• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent

[31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
11.11.2023, 14:22  ✶  

Niektóre rzeczy działy się z przymrużeniem oka. Siatkówka nie wyłapywała wszystkich szczegółów, dzięki czemu oszczędzałeś sobie okropnych wizji, które mogłyby dostać się do mózgu i wbić w niego boleśnie. Kłami i pazurami. Laurent chciał mrużyć oczy, tylko nie do końca potrafił, kiedy było już za późno. Wszystko to, co stało się w Portsmouh było jak krople wody na łabędzich piórach - spływało po nim, ale pozostawiało świadomość swojej bytności. Bo to nie były niewyraźne obrazy i nie były oszczędne w swojej sile bodźców cisnących się pod kopułę czaszki. Nie były łagodne. Krew, ból, śmierć. Jego własny dom, do którego tak chętnie zapraszał Victorię ostatnimi czasy, był prawdziwym sakrum, do którego modlił się, aby nigdy nie dotarł ten ogień, jaki nieśli ze sobą Śmierciożercy i wszyscy z nimi związani. A to było przecież tak blisko. Tak oszałamiająco blisko, że widział wyobraźnią jak taki szaleniec wkrada się i tutaj. Pod płaszczem eliksiru wielosokowego, zmieniając twarz, podszywając się pod kogoś innego. Pod jedną z osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo tego miejsca. A może nawet... pod niego samego?

Było mu wręcz słabo, kiedy stanął przed lustrem w łazience i widział krew na własnych ciuchach. Nie jego - nie spadł mu nawet włosek z głowy. To było zazwyczaj całkowicie "zabawne" w tych sytuacjach - że koniec końców wychodził nawet bez zadrapania, chociaż świat wokół pogrążał się w chaosie. Bóg musiał kochać swoje anioły, które sprowadzał na świat. Szkoda tylko, że poddawał je tym samym próbom, jakimi bawił się ze śmiertelnymi. Jeśli potrzeba mógłby przyjąć nawet ich więcej. Jeśli tylko by mógł - zamieniłby się miejscami. Z Olivią, której połamane żebra zapowiadały dłuższy pobyt w Mungu niż tylko zrośnięcie się dwóch czy trzech zadrapań na ręce. Florence powiedziałby mu zapewne, że zrobił to, co mógł, że pomógł. Że zrobił nawet więcej, bo przecież mógł po prostu czekać na brygadzistów albo aurorów i wycofać się z tego, czego nie lubił tylko o jeden poziom mniej od bólu - agresji. Jeden stopień niżej stała agresja od bólu, bo sama w sobie nie musiałaby być zła - sama emocja, którą wyrzucasz, żeby poczuć się lepiej. Niestety ona niemal zawsze prowadziła do tego stopnia wyżej. Ktoś cierpiał. W kodzie wszechświata chyba ktoś zapisał mętnym tuszem, starym, już klejącym się i niszczącym stalówkę, że ból miał uszlachetniać. Albo łamać tych, którzy nie byli w stanie ulec wzmocnieniu w złamanych miejscach. Dokładnie tak, jak w Mungu zrastały się kości Olivii.

Kiedy pojawił się w Mungu 31 maja był już świeżo ubrany, a po tragedii nosił na swojej facjacie jedynie ślady zmęczenia. Jedynie - albo aż. Nie spał zbyt dobrze. Kawałek wieczoru przesiedział między drzewami, których korony tworzyły bezpieczny dach nad głową, a następne godzin upłynęły wtulając się w wielkie cielsko jarczuka, który spoczywał obok niego przy buzującym kominku. Artefaktem przeszłości nie mógł się poszczycić w postaci zabranych pamiątek z tej nieprzygody, jaka miała miejsce poprzedniego dnia, za to przyniósł inny artefakt, taki bardziej teraźniejszy. Obiad. Bo chociaż sam rzadko bywał w szpitalu - miał własnego medyka - to był tutaj nie raz i nie dwa, żeby przekonać się, że nie dają tutaj wcale zbyt dobrego jedzenia. Miał tylko nadzieję, że ze względu na jakieś medykamenty, jakie przypisali kobiecie, będzie mogła zjeść to, co jej przyniesie. Ewentualnie że nie okaże się, że już jest obstawiona łakociami. Tzn - łakociami mogła być. Obiadem już niekoniecznie. Tak i ze swoim podarkiem - od serca i do serca - zameldował się w recepcji prosząc o skierowanie go do sali, w której aktualnie odpoczywała Olivia. Nie przyszedł z samego rana, ani nie przesiadywał za długo na miejscu. Nie dlatego, że mu nie zależało, bo myśli o drobnej kobiecie, upartej i zawziętej, którą próbował ratować rękoma razem z Alexandrem, gdy tak mężnie się tam podniosła towarzyszyły mu przez cały czas. Był natomiast nikim, żeby wcinać się w rodzinne sprawy, żeby ślęczeć tam, żeby... się narzucać. Bo czy nie byłoby to tak odebrane? Jak natręctwo? Szczególnie, że towarzyszyła mu prosta niepewność, czy Quirke... nie miała mu za złe tego wszystkiego, co się wydarzyło i przede wszystkim - jak się wydarzyło. Powinien być mądrzejszy. Nie posyłać jej na taką przechadzkę, skoro podejrzewał, że ktoś miał udział w celowej próbie zabicia hipogryfów. Wina była zarysowana na jego rachunku sumienia i wyrwał sobie parę piór ze skrzydeł, żeby ją odkupić. To nie wystarczyło.

- Dzień dobry. - Odezwał się cicho, kiedy wkroczył do sali i dostrzegł Olivię siedzącą na łóżku. Spodziewał się kogoś obok niej, ale nikogo tam nie było. Co potraktował nieco z ulgą, a nieco z roztargnieniem, no bo... czemu nikogo nie było? Z drugiej strony - zapewne praca... Tak, pewnie jej rodzice mieli pełne ręce roboty. Ubrany w biel z dodatkami błękitu i granatu bardzo dobrze wpasowywał się w miejsce, gdzie biała barwa była dominantą, ale na szczęście żadnego lekarza w kitlu nie przypominał. A przynajmniej on miał o samym sobie takie mniemanie (to zaś potrafiło się różnić od odbioru osób trzecich). Powoli zbliżył się w stronę Olivii z delikatnym uśmiechem, chociaż kobieta wyglądała jakby ją coś bolało. I to niekoniecznie coś fizycznego. - Jak się czujesz? - Postawił torbę z przyniesionymi dobrociami na stoliku, chwilowo nie ujawniając jej zawartości. Sam przysiadł na krześle obok łóżka, nie chcąc - w dalszym ciągu - zbytnio narzucać się kobiecie. Choć prawdę mówiąc miał ją ochotę zganić za jej brawurowe zachowanie. - Szpitalne jedzenie nie jest zbyt dobre, więc poprosiłem mojego skrzata, żeby coś ci przygotował...



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3544), Olivia Quirke (3483)




Wiadomości w tym wątku
[31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 08.11.2023, 21:11
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Laurent Prewett - 11.11.2023, 14:22
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 11.11.2023, 17:38
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Laurent Prewett - 12.11.2023, 13:43
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 12.11.2023, 14:42
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Laurent Prewett - 13.11.2023, 16:38
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 13.11.2023, 17:07
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Laurent Prewett - 14.11.2023, 15:57
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 14.11.2023, 16:21
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Laurent Prewett - 15.11.2023, 20:10
RE: [31.05.1971] Wyjdź z mojej głowy | Olivia, Laurent - przez Olivia Quirke - 15.11.2023, 21:08

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa