to, co powiedziała Merkuria. Odnotował fakt, że kreowała się na osobę zapoznaną z polityką bliżej niż on - nie to, że celowo, po prostu sam miał porównanie do siebie. Nie bardzo wystarczało mu czasu w życiu, żeby jeszcze śledzić wszystko, co między departamentami a Ministrem Magii piszczy między listami i regałami. Prosto w ciemnych korytarzach Ministerstwa Magii. Przede wszystkim nie sprawiało mu to przyjemności, interesował go tylko jego obszar działań, a kiedy przychodziło do borykania się z prawem - zatrudniał prawnika. Od czegoś ci ludzie istnieli. - Marginalizacja społeczna przez wzgląd na ekstrawertyczne zachowanie czy może nieczystą krew? - Które z tych dwóch? Bo powiedziałby, że oba. Z tym, że... - Czuję, jakbyśmy wrócili do tematu o kwestii rozwoju, stagnacji i strefie komfortu. - I tak, wrócili. Tylko w następnej kwestii, która już dotyczyła kwestii samej mody, na co Laurent uśmiechnął się szerzej w zamyśleniu na parę chwil. - Czerpać z własnych pomysłów to dobrze, ale czerpać z pomysłów mugoli - niedobrze. - Skrócił wypowiedź Merkurii, która tutaj zapodała im to, co myślał jej ojciec. A co ona sama o tym myślała? Zgadzała się z tym? Laurentowi wydawało się, że nie była zdecydowana co do tego. Że nie była skłonna do powiedzenia, że fujka - co mugolskie to zupełnie złe, chociaż nie reagowała optymizmem na sa fakt, że cokolwiek mugolskiego wkraczało do ich świata. - Sztuka jest wtórna. - Niektórzy gotowi byliby mu się rzucić do gardła za to stwierdzenie. - Chociaż nie pochwalam mieszania naszych światów to dopóki pojawia się piękno, dopóty warto z niego czerpać. - Cokolwiek by to nie było.. No, pod warunkiem, że nikogo i niczego to nie krzywdziło przy okazji. Ponieważ niestety nie było to oczywiste.
- Błagam, nie strasz mnie takimi koszmarnymi wizjami. - Śmiech pobrzmiał w jego głosie, chociaż się nie zaśmiał, błyskając oczami w kierunku Rosierówny. Fakt, że o skrajności było aż za łatwo. Ludzie mieli... naprawdę straszne pomysły. A tym bardziej wizja mugolaków przejmujących ministerstwo. Wzdrygnął się aż, bo chociaż zdawało się to być odległym i nierealnym żartem, bo czasem łatwo było zagiąć rzeczywistość i to, co było fikcją, wylewało się nam na ręce. Dosadność kierunku myśli Merkurii dawała do zastanowienia nad tym zagadnieniem. Laurent, prawdę mówiąc, nigdy tak o tym nie pomyślał - nie w ten sposób. Ot - Leach sobie był, ale "klęska" w postaci wyparcia "prawdziwych" czarodziei z rządu była dla niego czystą abstrakcją. Władza ludzi wpływowych, czystokrwistych czarodziei zdawała się niewzruszona. - Hmm... przyznaję, że nie jestem za dobrze zaznajomiony z tym tematem... - Sytuacja Londynu... i kwestia zaludnienia rzucała się jednak w oczy tak na głupi rozum. - Obawiam się jednak, że byłaby to ciężka wojna. - Jak prawie ze wszystkimi zmianami w tym zaklętym społeczeństwie. - Jestem skłonny uwierzyć, że ubiera się u mugolskiego krawca nasz Minister. - Wycenił, kiedy w końcu odbił wzrokiem od swojej rozmówczyni i przyjrzał się Nobbyemu Leachowi.