10.11.2023, 23:28 ✶
Pogoń za Barlow trwała.
Bones nadal nie miała zielonego pojęcia, czy ktoś się zorientował, co tak naprawdę robili przed jej londyńskim domem; z pewnością byłaby o wiele spokojniejsza, gdyby miała gwarancję, że tak, że żadne niepożądane oczy na nich wtedy nie spoczęły, że nikt nie dorwał tym samym informacji, których istnienie bardzo chciałaby schować przed całym światem.
W całym tym burdelu jednak najważniejszym było, że Catherine nadal żyła – i miała też najszczerszą nadzieję, że ten stan nie ulegnie zmianie, zanim zdążą ją znaleźć. Po odnalezieniu zresztą również nie – nie po to wszak jej szukali, by pozwolić na wymazanie jej istnienia, tak po prostu.
Nie, jeśli trzeba będzie… jeśli trzeba będzie, to prędzej złożą – a przynajmniej Mavelle była na to gotowa – własne życia w ofierze, byleby tylko ocalić tę, którą mieli ochronić. Była w tym wszystkim jakaś ponura determinacja – by osiągnąć zamierzone cele i…
… naprawdę była gotowa sięgnąć po dość drastyczne środki, bez bawienia się w jakiekolwiek ceregiele. Własne życie było oczywiście ostatecznością – ale i też czymś, czego nie dało się całkowicie wykluczyć. Bo przecież z pewnością ci, którzy zabili Meadowesa, nie uznali nagle, że już po sprawie, niech sobie panienka hasa po świecie, przecież nic takiego się nie stało.
I tak, skorzystała ze zdolności Brenny bez mrugnięcia okiem; przez Beltane jej twarz pojawiła się w prasie, więc wolała nie ryzykować, iż ktoś-coś skojarzy, to raz, a dwa – po co miała użerać się raz za razem z magią i odnawiać co chwila zaklęcia, by utrzymać nową facjatę na miejscu? No, po co? Szkoda zachodu.
Tak że Mavelle-nieMavelle stała teraz obok swoich towarzyszy, dość ponuro wpatrując się w dom, w którym mieszkał Jonathan. Usta niemalże zamieniły się w wąską linię; tak, nie była zachwycona tym, co widziała, jeszcze mniej zachwycał ją fakt, że w całej tej ekipie tylko ona jedna, jedyna potrafiła posługiwać się falami. A to utrudniało, jeśli mieliby się rozdzielić.
- Nie sądzę, że powinniśmy – odparła cicho na pytanie Erika. Czekanie… czekanie na co? Na to, aż w końcu przybędą śmierciożercy? Na to, by okazało się, że już dawno po ich wizycie? Na to, że bardzo-być-może oni tam właśnie siedzieli i poczynali sobie w sposób, który zelektryzuje wszystkich, gdy tylko prasa się o tym dowie, pozostawiając jednocześnie po sobie bardzo gorzki smak porażki? Nie, czekanie nie wchodziło specjalnie w grę, ale też… szlag.
Nie bardzo widziała ładowanie się na pałę, całą ekipą, chociaż zmrok działał tu trochę na ich korzyść. Trochę. Ale…
- Może dajcie mi chwilę? Spróbuję powęszyć, może coś dam radę wstępnie wyłapać – podsunęła. Generalnie planowała obejść cały ten dom, uważnie niuchając – z niezapalonym papierosem w ustach, leniwie przetrząsając kieszenie własnej kurtki w poszukiwaniu zapałek, które nigdy nie znajdowały się w jej kieszeniach. Ot, „chyba zgubiłam tu zapałki” czy coś w ten deseń…
… no, chyba że towarzystwo bardzo, bardzo nie chciało jej puścić na ten mały spacerek, to już kapkę inna sprawa kaloszy.
Rzut PO 1d100 - 45
Sukces!
Sukces!